Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nietzsche. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nietzsche. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 stycznia 2024

Deus otiosus z pustego kościoła

Caspar David Friedrich, Krajobraz zimowy z kościołem

Któregoś zwykłego dnia, mając dużo czasu i nic specjalnego do osiągnięcia, poszedłem posiedzieć w pustym kościele. Chodziło o to żeby skupić się na znaczeniu pustki tego miejsca, albo raczej sprawdzić jakie znaczenie może odsłaniać fakt nieobecności w nim tego, co w założeniu ma być w nim obecne i decydować o jego istocie. 

Obracałem w myślach słowa Mircei Eliadego, który zapytany co sądzi o ogłoszonej przez Nietzschego śmierci Boga, stwierdził, że nie pierwszy to już raz w historii religii, kiedy bóstwo wycofuje się lub znika, stając się niedostępne człowiekowi. Takie jest znaczenie pojęcia deus otiosus, boga pasywnego, do którego nie dociera już nic co ludzkie, i który na nic ludzkiego już nie spogląda. Taki wycofany bóg pozostawia po sobie przestrzeń, w której pojawiają się inni, bliżsi człowiekowi bogowie. 

Rozmyślałem więc o tym, jak to się dzieje, że sakralna przestrzeń potrzebuje opustoszenia, żeby zrodziło się w niej coś żywego. Jak to się dzieje, że potrzeba tam nicości żeby mogło powstać coś. Ale stopniowo odsłoniło mi się pytanie podejrzliwe: co sprawia, że tego szukam i do czego prowadzi mnie to zapytywanie? Zacząłem myśleć o tym przez pryzmat korzyści z odnalezienia. Bo co by to było, gdyby naprawdę przestał dręczyć człowieka ten wewnętrzny brak, który każe mu obracać się wokół siebie i wrzucać do niego - jak do studni - cokolwiek, co na chwilę odciągnie uwagę, albo wywoła złudzenie, że się może tym razem wreszcie udało zapchać, wypełnić.

I w miarę jak o tym myślałem, ukazało mi się coś odwrotnego. W pustą przestrzeń po śmierci boga trzeba patrzeć nie ze względu na siebie albo innych. Nie ze względu na jakąkolwiek funkcję czy korzyść. Trzeba patrzeć dla samej tej pustej przestrzeni i tego co się tam rodzi lub nie rodzi. Bo to jest jedyne możliwe spojrzenie w nienazwane i nienazywalne. Jeśli tam nie ma nic, to tym bardziej, właśnie tam pozostaje patrzeć.

Siedząc w pustym kościele nie mogłem skupić się na tej myśli. Zbyt wiele tam było cieni bogów i duchów, które rozpraszały mnie, udając że żyją wciąż. Tak naprawdę, zanim wszedłem do środka myślałem to wszystko, ale myślałem też po tym jak już wyszedłem z poczuciem zawodu. Pusty kościół - ta święta przestrzeń chroniąca nienazywalny brak - był we mnie wcześniej.


 

środa, 8 września 2021

Przewartościowanie wartości i autarkia, a zdolność do współczucia

 Jeśli moralność wyewoluowała z pragmatycznego altruizmu, jako przypadkowy efekt uboczny dość prostych początkowo, społecznych zachowań hominidów, to jawne i szczere niepodporządkowywanie się jej - zwłaszcza poprzez budowanie moralności własnej (a w każdym razie, poprzez uniezależnianie się od obowiązującej) - byłoby możliwe dzięki rezygnacji z korzyści, na które istota społeczna może liczyć, dopasowując się do stada.

Człowiek, który zdobyłby się na taki akt wolności wewnętrznej, powinien, jak się wydaje, dążyć do autarkii. Byłby to ktoś, kto nie upatruje już swojego szczęścia w stosunkach stadnych, we wzajemności i zgodzie, lecz w czymś od stada niezależnym. W sobie samym, w swoim wnętrzu, które stara się przemienić tak, by stało się wolne przede wszystkim od przywiązania do, płynącego z poczucia przynależności, bezpieczeństwa.

Jest to przypadek Nietzschego i jego główny temat – nadczłowiek, budujący świat wartości własnych poprzez twórczy opór wobec wszelkiego nacisku wymuszającego na nim przystosowanie.

