czwartek, 30 listopada 2017

Ewolucja stadna


Hieronim Bosch, Chrystus dźwigający krzyż

  Człowiek jako zbiorowość, to nie jest piękne zwierzę. Społeczeństwa składają się w przeważającej liczbie z baranów. Naturalne jest dla tych społeczeństw poddawanie się władzy jednostek instynktownie dążących do władania. Problem pojawia się wtedy, gdy ktoś postanawia oświecić baranią część społeczeństwa mówiąc baranom prawdę o ich kondycji i mechanizmie utrzymującym je w podległości wobec władców. Przez takie działanie społeczeństwo nie staje się światlejsze, sprytniejsze, czy mądrzejsze, a jedynie zwiększa się jego nieufność wobec jego władców. W efekcie władcy zmuszeni są do stosowania coraz subtelniejszych środków przymusu, gdyż władza zawsze opiera się na przemocy, czasem bezpośredniej, zwykle jednak potencjalnej.

  Im subtelniejsze są metody kierowania stadem baranów, tym trudniej żyje się jednostkom niepodporządkowanym i rzeczywiście bardziej światłym. Im subtelniejsi i bardziej przebiegli muszą być władcy, tym stają się gorsi moralnie i tym cięższe staje się także życie baranów, które nie zdają sobie nawet sprawy, że muszą słono płacić za wiedzę darowywaną im przez naiwnych prometeuszów. Wiedzę, której do niczego nie będą w stanie wykorzystać, a która zawsze obróci się przeciwko nim.

wtorek, 21 listopada 2017

"Kto poznał świat, znalazł trupa" - część druga

  
Wyobrażenie uroborosa, De Lapide Philosophico, 1625

   Wciąż znajdujemy w świecie tylko trupa, bo komu miałaby być potrzebna do czegoś wiedza o tym, czym on mógłby się okazać naprawdę? Poza funkcjami jakie dla nas pełni – bo tylko poprzez wyobrażenie o jego funkcjach, możemy świat poznawać – pozostaje on w naszych oczach martwą materią. W najlepszym wypadku - wprawionym w ruch mechanizmem. Czy taka jest o nim prawda? Czy tylko do tego sprowadza się istota wszechświata – do jego dla nas znaczenia? Nikogo, albo prawie nikogo to nie obchodzi, ponieważ prawda pozostaje ważna jedynie ze względu na swoją przydatność dla naszej egzystencji. Gdyby jednak prawda miała stać w sprzeczności z przyjętym na tę egzystencję spojrzeniem, należałoby się jej wyrzec, wybierając użyteczne i wygodne kłamstwo.
   Być może poznanie prawdy o istocie wszechświata jest niemożliwe i z punktu widzenia jego użyteczności zawsze będziemy widzieli w nim tylko coś martwego, ewentualnie snując jakieś infantylne fantazje na temat jego podobieństwa do nas – jakby miał być żywą istotą, albo jakimś antropomorficznym bogiem, czy podobnym do człowieka, tylko większym od niego "organizmem" w skali makro… 
   Być może jest całkiem niemożliwa, z punktu widzenia grzyba wyrastającego na trupie, wiedza o tym, że zanim stał się on trupem, był istotą, która stanowiła coś więcej niż sumę jej składowych, poruszających się elementów.
  Można jednak spróbować skierować wzrok w stronę, gdzie widać tylko mgłę. I nie poznając - bo poznawanie jest zawsze określaniem i zabijaniem tego, co nigdzie się nie zatrzymuje i nie zamyka w prostych obrazkach, które jest w stanie wyświetlać sobie nasza prymitywna wyobraźnia – nie odpowiadając na żadne z pytań, wciąż zadawać kolejne. I przeskakując je nieustannie, zdziwić się nagle tym, że w tej mgle błysnęło, na mgnienie oka tylko, coś jak błyskawica mocnego i strasznego - coś, co kompletnie nieznane i niemożliwe.

niedziela, 19 listopada 2017

"Kto poznał świat, znalazł trupa"

