piątek, 25 września 2026

Notatka o archetypie Mędrca

Michael Maier, Atlanta Fugiens (1617)

Zakładam, że C. G. Jung pisząc o objawianiu się archetypu Mędrca w snach i wizjach człowieka na rozdrożu, człowieka poszukującego i zagubionego, opisywał doświadczenie własne. Sądzę jednak, że w przypadku ludzi o innym typie umysłowości niż jungowska, tym objawiającym się wzorcem może być coś innego niż Stary Mędrzec. Inna treść symboliczna, w danym momencie wskazująca na podłoże sytuacji życiowej lub objaśniająca ją. Czasem może też wskazująca drogę, choć wolę myśleć o tym tak, że drogę wskazuje dopiero interpretacja (również ta nie do końca świadoma – lecz z pewnością już nie spekulacja) tego, komu treść owa się objawia.

Przyśnił mi się dziś sen, który pozostawił we mnie czytelne wrażenie, a wręcz sugestię, że za jego treścią stoi nieświadomy umysł mój i nie mój jednocześnie. Nie mój, z tego powodu, że śniąc nie czuję się tym umysłem, ale raczej podmiotem śniącym (który może także zmieniać swoją postać, co jest już osobną sprawą...). A mój dlatego, że po przebudzeniu bez trudu odnajduję w treści tego snu dręczące mnie konflikty i widzę niemal ścieżki neuronalne w mózgu, które doprowadziły do jego powstania. Sen pozostawił we mnie jednak głębsze przeżycie, każące mi porównywać go jako fenomen do fenomenu także tzw. "rzeczywistości na jawie". Wydało mi się, że ona, podobnie do snu, powstaje z pewnych nieznanych mi nastawień, z czegoś zewnętrznego (bądź wewnętrznego) w stosunku do niej samej. Niekoniecznie z mojego umysłu, czy "w moim mózgu" - bo one także są wytworami tego „snu rzeczywistości”, owej opowieści snującej się ze względu na jakieś uwarunkowania zewnętrzne, może transcendentne, lecz w każdym razie nieznane.

Istotną cechą tej perspektywy, może najważniejszą jest to, że stawia ona przyczynowość rzeczywistości na drugim stopniu ważności w stosunku do treści, które się w niej przejawiają. Byłoby więc tak, że przyczynowość dopiero nakłada porządek formalny objawiania się treści. I tylko ten porządek zazwyczaj nam się rzuca w oczy, kiedy określamy coś jako przyczynowe.
(Czy dawniej wykorzystywano porządek sensu, jako objawiającą się powierzchnię rzeczywistości?)

Poczułem chęć eksperymentowania w celu zmiany tych nastawień - część z nich z pewnością można by tłumaczyć psychologicznie. W tym miejscu pojawiają się obrazowe skojarzenia symboliczne, które wymagają jakby umieszczenia ich w tym nieznanym „spektrum wzorca”, jako działających, żywych. Zazwyczaj robi się to w życiu instynktownie np. poddając się pasjom czy fascynacji. Mnie jednak przyszło na myśl bardziej świadome i strategiczne działanie. 

Czy stąd już nie krok do teorii klasycznej magii? Tak podbudowaną teorię mógłbym zaakceptować, ponieważ kwestionuje ona pierwotność doświadczalnej rzeczywistości. Nic nowego, owszem, jednak tym razem zauważyłem to jako żywy fenomen psychiczny, żywą wizję, gdzie więcej nieznanych i nieokreślonych trampolin dla wyobraźni, niż konkretnych idei. I tylko pod takim warunkiem i dopiero ze względu na niego mógłbym to doświadczenie swoje porównywać z teorią magii.

Tak więc to, jak przeżywam rzeczywistość jest mi narzucone i objawia się jakby „z zewnątrz”, choć przeżywam przecież wewnętrznie, w sobie. Pytanie, czy poprzez manipulację symbolami, obrazami i nastawieniami mogę mieć na to przeżywanie rzeczywistości wpływ? Postawa wewnętrzna jest tu kluczowa. Z pewnością ona to warunkuje większość moich nieświadomych ruchów w życiu. Tylko czy mogę mieć na nią wpływ faktyczny, czy ten wpływ jest jedynie pozorny, iluzoryczny? 