Nie oznacza to jednak braku empatii, która jest zmysłem na tyle pierwotnym, że charakteryzuje już niektóre małpy. Moralność, kształtująca się przy udziale empatii, mogła czasem nawet daleko się z nią rozmijać, a w każdym razie zdolna była nie tyle do uniezależnienia się od tejże empatii, poprzez jej zanegowanie, ile raczej do ustawiania się wobec niej w jakimś stosunku. Także opozycyjnym. 

Wobec tego, przewartościowanie wszystkich wartości nie musi wpływać na zdolność do empatii, ani nie wymaga jej tłumienia. Kiedy więc Zaratustra porzuca współczucie dla "człowieka wyższego", o którym mówi, że było jego „ostatnim grzechem”, to nie rezygnuje tym samym z empatii i współczucia w ogóle, lecz staje się wolny od przymusu ulegania im, za względu na własną korzyść.

piątek, 14 lutego 2020

Ligotti, True Detective i pesymizm raz jeszcze

Kadr z filmu True Detective (2014)*

Czytając wciąż Spisek przeciwko ludzkiej rasie Ligottiego, tę ultra pesymistyczną filozofię, mam przeczucie, że z wolna, ale jakby organicznie, szukam w sobie kontry dla niej (być może odbywa się to we mnie w dużej mierze nieświadomie). Szukam argumentu przeciwnego. Najpierw jednak próbuję ją całkiem przeniknąć i uświadomić sobie własne źródło pesymizmu, które jest ze mną od dziecka. Pomyślałem, że być może także Nietzsche mógł swoją filozofię, swoje obrzydzenie do “człowieka” jako motłochu, do jego życia jako pustej wegetacji, budować na tego rodzaju reakcji własnej na filozofię pesymistyczną Schopenhauera, która go przecież zachwyciła, i w której początkowo odnajdował swoją wrażliwość, a którą przez całe dalsze życie starał się przezwyciężyć, wiedząc jednocześnie, że jest dla niego bazą, podstawą ujęcia świata i ludzkiego istnienia. Że jest czymś, co się wrażliwemu umysłowi narzuca samo, co jednak budzi nieufność nie tyle przez swój radykalizm, wymagający przecież odwagi otwartego, szczerego podejścia, ale przez pewnego rodzaju pierwiastek poddania się wobec przemożnej siły, która skłania do postawy całkowitego wycofania.


*Ps. W całym tym filmie (tak, wolę nazywać True Detective filmem, a nie serialem, bo jest to zamknięta całość, dzieło sztuki, a nie tasiemcowa papka do kotleta, gdzie każdy odcinek opowiada o tym samym) przewija się filozofia Ligottiego. Niekiedy są to całe zdania wyjęte z jego książki. Film pięknie obrazuje taniec bohatera z nicością, z absurdem obiektywnie "bezużytecznego życia". Metaforycznie wskazuje co jest warunkiem aktu stwórczego. Wskazuje, że dopiero spojrzenie w źrenicę pustki prowadzi do wielkiego wybuchu i jest przyczyną narodzin czegoś innego.

piątek, 9 sierpnia 2019

Antypatyczny duch opiekuńczy


Trwały element w stosunkach międzyludzkich Nietzschego. Nietzsche nie mógł zachować tego, co uważał w człowieku za istotne wręcz egzystencjalnie i za substancjalnie filozoficzne. Pochłonęła go dynamika jego natury. To, co Nietzsche trwale zachowuje z przyjaźni, zdaje się być dla niego, właśnie ze względu na trwałość, oznaką mniejszego znaczenia. Dręcząca droga doświadczenia Bytu przejawia się w jego obcości sprawom świata właściwej egzystencji wyjątku. Z jej głębi jednak przedziera się jednocześnie ludzkie uczucie ku temu, co naturalne i powszechne. Jeżeli nie jest ono nawet dla niego nigdy rzeczą decydującą, to przecież pragnie, by było ono obecne i się rozwijało, tak jak chciałby zachować dla siebie również wszystko, co odrzucone i stracone, a chwytając łut przyrodzonego szczęścia, pragnie wziąć je takie jakie jest, o ile nie zrodzi to konfliktu z zadaniem.”