Obraz Zdzisława Beksińskiego


"Kto poznał świat, znalazł trupa, a kto znalazł trupa, świat nie jest go wart"
Ewangelia według Tomasza, tłum. Albertyna Szczudłowska-Dembska i Wincenty Myszor

   Wyobraźmy sobie rodzaj grzyba, który porasta usta martwego człowieka. Powiedzmy, że ma barwę niebieskawą z białymi akcentami. Trup zaś jest już wysuszony i w znacznym stopniu zmumifikowany, jednak grzyb na razie opanował w sposób widoczny tylko część jego ust. Gdyby ten grzyb mógł posiadać świadomość swojego istnienia, uznałby pewnie ludzkie zwłoki, dzięki którym żyje, za swój dom i za cały dany sobie świat. Trudno oczekiwać, że mógłby próbować powiedzieć coś o istocie tych zwłok, a co dopiero o tym, kim mógł być człowiek, do którego należały. Wyobraźnia grzyba, pomimo jego zakładanej przez nas inteligencji i świadomości, zapewne nigdy nie byłaby w stanie przedstawić sobie czym mógł być człowiek, którego zwłoki grzyb teraz zamieszkuje. Przypuszczalnie przedstawiałby sobie swój świat, czyli zwłoki, jako pewnego rodzaju pierwotną materię, której struktura byłaby dla niego kompletnie niezrozumiała i całkowicie odmienna od jego struktury. Gdyby jednak tłumaczył sobie w jakiś sposób swój świat i siebie samego, jego wizje budowane by były w oparciu o jego stosunek do owej pierwotnej materii, czyli wyobrażałby sobie na przykład, że zwłoki, czyli cały jego świat, są po prostu większym od niego grzybem, który na swój sposób żyje, a jego istnienie jest sensowne i celowe dla niego samego.
   Wobec świata, który jawi nam się jako dom, my - ludzie, podobni jesteśmy do tego grzyba. Myśląc w ten sposób możemy więc sobie przedstawić, że również nasze wyobrażenia o Wszechświecie, o czasie i przestrzeni są tylko pewnego rodzaju analogiami do tego, co stanowi podstawę naszego funkcjonowania, czyli np. do naszych zmysłów albo naszych zachowań. Świat jest, tymczasem, zawsze czymś innym, niż to, czym go widzimy i nigdy nie będziemy potrafili zobaczyć, ani tym bardziej zrozumieć tego, czym on jest naprawdę, poza naszym spojrzeniem. Widzimy bowiem tylko swoje własne treści na świat projektowane. Chyba należy to sobie wyobrażać tak, że samo istnienie świata już jest jakąś naszą projekcją, a więc nasze istnienie także nią jest. Kto więc te projekcje tworzy i czy w ogóle musi ktoś taki istnieć? A może są one czymś, co jedynie objawia nam się jako projekcja, podczas gdy stanowi coś w rodzaju pozbawionej przyczyny i celu twórczości samej w sobie? I nie istnieje tu ani twórca, ani proces. Wszystkie rzeczy, cały czas i przestrzeń, znajdują się natomiast w jednym miejscu, albo nie ma ich nigdzie, a jedynym co istnieje są same w sobie wizje zdarzeń.



poniedziałek, 13 listopada 2017

Beowulf i smok nihilizmu



John Howe, Beowulf and the Dragon


„ (...) Głowy okrywać
nie musisz mi, bo jeżeli umrę,
to on mnie już krwią sam pokryje,
zabierze me zwłoki krwawe i zje.
Będzie je żarł sam, bez żalu,
barłóg w bagnach splami, nie będzie
potrzeby troszczyć się o mój pogrzeb.
Poślij tylko, jeśli bój mnie porwie,
ten strój bitewny, co piersi mej strzegł,
Hygelakowi, dziedzictwo Hredla,
dzieło Welanda. Los idzie jak musi!”
(Beowulf, przekł.: Robert Stiller)