Jeśli jest pozorny i także postawa jest mi narzucona, to nie pozostaje mi nic poza obserwacją.

To co kształtuje fabułę snu i jej treść ma wtedy swoje źródło w tym samym miejscu, w którym znajduje się to, co każe mi działać tak a nie inaczej w rzeczywistym życiu.

piątek, 4 września 2026

Sen o warstwach


Przyśniło się przechodzenie między wymiarami. Przejścia były niepodobne do siebie. Czasem mur wokół pałacu, czasem czarna tekstylna winda ze skomplikowanym systemem podnośników. Po drugiej stronie ostatnim razem wchodziło się trudno, spadając potem z wielkiego drzewa, niby Drzewo Świata. Długie to było spadanie i pełne krzyku - końca nie widać. Ale upadek po takim locie w dół strasznym zakończył się w ostatnim kadrze miękkim zeskokiem. W ciszy. Przewoźnikiem tym razem okazał się śmierdzący kot, zmechacony i zły, że się ma do niego jakieś pretensje (o zapach). Szybko wrócił na swoją stronę. Przez jakiś czas nie będziemy przyjaciółmi. 

Stałem teraz po obu stronach rzeczywistości, ale nie wszędzie w pełni uczestnicząc. Czasem tylko widzem. Te wymiary uzupełniały się jakby. Przechodzenie było konieczne z niejasnych względów. Było też niełatwe. Teraz kiedy się obudziłem, mam w sobie głębokie poczucie zrozumienia sensu tych uzupełniających się wymiarów. Nie są to rzeczywistości alternatywne, lecz jakby warstwy jednej „opowieści”, które nie przenikają się. Stąd potrzeba podróży.

środa, 2 września 2026

Wieżowce - szklarniowce, wiatr...


Wczoraj (notowane 03.10.2025) w godzinach popołudniowych, przy skrzyżowaniu Alei Jerozolimskich z ulicą Jana Pawła, para bezdomnych wspomagała ruch na przejściu dla pieszych. Półnagi mężczyzna opalał się w pełnym słońcu wczesnego października, smagany październikowym wichrem rozhulanym pomiędzy drapaczami chmur warszawskiego Śródmieścia. Kobieta była ubrana. Oboje zaś pili piwo.

Za każdym razem kiedy zapalało się światło zielone, opalający się mężczyzna podnosił prawą dłoń w rockandrollowym geście „szatańskiego pozdrowienia” i głośno wołał „Zielone!”. Gdy zapalało się czerwone, wołał „Czerwone!” i unosił dłoń w geście „Hola, hola”. 

Z początku nie wszystko było tu dla mnie jasne, ale zaraz zorientowałem się jak wiele korzyści niosła ze sobą ta ich działalność.

Otóż, niskie lecz wciąż bardzo silne słońce października, zalewało okolicę takim blaskiem, że dla pieszych stojących naprzeciw niego, zmieniające się światła mogły być całkiem niewidoczne. Efekt ten potęgowały jeszcze refleksy i odbicia z poustawianych wokół wieżowców – szklarniowców, co sprawiało, że również piesi stojący plecami do słońca niewiele mieli pożytku z sygnalizacji świetlnej. Przypuszczam, że dotyczyło to także kierowców.

Zastanowiła mnie głęboko ta jednocześnie buntownicza i społecznie użyteczna działalność bezdomnych - tych kontestatorów stylu życia wielkich miast, którzy stanowią przecież nieodłączny element ich krajobrazu. Kiedyś zastanawiałem się, czy podobnie jak przestępcy, nie są oni aby ważnym, a może i niezbędnym ogniwem w łańcuchu zniewolenia, który nazywamy nowoczesną cywilizacją, czy też cywilizacją w ogóle.