Karl Jaspers, Nietzsche

Wydaje się, że gdyby mu się to udawało, to jednak rodziłoby konflikt z „zadaniem”. Samotność była mu niezbędna do myślenia pod prąd. Kiedy już spotykał właściwego człowieka – jakiś bardzo rzadki okaz swojego „wyższego człowieka”, który nazywał otwarcie przyjacielem – zjawiał się w nim nieświadomy impuls, z czegoś, co prowadziło go nie ku własnemu dobru, ale konsekwentnie ku jego „zadaniu”; i działało za każdym razem odwrotnie do świadomych zamierzeń Nietzschego. 
Im bardziej starał się wtedy zbliżyć do ludzi, tym bardziej jego gesty stawały się groteskowe i oddziaływały odwrotnie do intencji. Nawet przy całej swojej samowiedzy, nie zauważał tego. 
W efekcie, wywoływał zamieszanie, które potem intuicyjnie projektował na jakiś rozważany problem całościowo, starając się wychwycić tego problemu prawdziwe uwarunkowania. 
I w tym przenoszeniu swojego nieuświadamianego chaosu na chaos „zewnętrzny” był faktycznie świetnym psychologiem. 

Sprawia to wszystko wrażenie, jakby rządziło nim coś na kształt jakiegoś mitycznego geniusza – ducha opiekuńczego - który będąc powiernikiem jego „życiowego zadania”, podporządkowywał temu zadaniu wszystko inne. Cały los Nietzschego jako człowieka, uparcie, wbrew jego woli, prowadził go ku samotności.
Stąd już tylko krok do wyobrażenia sobie, z jakiego przeczucia mógł wypływać pomysł o woli mocy jako zasadzie nadrzędnej wobec przyjemności, szczęścia, własnego dobra itd. 

piątek, 12 lipca 2019

Zabłąkany w świadomości

Iwan Bilibin, Wasilisa i chatka na kurzej łapce

W religiach interesują mnie głównie archetypy, czyli „autoportrety instynktów”, które stoją za postaciami i wątkami mitycznymi. Na drugim zupełnie i trzecim planie stoi filozofia, a tym bardziej ideologia religijna, które są zawsze produktami świadomego myślenia, późnymi i często zmieniającymi się - nawet w obrębie jednej religii. Dużo ciekawsze jest zawsze to, co ludzko-zwierzęce i schowane pod powierzchnią rozumu.

„Nieświadomość jest duchem chtonicznym i zawiera typowe obrazy Sapientia Dei. Jeśli więc intelekt cywilizowanego człowieka naszej epoki, z nagła spoglądając w oblicze Matki – Ziemi, drętwieje z przerażenia, to tylko dlatego, że zabłąkał się w świadomości.”

C. G. Jung, Praktyka psychoterapii

„I w gruncie ileż jeszcze nowych ideałów jest możliwych! – Oto mały ideał, który raz co każde pięć tygodni chwytam podczas dzikiej i samotnej przechadzki w lazurowym momencie lekkomyślnego szczęścia. Spędzić życie pośród rzeczy delikatnych i absurdnych; obco wobec realności; na poły artystą, na poły ptakiem i metafizykusem; nie mając ani „tak”, ani „nie” dla realności, chyba że na sposób dobrego tancerza, to tu, to ówdzie uznając ją tknięciem stopy; zawsze łaskotany jakimś słonecznym promieniem szczęścia; rozbawiony i zuchwały nawet poprzez smętek, smęt bowiem podtrzymuje szczęśliwego; przyczepia ponadto nawet rzeczom najświętszym mały ogonek błazeństwa, jest to, jak się samo przez się rozumie, ideał ciężkiego, na cetnary ciężkiego ducha, ducha ciężkości.”