   To wszystko, o co się staramy, do czego możemy dążyć i zabiegać w życiu, są to rzeczy mające załatać wewnętrzną pustkę. Zdają nam się takie, bo wpojono w nas istnienie jakiejś cudowności pozaświatowej – transcendencji.
   Kultura - ten nasz zbudowany z kafli wyobraźni świat znaczeń - tłumaczyła człowiekowi od wieków, że są sprawy nieskończenie ważniejsze, niż to, co składa się na jego indywidualny los. Może było tak już wtedy, gdy pojawił się w mózgu hominida pierwszy błysk świadomości i idące za nim zdziwienie istnieniem? A może dopiero wtedy, gdy odkrył on konieczność śmierci? Tego nie wiemy.
   Możemy snuć hipotezy, że pierwsze wyobrażenia o istnieniu jakichś wartości przewyższających wartość życia samego w sobie, stanowiły odpowiedź umysłu na szok spowodowany samoświadomością i idącym za nią wrażeniem oddzielenia człowieka od ogromu świata zewnętrznego oraz przymusem wzięcia na siebie odpowiedzialności za swój los. Dzisiaj te wyobrażenia stopniowo ulegają rozpadowi. Coraz częściej dociera do nas myśl, że jednak nie ma spraw posiadających znaczenie bezwzględne, absolutne. Umarła więc idea wartości transcendentnej. W tym właśnie sensie - jak to ogłosił Nietzsche - umarł Bóg.
   Umarli zresztą wszyscy bogowie, jeśli bogów traktować jako nośniki wartości absolutnych (np. strażników jakichś praw bezwzględnych), a nie jedynie reprezentacje treści archetypowych.
   Wobec braku możliwości spełnienia swojego życia w realizacji jakiegoś mitu, będącego odbiciem idei wyższej, pozostaje dziś człowiekowi jedynie zabieganie o to, by przyjemnie, godnie i wygodnie, w poczuciu względnej sensowności (tylko względnej oczywiście, to znaczy łatwo łamliwej…) dożyć śmierci. Tylko, czy naprawdę, można powiedzieć, że takie życie na fundamencie nihilizmu może być godne istoty, którą przyjęło się uważać za wolną?
   Z tym ciężkim pytaniem na ramieniu czytałem „Beowulfa”, w pięknym tłumaczeniu Roberta Stillera z 2010 roku.
   Okazuje się, że pomimo częstych odwołań do „Wszechmogącego”, wartości absolutne nie występują w tym poemacie. Zamiast nich pojawia się coś zupełnie innego.
   Tym co odróżnia postać Beowulfa (tego dosłownie „Wilka Na Pszczoły") od wszystkich innych ludzi, jest jego nieustanna gotowość do ryzykowania wszystkiego. Jako wzorcowy heros, nie trzyma się kurczowo życia, skarbów, ani żadnych innych zdobyczy. Nie znaczy to, że nie jest dla niego ważne korzystanie z nich. Reprezentuje tzw. wartości arystokratyczne w rozumieniu pozytywnym, tak jak je widział Nietzsche.
   Z pewnością, nie ma w nim wiary w transcendencję, w jakieś wartości leżące poza człowiekiem. Wszystkie jego przygody wynikają z dążenia do chwały. Nie jest jednak ta chwała czymś, co miałby on odkładać na przyszłość, zbierać i budować z niej gmach swojego indywidualizmu, w którym mógłby potem osiąść, by do końca życia cieszyć się owocami zwycięstwa. Nie ma ona również nadejść dopiero w jakimś życiu pośmiertnym, o którym zresztą opowieść milczy. Brak tu jakiejkolwiek eschatologii - germańskiej, czy chrześcijańskiej - chociaż dzieło zostało spisane już w czasach po przyjęciu chrześcijaństwa.
   Nie jest też dla Beowulfa najważniejsza pamięć u potomnych. Chwała stanowi tutaj wartość, której doświadcza się za każdym razem w teraźniejszości i jest ona stanem nieodłącznym od czynu, który ją niesie. Stanowi jedną z "męskich uciech", którymi cieszyć się można tylko w ten sposób, którego dostępują nordyccy einherjerzy, to znaczy że jest związana z pewnego rodzaju ponadludzką kondycją, wynoszącą tego, kto jej dostąpił do udziału w rzeczywistości boskiej. Jej wyrazem i często powracającym motywem jest picie miodu i piwa przez wojowników zebranych w „miodowych salach”. Poprzez upajanie się trunkami - co stanowi symboliczną i zarazem realnie doznawaną komunię z sakralną rzeczywistością bogów - dokonuje się celebracja życia w teraźniejszości. Nie ma więc w tym piciu niczego zdrożnego. Wręcz przeciwnie, jest ono wyrazem siły i przekroczenia granicy miedzy tym co ludzkie, a tym co boskie. Koncepcję tę najlepiej obrazuje mit Walhalli, jako wzorcowej „miodowej sali”, gdzie bohaterowie nieustannie ucztują i walczą w towarzystwie bogów.