Są wentylem bezpieczeństwa i przestrogą zarazem dla tych wszystkich zmęczonych i zabieganych o poranku. Dla niewyspanych i smutnych ludzi pracy, chwytających się pocieszeń i nadziei na odmianę swojego nudnego, bezsensownego dnia. Dla wszystkich tych rozmarzonych o wyzwoleniu - przy pomocy totolotka, lub bez niego - stanowią kajdan tani i samozakładalny. Naturalną straż społeczeństwa pracy.

Coś się we mnie działo, kiedy na nich patrzyłem. Coś czego się wstydzę, bo zamiast tej refleksji, która przychodzi teraz, ulegałem odruchowi żandarma, nakazowi mojego wewnętrznego „porządnego obywatela”, by ich przywołać do porządku, pouczyć, zawstydzić, a może postraszyć, by ukryli się ze swoją bezczelnością. Resentyment mój zdradzał wstyd, który odczuwałem przed sobą samym, z powodu mojej uległości i tchórzostwa.

Z powodu mojego dopasowania - zgody na miernotę cywilizowanego życia.

*

A może już jestem w zaświatach i nie zauważyłem nawet kiedy życie przeszło płynnie w zaświaty, w jakieś „za życie” (za-życie).

To by tłumaczyło pewne wrażenie utknięcia w matni i lgnięcie do eskapistycznych treści – filozofii, sztuki, technik i innych uśmierzaczy mąk. To by tłumaczyło wewnętrzną niezgodę, przy jednoczesnym oplątaniu się myślami o niemożności wyjścia.

A przecież wyjście z matni, z głębi „nieznanego lasu”, czy innej pustyni, wymaga najpierw zatrzymania się i określenia swojego położenia wobec punktów orientacyjnych.

Punkty orientacyjne...

*

Mam wrażenie fabularności swojego losu. Tak jakby ludzie (w tym ja) byli statystami, albo jakby mój los nie był w żaden sposób ani jednym z wielu, ani przypadkowym, ani też obiektywnie prawdziwym. Nie da się tego osądzić, ponieważ jedyne kryteria takiego osądu pochodzą od „statystów” lub z jakichś innych „wewnętrznych źródeł”. Nie znam też żadnego „innego swojego życia”, ani „innego-swojego-losu” tak, żebym mógł coś tutaj obiektywnie ocenić. Mogę to oceniać tylko wedle „wewnątrz tej opowieści życia zawieszonych i przez nią podanych mi” wzorców, jako punktów odniesienia.

Mam przy okazji silne wrażenie „jedyności losu”, które sprawia, że realność tego, co zdaje się być, nabiera specyficznego wymiaru. Jest - by tak rzec – mało prawdopodobna.

Świat nie jest już wcześniejszym światem. Nie jest już taki dany i taki swój, jak wydawał się być dawniej. Pytania rozszerzają go we wszystkich kierunkach.

Kontemplacja automatyczności Piotrka – jego niewidzialność dla siebie samego jako „ja”, jest zarazem uwidocznieniem jego automatyczności.

wtorek, 1 września 2026

Cała ta jaskrawość

Przecinające się pod różnymi kątami, kolorowe pasy na ekranie. Pędzą i załamują się według jakiegoś algorytmu tak, że sprawiają wrażenie zupełnie nieprzewidywalnych zdarzeń. Gasną. Gdybyśmy znali tylko te kolorowe pasy na ekranie, byłyby one dla nas całą rzeczywistością. Nonsensem wtedy byłby pomysł, że coś może w ogóle przybierać inne kształty i być czymś innym, niż te kolorowe pasy i ten czarny ekran pod nimi.

***

Komedią jest już samo ludzkie istnienie w czasie. Krótkie wobec świadomości wieków, absurdalne wobec wiedzy o otchłani ewolucji. Przypuszczalnie skończone, lecz nigdy nie mające się dowiedzieć czym miałby być koniec istnienia doświadczany przez samo to istnienie.