F. Nietzsche, Wola mocy

piątek, 6 kwietnia 2018

Przyklaśnijmy raz Platonowi

Wyobrażenie Platona wg Leonarda da Vinci

Skoro nie sposób pomyśleć o podmiotowości, ponieważ nie sposób pomyśleć o wolnej woli (gdy wola wyklucza wolność i wszelki wybór - jest przemożną siłą nad każdym impulsem, czyli jest impulsem silniejszym!), to życie samo w sobie musi być jednak pozorem, wbrew temu jak chciał Nietzsche. Ale właściwie, on uważał to co nazywamy życiem za interpretację życia, więc nie do końca można mu tu coś zarzucać. Jednak wobec tego, bycie musi być czymś więcej niż życiem, rozumianym jako życie codzienne wraz z myśleniem i odczuwaniem. Bycie to przeświadczenie o tym, że się jest "tu albo tam". Właściwie w każdym dowolnym, odpowiednim nam miejscu, gdzie istnieje wartość, jakość i sens. Więc tutaj bliżej był Platon.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Beowulf i smok nihilizmu



John Howe, Beowulf and the Dragon


„ (...) Głowy okrywać
nie musisz mi, bo jeżeli umrę,
to on mnie już krwią sam pokryje,
zabierze me zwłoki krwawe i zje.
Będzie je żarł sam, bez żalu,
barłóg w bagnach splami, nie będzie
potrzeby troszczyć się o mój pogrzeb.
Poślij tylko, jeśli bój mnie porwie,
ten strój bitewny, co piersi mej strzegł,
Hygelakowi, dziedzictwo Hredla,
dzieło Welanda. Los idzie jak musi!”
(Beowulf, przekł.: Robert Stiller)

   To wszystko, o co się staramy, do czego możemy dążyć i zabiegać w życiu, są to rzeczy mające załatać wewnętrzną pustkę. Zdają nam się takie, bo wpojono w nas istnienie jakiejś cudowności pozaświatowej – transcendencji.
   Kultura - ten nasz zbudowany z kafli wyobraźni świat znaczeń - tłumaczyła człowiekowi od wieków, że są sprawy nieskończenie ważniejsze, niż to, co składa się na jego indywidualny los. Może było tak już wtedy, gdy pojawił się w mózgu hominida pierwszy błysk świadomości i idące za nim zdziwienie istnieniem? A może dopiero wtedy, gdy odkrył on konieczność śmierci? Tego nie wiemy.
   Możemy snuć hipotezy, że pierwsze wyobrażenia o istnieniu jakichś wartości przewyższających wartość życia samego w sobie, stanowiły odpowiedź umysłu na szok spowodowany samoświadomością i idącym za nią wrażeniem oddzielenia człowieka od ogromu świata zewnętrznego oraz przymusem wzięcia na siebie odpowiedzialności za swój los. Dzisiaj te wyobrażenia stopniowo ulegają rozpadowi. Coraz częściej dociera do nas myśl, że jednak nie ma spraw posiadających znaczenie bezwzględne, absolutne. Umarła więc idea wartości transcendentnej. W tym właśnie sensie - jak to ogłosił Nietzsche - umarł Bóg.
   Umarli zresztą wszyscy bogowie, jeśli bogów traktować jako nośniki wartości absolutnych (np. strażników jakichś praw bezwzględnych), a nie jedynie reprezentacje treści archetypowych.
   Wobec braku możliwości spełnienia swojego życia w realizacji jakiegoś mitu, będącego odbiciem idei wyższej, pozostaje dziś człowiekowi jedynie zabieganie o to, by przyjemnie, godnie i wygodnie, w poczuciu względnej sensowności (tylko względnej oczywiście, to znaczy łatwo łamliwej…) dożyć śmierci. Tylko, czy naprawdę, można powiedzieć, że takie życie na fundamencie nihilizmu może być godne istoty, którą przyjęło się uważać za wolną?
   Z tym ciężkim pytaniem na ramieniu czytałem „Beowulfa”, w pięknym tłumaczeniu Roberta Stillera z 2010 roku.
   Okazuje się, że pomimo częstych odwołań do „Wszechmogącego”, wartości absolutne nie występują w tym poemacie. Zamiast nich pojawia się coś zupełnie innego.
   Tym co odróżnia postać Beowulfa (tego dosłownie „Wilka Na Pszczoły") od wszystkich innych ludzi, jest jego nieustanna gotowość do ryzykowania wszystkiego. Jako wzorcowy heros, nie trzyma się kurczowo życia, skarbów, ani żadnych innych zdobyczy. Nie znaczy to, że nie jest dla niego ważne korzystanie z nich. Reprezentuje tzw. wartości arystokratyczne w rozumieniu pozytywnym, tak jak je widział Nietzsche.
   Z pewnością, nie ma w nim wiary w transcendencję, w jakieś wartości leżące poza człowiekiem. Wszystkie jego przygody wynikają z dążenia do chwały. Nie jest jednak ta chwała czymś, co miałby on odkładać na przyszłość, zbierać i budować z niej gmach swojego indywidualizmu, w którym mógłby potem osiąść, by do końca życia cieszyć się owocami zwycięstwa. Nie ma ona również nadejść dopiero w jakimś życiu pośmiertnym, o którym zresztą opowieść milczy. Brak tu jakiejkolwiek eschatologii - germańskiej, czy chrześcijańskiej - chociaż dzieło zostało spisane już w czasach po przyjęciu chrześcijaństwa.
   Nie jest też dla Beowulfa najważniejsza pamięć u potomnych. Chwała stanowi tutaj wartość, której doświadcza się za każdym razem w teraźniejszości i jest ona stanem nieodłącznym od czynu, który ją niesie. Stanowi jedną z "męskich uciech", którymi cieszyć się można tylko w ten sposób, którego dostępują nordyccy einherjerzy, to znaczy że jest związana z pewnego rodzaju ponadludzką kondycją, wynoszącą tego, kto jej dostąpił do udziału w rzeczywistości boskiej. Jej wyrazem i często powracającym motywem jest picie miodu i piwa przez wojowników zebranych w „miodowych salach”. Poprzez upajanie się trunkami - co stanowi symboliczną i zarazem realnie doznawaną komunię z sakralną rzeczywistością bogów - dokonuje się celebracja życia w teraźniejszości. Nie ma więc w tym piciu niczego zdrożnego. Wręcz przeciwnie, jest ono wyrazem siły i przekroczenia granicy miedzy tym co ludzkie, a tym co boskie. Koncepcję tę najlepiej obrazuje mit Walhalli, jako wzorcowej „miodowej sali”, gdzie bohaterowie nieustannie ucztują i walczą w towarzystwie bogów.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Samolubstwo w dawaniu, a mistycy