czwartek, 5 października 2017

O zabawkach


Dobrze umieć odróżnić, co jest tylko wypełniaczem miejsca, które powinno zostać puste, żeby więcej było widać i żeby lepiej się oddychało.

To puste miejsce nie oznacza wcale nicości. Wręcz przeciwnie, jest przestrzenią najważniejszą, potrzebną żeby coś się w niej rodziło. Nicość zaś, to właściwie jej wypełniacz – tandetna imitacja czegoś, co prawdziwe. I ten wypełniacz jest bezwartościowym gratem, który zajmuje przestrzeń, zawadza i budzi irytację. Każe zabiegać o siebie. Każe się spieszyć, by jak najszybciej (już teraz na pewno ostatecznie!) wypełnić puste miejsce kolejnym zastępnikiem. Na przykład dzieckiem, albo nowym samochodem, albo miłością (która siebie zachwala: „Pokochaj mnie, a znajdziesz sens”), albo ideologią, albo religią… Wszystko to wygłasza jednakowo brzmiącą treść: „Weź mnie, a dam ci spełnienie.”

Jednak otrzymuje się tylko rosnący głód i troskę, bo wszystko to bezwartościowe rupiecie, udające skarby. Zewsząd słychać jak te rupiecie reklamują się ustami ludzi oszukanych. Ludzi, którzy chcą wierzyć, że znaleźli coś wartościowego i za nic nie przyznają, że wciąż odczuwają w sobie pustkę.


Bieganina za gratami tym jest szybsza, im bardziej brakuje przestrzeni. Widać już coraz mniej i czasu pozostało coraz mniej. Powietrza jest coraz mniej. Irytuje już wszystko, co nie upaja aż do zapomnienia. A życie wciąż przyspiesza: „Ach, jak ten czas ucieka! Kiedy to minęło?” W końcu chce się już tylko upaść i zasnąć, bo niczym nie można przesłonić ciężkiej pustki zagraconej duszy.

środa, 27 września 2017

Kilka myśli o wolnej woli


Autor i tytuł nieznane. Ilustracja opublikowana w 1888 r. przez Camille Flammariona.

Wydaje się logiczne, że wolna wola jest pomysłem wbrew logice, ponieważ żeby istnieć musiałaby zaprzeczyć przyczynowości.
Dowolny akt woli, gdyby nagle zaistniał, sprzeciwiłby się całemu światu z jego przyczynowością i historią jako procesem, gdzie wydarzenia logicznie wynikają jedne z drugich.
A jeśli tak - jeśli byłby wbrew logice - to jak w ogóle moglibyśmy mówić o akcie woli, skoro samo to pojęcie istnieje dzięki logicznemu myśleniu o przyczynie woli? Bo przecież, żeby mógł zaistnieć akt woli, musi istnieć ktoś, kto jest jego twórcą.

