Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sen. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 lipca 2023

Skarazim (Mizaraks)

 

Zdzisław Beksiński, 1983

 Mijaliśmy to miasteczko późnym wieczorem. Chyba po jakimś spotkaniu. Światło było dziwne, czerwonawe i rozproszone. Inne niż przy zwykłym zachodzie słońca. Na ostatnim skrzyżowaniu należało minąć rynek i kościół, a następnie jechać prosto i w prawo. Tak zrobiliśmy, lecz wtedy okazało się, że jakimś sposobem trafiliśmy w to samo miejsce. Kościół był ogromną katedrą, o wiele za dużą jak na taką miejscowość. Zdawał się bardzo stary. Szczegółów architektonicznych nie dało się jednak dopatrzeć pod warstwą rusztowań, która otulała go wysoko aż do chmur. Próbowaliśmy jeszcze dwa razy wyjechać z miasteczka, zmieniając się za kierownicą na wypadek, gdyby miało to okazać się istotne. Za każdym razem lądowaliśmy przy katedrze, tak jakby to ona nie pozwalała nam opuścić tego miejsca. Powiedziałem Asiuli, żeby szybko wygoglała tę dziwną katedrę. Po chwili poszukiwań stwierdziła, że wiadomo tylko tyle, że jest ona ewangelicko - augsburska. Dotarło do nas, że z nieznanych przyczyn utknęliśmy tu jak w upiornej pułapce, gubiąc się wciąż na prostej drodze. W pewnym momencie napotkaliśmy jedynych, jak dotąd, ludzi. Pod katedrą siedział pochylony nad swoim obiadem jakiś facet, którego próbował stamtąd przegonić strażnik. Gdzieś dalej dostrzegłem krawędź lasu, skruszony mur układający się na kształt twarzy wrastających w ziemię i coś w rodzaju bramy do tego lasu, utworzonej ze splątanych konarów drzew. Wyglądała jak widziana z góry ciemnozielona studnia, ułożona na kształt spirali z czarnym okiem w środku. Chciałem tam jechać, ale w tym momencie pojawiły się dwie inne postaci - karzeł i jakiś drugi, niewysoki facet w płaszczu i kapeluszu. Obaj usiłowali się do nas zbliżyć, jakby chcieli powstrzymać nasz samochód. Nie byli agresywni, lecz uparci i dosyć niepokojący. Ostrzegłem, że jeśli się zbliżą, zaatakuję ich. Niedługo potem obudziłem się. Wiedziałem, że miasteczko nazywa się Skarazim. Ta nazwa wydawała mi się całkiem normalna i z jakiegoś powodu była ważna. Będąc już  przebudzony, ale w półśnie, kojarzyłem ją w pewien sposób z Mazowszem i postanowiłem szybko zanotować w notesie leżącym przy łóżku, na wypadek gdybym rano nie mógł jej sobie przypomnieć. Na wpół świadomie zapisałem ją wraz z jej odwrotnością "Mizaraks" (która też mi się wtedy wydała znacząca), po czym znów spróbowałem zasnąć i kontynuować ten sam sen.

Dziwne, ale udało mi się to.* 

Byliśmy znów razem w samochodzie na rynku Skarazimia. Świtało właśnie, choć światło poranka niewiele różniło się w swojej czerwieni od tego wcześniejszego, rozproszonego nocnego blasku, którego źródła nigdzie nie dało się wypatrzeć. Podziwiałem piękną, średniowieczną architekturę miasteczka. Roztaczała swój niesamowity czar, pomimo tego, a może właśnie dlatego, że niemal wszystkie budynki wydawały się zrujnowane i opuszczone. Przyroda wdzierała się już do nich. Splątany las napierał na mur tu i ówdzie. Widzieliśmy parokrotnie z oddali jakieś ludzkie postacie, lecz nie udało nam się do nich zbliżyć. Pomyślałem, że nieliczni zapewne mieszkańcy właśnie teraz dopiero wychodzą na ulice, jako że jest poranek. W pewnym momencie dostrzegłem nawet światła pierwszych kramów, czy może sklepów na rynku. Sprzedawano tam chyba pączki. Kiedy jednak podjechaliśmy bliżej okazało się, że to kolejny całkiem zrujnowany dom, ziejący ciemnością i pustką. Światełka okazały się nieprawdziwe, tak jakby ktoś usiłował nas nimi mamić i wabić ku czemuś. Byłem tego wabienia, tego podstępu, w jakiś sposób świadom, lecz godziłem się na nie chcąc zbadać tajemnicę miasteczka. Powiedziałem do Asiuli: "Miasteczko nazywa się Skarazim, co na opak brzmi Mizaraks. Udało mi się zanotować jego nazwę po przebudzeniu, po pierwszym śnie. Potem wróciłem tu. Ale teraz chodźmy tam, w tamte ruiny..." – Wskazałem niewielki labirynt ze spękanych ścian. 