Caspar David Friedrich, Wędrowiec

Spojrzyj! Jam jest umęczony mą mądrością jako pszczoła, co za wiele miodu zebrała; pożądam rąk, które by się po nią wyciągnęły.

Pragnąłbym rozdarowywać i obdzielać, aż póki mądrych pośród ludzi nie uraduje ponownie własne szaleństwo, a ubogich własne bogactwo.

                                                                                                F. Nietzsche, „Tako rzecze Zaratustra"



Dobro dawane ludziom, np. inspirowanie, obdarza dającego satysfakcją podobną do satysfakcji z zapłodnienia: To ja oddziałałem, więc moja moc przechodzi w nich i w pewien sposób zyskuje byt. Poszerza mnie, umożliwiając ekspansję.

Jest to więc działanie dla siebie. Ze względu na siebie, a nie na nich. A dalej, im pewniejsza wiedza, że się im dało coś dobrego, co ich wzbogaciło, tym większe poczucie bogactwa własnego. I to zupełnie niezależnie od wymiernych korzyści. Dzieje się tak dlatego, że w historii naszego gatunku wynagrodzenie za panowanie, a więc pewnego rodzaju opiekę (także duchową) nad społecznością, jest oczekiwane przez ogół.

Podnosi się więc wartość siebie we własnych oczach, poprzez podświadomą obietnicę odwleczonej nagrody. Nawet jeśli nie ma zrozumienia ze strony obdarowanych, to poczucie panowania nad nimi pojawia się ze względu na przeświadczenie o posiadaniu pewnej prawdy otwierającej ukryte drzwi.

I pojawia się, choćby ta prawda doświadczana była wyłącznie subiektywnie, jak u rzekomo wolnych od egoizmu mistyków, którzy okazywali się zazwyczaj bardzo rozgadani, kiedy szło o tego rodzaju poczucie mocy.