Chyba, że ktoś taki istnieć nie musi… Wtedy możliwa jest do wyobrażenia taka odpowiedź: Wola istnieje poza przyczynowością, sama w sobie. Tym samym znosi wymóg przyczynowości i działa niezależnie od logiki, dopasowując ją do siebie, np. poprzez stwarzanie swoich własnych przyczyn, jako pozornych skutków, wbrew wektorowi czasu, albo raczej niezależnie od niego. Taki rodzaj woli byłby właściwie czystą, niczym nieograniczoną faktycznością, a człowiek jedynie jej odblaskiem. Odblaskiem, któremu zdaje się, że jego wybory należą do niego, podczas gdy każdy z nich i każde zdawanie się, że jest wybór, stanowi jedynie fakt w nieskończonej przestrzeni koniecznych faktów.

czwartek, 21 września 2017

Współczesność jest martwa

Trolle, J.R.R. Tolkien

„Wzrok odmieniony wszystko odmienia.” 
                                            William Blake


Od kiedy pamiętam, nie opuszcza mnie przeświadczenie (a może jest to raczej odczucie?), że ten świat nie jest mój i tylko wykraczanie poza niego i walka z jego przytłaczającą zwykłością może mieć jakąś wartość.

Jako chłopiec pragnąłem znaleźć się w tolkienowskim Śródziemiu: Oto kraina mitu, gdzie wszystko jest prawdziwe! Kraina wartości i znaczeń - zupełne zaprzeczenie mojej wulgarnej współczesności, przesiąkającej chłodem maszyny i przeczuwanym już mechanicznym zachowaniem ludzkich automatów. Współczesności pozbawionej treści, dla której warto byłoby brnąć przez codzienność.
Uległem czarowi baśni Tolkiena i udało mi się zobaczyć swoją współczesność taką, jaką mogłaby być, gdyby ją zaczarować. Trzeba tu powiedzieć, że tolkienowskie pojęcie „zaczarowania”, którym posługuje się on w eseju „O baśniach”, stanowi jakby esencję pragnienia twórczości i w odróżnieniu od magii, jako czegoś technicznego, ma swoje źródło poza światem - w krainie baśni i mitu.

„Zaczarowanie” odmienia więc świat, wprowadzając do współczesności element wiecznej materii mitu. A przez łączność z tą „materią” wywołuje w teraźniejszości, pierwotnie wyzbytej znaczeń, upajające przeżycie „dotknięcia wieczności”. Dzieje się tak dzięki wyobraźni, która niejako poprzedza percepcję. Nie w tym jednak sensie, że jest od niej bardziej pierwotna, ale w tym, że ją określa. Oba te czynniki składają się na rzeczywistość i prawie nigdy nie prezentują się nam osobno. Jeśli zaś dojdzie do takiego podziału i percepcja odłączy się od wyobraźni, mamy do czynienia z doświadczeniem „oświecenia”, albo z wizjami mistycznymi, (czasem też oczywiście z obłędem). Jedną z postaci tych mistycznych fenomenów jest przeżycie wyjścia poza czas, albo raczej poza historię, poza ciągłość „stawania się” rzeczy i wkroczenie w pewnego rodzaju czysty świat znaczeń.

Dzięki wyobraźni wyrywającej się z objęć percepcji, pojawia się przeżycie fascynacji dziwnością lub pięknem, albo niekiedy porażenia „sakralnym przestrachem”. Przestrachem „nie z tego świata”.
Sama współczesność (rozumiana już jako „zwykłość teraźniejszości”, ale także szerzej, jako okres pozostawania w przywiązaniu do „tego, co jest dane”), będąc percepcją ubraną w jednakowo skrojone wzorce wtórnych wyobrażeń, pozbawiona jest znaczenia i nabiera go dopiero stając się historią.

Ilekroć przestaje nam wystarczać taka martwa współczesność, bierze nas w posiadanie mit. Włada on nami najsilniej poprzez pragnienie wyjścia poza czas i poza historię, a wreszcie każe nam pożądać kondycji boskiej. Jest to popęd do jakiegoś illo tempore: Krainy Czarów, Złotego Wieku, czy choćby aborygeńskiego Czasu Snu. Do rzeczywistości mitu, która, przybierając różne formy, w chwili swojej obecności aktualizuje się jako wieczność.

czwartek, 7 września 2017

Dawno temu w odległej otchłani...



Siedzimy obok siebie i wiemy, że dzieli nas nieskończona przestrzeń międzyatomowa. Dotyk tego nie zmienia, bo między jednym a drugim ciałem jest przecież ocean czasu. Mimo że z punktu widzenia człowieka wydaje się on wielkością bez znaczenia, to wiemy, że jest dowodem na istnienie rozdzielenia. Nawet myśl nie potrafi go wyprzedzić. Oznacza to klątwę wpisaną w samą istotę życia - niemożliwość połączenia się kiedykolwiek.
Wiemy, że kiedyś odległość między nami zwiększy się jeszcze i zamknie w zupełnej skończoności. Najpierw dla jednego, potem dla drugiego z nas.

I wtedy widzę w jej oczach treść, którą właśnie odczułem. Przestrzeń drży i na ułamek chwili znika rozdzielenie. Pojawia się dziwność, szok: Jak to możliwe? Czym to jest?

czwartek, 31 sierpnia 2017

Samolubstwo w dawaniu, a mistycy


Caspar David Friedrich, Wędrowiec

Spojrzyj! Jam jest umęczony mą mądrością jako pszczoła, co za wiele miodu zebrała; pożądam rąk, które by się po nią wyciągnęły.

Pragnąłbym rozdarowywać i obdzielać, aż póki mądrych pośród ludzi nie uraduje ponownie własne szaleństwo, a ubogich własne bogactwo.

                                                                                                F. Nietzsche, „Tako rzecze Zaratustra"



Dobro dawane ludziom, np. inspirowanie, obdarza dającego satysfakcją podobną do satysfakcji z zapłodnienia: To ja oddziałałem, więc moja moc przechodzi w nich i w pewien sposób zyskuje byt. Poszerza mnie, umożliwiając ekspansję.

Jest to więc działanie dla siebie. Ze względu na siebie, a nie na nich. A dalej, im pewniejsza wiedza, że się im dało coś dobrego, co ich wzbogaciło, tym większe poczucie bogactwa własnego. I to zupełnie niezależnie od wymiernych korzyści. Dzieje się tak dlatego, że w historii naszego gatunku wynagrodzenie za panowanie, a więc pewnego rodzaju opiekę (także duchową) nad społecznością, jest oczekiwane przez ogół.

Podnosi się więc wartość siebie we własnych oczach, poprzez podświadomą obietnicę odwleczonej nagrody. Nawet jeśli nie ma zrozumienia ze strony obdarowanych, to poczucie panowania nad nimi pojawia się ze względu na przeświadczenie o posiadaniu pewnej prawdy otwierającej ukryte drzwi.

I pojawia się, choćby ta prawda doświadczana była wyłącznie subiektywnie, jak u rzekomo wolnych od egoizmu mistyków, którzy okazywali się zazwyczaj bardzo rozgadani, kiedy szło o tego rodzaju poczucie mocy.

sobota, 29 lipca 2017

Postaciowanie



Chaos jest bezpostaciowy. Jest istnieniem niestworzonym. Nieistnieniem. Żeby osiągnąć postać, potrzebuje walki ze sobą samym. Postacią chaosu jest świat, który istnieje jako walka. "Wojna ojcem wszystkich rzeczy" - jest tu sprawczym Logosem. Prawem. To prawo opiera się chaosowi, czerpiąc moc ze swojej zasady samostanowienia.

Warto myśleć o myślach Heraklita.

"I tu też są bogowie" oznacza, że działa tu prawo zagarniające chaos i opierające się mu. Czy opierające? Skoro ma go jako swoją istotę?

Dlaczego walczyć, kiedy walka z istotą walki skazana jest na porażkę? Paradoks.

Dlatego, wyłącznie dlatego, że trzeba walczyć. Nie dla stwórczej funkcji tej walki, ale dla dziwnej, boskiej, ponadboskiej zasady sprzeciwu, która zrodziła się w chaosie, i której on nie opanował. Nie, bo nie. Tak, bo tak. Nie dlatego, żeby zachować ludzki świat, ale dla samej najdziwniejszej z dziwnych dziwności. Dla nieznanej zasady stworzenia, którą masz przed nosem w postaci: "Bo takie jest prawo". Dla mocy bycia. Prawo jest wolą postaciowania chaosu. Jest to wola chaosu, by zostać postacią, która jest. Jest tylko to, co wyszło z chaosu jako jego postać. I nie ma dla niej powrotu do bezpostaciowości, dopóki mówi: jestem, bo jestem.

czwartek, 6 lipca 2017

Narkotyk "Co dalej?" - część 2


Athanasius Kircher - Mundus subterraneus, Amsterdam, 1682
(źródło: www.gnosis.art.pl)
 

„Wiara w sens życia jest jedynie udziałem ludzi płytkich. Ze świadomością irracjonalności istnienia żyć tak, jakby ono było racjonalnym - to jest jeszcze marka. To leży między samobójstwem a bezmyślnym bydlęctwem.”

                                                                                                                        Witkacy


Z punktu widzenia pytania "Co dalej?", to co było stanowi pewnego rodzaju fabułę, której podtrzymywanie zapobiega odkryciu, że brak tej fabule istotnego spoiwa w postaci sensu.

Stworzenie sobie sensu byłoby możliwe, gdyby istniało wewnętrzne przeświadczenie, że natura istnienia jest amorficzna i uzależniona od ludzkiej woli. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić czy tak jest, więc przyjęcie takiego poglądu byłoby okłamywaniem się.

Patrząc z drugiej strony, sens życia jest najważniejszą, ściśle ludzką potrzebą, a posiadanie go determinuje całokształt życia jednostki. Wiedząc o tym, można by podporządkować mu wszystkie inne kategorie, łącznie z prawdą. Wola sensu uzależniałaby wtedy od siebie wszystkie wartości, czyniąc z nich narzędzia do budowy zależnego od siebie świata, będącego własnym interpretowaniem istnienia tak, jakby istota tego istnienia była bezpostaciowa.


środa, 5 lipca 2017

Narkotyk "Co dalej?"



Pytanie "Co dalej?", zadane życiu, jest prośbą o podanie lekarstwa - egzystencjalnego narkotyku, odurzającego wrażeniem posiadania celu - czegoś zastępującego sens, którego brakuje.

Rodzi się z tego pożyteczne złudzenie. Nagle znów wydaje się, że istniejemy, bo mamy coś do zrobienia. A być może jesteśmy tylko snem o podmiotowości, albo nawet mniej - poblaskiem śnienia, które nigdy się nie wydarzyło i pozostaje potencjalnością, nieuświadomionym majakiem czegoś, co nawet nie posiada bytu.
Bo co to znaczy, że cokolwiek jest?
Nie potrafimy tego zrozumieć, ale wyczuwamy gdzieś za plecami, że to co jest, musi być zaangażowane. Musi robić coś, żeby dać się w ogóle uchwycić.
Wiedza o tym - zauważenie konieczności "posiadania zaangażowania" przez "to co jest" - w żaden sposób nie pomaga w odnalezieniu sensu tego czegoś. Sensu istnienia, bo ostatecznie o niego tu chodzi.

Mówi się, że jedynym sposobem na brak poczucia sensu jest stworzenie tego sensu, nadanie go swojemu życiu. Ale jaką wartość może mieć taki stworzony przez siebie samego sens? Czy nie jest on tylko jakimś desperackim samooszukiwaniem? Odciąganiem uwagi? Przecież nie można stworzyć czegoś ostatecznego. Ostatecznej prawdy uzasadniającej życie. A dopiero czymś takim byłby sens przezwyciężający śmierć z jej zaraźliwą nicością, niweczącą wszelkie zdobycze życia ludzkiego.

Pytanie "Co dalej?" jest więc prośbą o podanie lekarstwa - egzystencjalnego narkotyku, odurzającego wrażeniem posiadania celu - odurzającego zwykłym działaniem zastępującym sens, którego brakuje życiu.


środa, 31 maja 2017

Dojrzałość Głupca

Istnieje pewien rodzaj niedojrzałości, która objawia się niezdolnością do oparcia się impulsom. Inna, podobna niedojrzałość, polega na tym, że nie umie się zakwestionować przymusu wewnętrznego do życia tak, a nie inaczej i uznaje się, że skoro przymus taki działa i nakazuje coś, to słusznie jest mu ulegać, dopasować się. Nie myśli się o tym, bo myślenie to grozi kruszeniem się systemu motywacyjnego, a przecież motywacja to rzecz cenna i delikatna.

Taki rodzaj niedojrzałości u siebie wykryłem. Nieustanne łapanie się gry życia, przyjmowanie jej reguł, podczas gdy wolność powinna raczej wiązać się z wyborem. Naiwne czepianie się wszystkiego, co obiecuje jakąś moc, przyjemność, zdobycz - to jest niedojrzałość ogólnoludzka. Gdyby więc takie ufne, dopasowujące się zwierzę w człowieku umarło, otworzyłoby drogę do pozaludzkiej pustki, która rozciąga się wokół nas, niby jakaś matryca bytu. Wolność woli, gdyby istniała, musiałaby być poza przymusem absurdalnej gry życia.

Promienie słońca są dla nas w pewnym natężeniu przyjemne. Jego światło i kolory, które przed nami „odsłania”, nauczyliśmy się odbierać jako piękne, ponieważ sprzyjają nam. Jednak, poza naszymi uwarunkowaniami, ze względu na które wartościujemy swoje doznania i wnioskujemy o zjawiskach, te same promienie słońca są kompletnie pozbawione znaczenia. Ani nie są ciepłe, ani nie mają w sobie piękna. Więcej - nie są nawet, „czysto fizycznie” rzecz biorąc, efektem wypluwania z siebie energii przez pobliską gwiazdę, ponieważ to konkretne znaczenie również my im nadajemy, ze względu na nasz przymus funkcjonowania w takich, a nie innych warunkach i od tych warunków uzależnioną wyobraźnię.

Dojrzałość byłaby więc dopiero wtedy, kiedy udałoby się nam zrozumieć, że wszelkie znaczenia i wartości są jedynie elementami scenografii w grze, o której znaczeniu nie możemy wobec tego (ich immenentności) wyrokować.

Dojrzałość taka wyłącza człowieka z absurdalnej gry w „Głupiego Jasia”, polegającej na miotaniu się i niewolniczej bieganinie za kolejnymi korzyściami. Ta bieganina wymaga nieustannego płacenia sobą za nadzieję na zrealizowanie impulsu, który zdaje się być wywołany potrzebą, podczas gdy jego funkcja nie służy nam, ale podległa jest życiu jako całości, poza naszym jednostkowym istnieniem i stanowi tylko element jakiegoś „mechanizmu świata”. Tego rodzaju działanie jest więc siłą rzeczy poniżające dla kogoś, kto chce rościć sobie prawo do posiadania wolnej woli.

Zastanawiające, czy gdyby zaprzestać tego idiotycznego miotania się i zignorować przymus narzucany przez grę życia, nie udało by się odnaleźć takiego dystansu, który byłby prawdziwą dojrzałością?

Głupi Jasio z piosenki Kaczmarskiego, naturalnie jest poza lgnięciem do impulsów. Nie interesują go ludzkie pożądania i ludzkie zajęcia, bo jest po ludzku głupi. Wystarczyłoby więc żeby szedł przed siebie, prosto do swojego celu - Wody Życia - a osiągnąłby go. Osiągnąłby mistyczny ideał wyjścia poza świat – jedyną prawdziwą dojrzałość. Tymczasem, u kresu drogi, odwraca się i daje rozproszyć jednemu impulsowi. I tyle wystarczy żeby z góry potoczył się bezwładny, martwy kamień…