Asiula nie była zachwycona moimi słowami i moim pomysłem, ale wjechaliśmy do labiryntu samochodem, po czym wysiadłem i dalej ruszyłem pieszo po miękkiej trawie między coś w rodzaju tekturowych, masywnych bloków. Po chwili zorientowałem się, że bloki te zsunęły się za mną, odcinając mi drogę powrotną. Zawołałem do Asiuli, że wszystko jest w porządku, ale ściany nie pozwalają mi zawrócić. Poprosiłem ją następnie, żeby wsiadła do samochodu i wróciła na rynek, a ja tymczasem spróbuję szybko przeskoczyć zrujnowany labirynt, którego fragment przede mną wyglądał na łatwy do pokonania. Zresztą, mogłem już stamtąd dostrzec rynek Skarazimia. Byłem przeświadczony, że labirynt zachowuje się według pewnych zasad. Takich mianowicie, że reaguje na moje spodziewanie się wydarzeń, realizując je. Postanowiłem, wobec tego, uważać na to co myślę i czego oczekuję. Wydało mi się, że kiedy tylko oczyszczę umysł, uda mi się to i będę mógł kontrolować wydarzenia snu. Bo od jakiegoś już czasu byłem świadomy tego, że jest to sen. Lecz teraz, niestety, jak to zazwyczaj niespodziewanie zdarza się w snach, obudziłem się. Bardzo żałowałem, że nie mogę dalej penetrować tego przedziwnego, trochę strasznego ale i pięknego miasteczka. Po raz trzeci próbowałem zasnąć i kontynuować fabułę snu, ale tym razem trafiłem już zupełnie gdzie indziej.

*Po ostatecznym przebudzeniu, oba słowa, jak najbardziej, znalazłem zapisane w notatniku. Piszę o tym na wypadek, gdyby pojawiła się tu niejasność co do tego, gdzie zaczynał się, a gdzie kończył każdy ze snów.

środa, 14 grudnia 2022

Pierścień z ołowiu


Było jakieś kursowanie między festiwalowym obozem namiotowym a sceną. Były jakieś męczące starania o coś i poczucie ich nieadekwatności w stosunku do satysfakcji z imprezy. Powracająca niepewność. Ale przy tym nie można było inaczej. Miało się poczucie, że nie ma innej drogi. Miałem na palcu ołowiany pierścień, z którego nie byłem do końca zadowolony. Wpadłem na pomysł, że poprawię jego formę poprzez tarcie o jakiś kamień. Byłem z tego pomysłu bardzo dumny i wszystkim wokół go demonstrowałem, mimo że po moim zabiegu pierścień wyglądał gorzej niż przedtem, a dodatkowo zmiękł. Starałem się więc na powrót go wzmocnić i uformować ugniatając. Kiepsko to szło. 

Wtedy znalazłem się na jakiejś drewnianej wieżyczce, z której widać było i pole namiotowe i scenę festiwalową. Przede mną siedział pijany Janusz Gajos. Oczy jednak miał mądre. Opowiadałem mu jaki to dla mnie zaszczyt z nim rozmawiać. A wtedy on, z jakimś pijackim bezwładem, wyciągnął zaciśnięte pięści, jakby usiłując mnie niezgrabnie objąć i powiedział: „Ja cię zabiję”. Był jednak tak bezwładny, albo takiego udawał, że po prostu osunął się na kolana.

- Świetnie pan to odgrywa - odpowiedziałem. I chciałem mu powiedzieć jeszcze więcej, bo widziałem gdzieś już tę scenę graną chyba też przez Janusza Gajosa. A może to był ktoś inny? Chciałem mu powiedzieć, jak doskonale to odgrywa. Tę komedię. Ale on, nie zważając na moje słowa powtórzył tylko swój gest i słowa: „Ja ciebie zabiję”.

Zszedłem stamtąd i wróciłem do moich podopiecznych, albo kolegów, albo wychowanków. Byli to młodzi ludzie, którzy tworzyli plakaty na ten festiwal, pisali ulotki, drukowali książki i foldery. Ich graficzne pomysły podobały mi się, choć były już zanurzone w konwencji modnej współczesnej „alternatywy”. Nikogo z nich nie rozpoznawałem, ale oni mnie najwyraźniej znali świetnie i to od dawna. Któryś z nich zaczął portretować jakąś dziewczynę, bardzo zręcznie posługując się węglem i jakąś dziwną techniką przy użyciu gęstej farby rozcieranej na suchym płótnie. Czułem, że powinienem dodać coś od siebie i zacząłem wtrącać się w rysunek, tu i ówdzie. Ale szło mi kiepsko, byłem niewprawiony. Oni jednak śmiali się tylko niedowierzając. Wołali, że Piotrek się z nich nabija, udając że nie potrafi rysować ołówkiem. Zrozumiałem, że to ja ich wszystkiego uczyłem. To była moja historia alternatywna.

W międzyczasie pijany Janusz Gajos został zrzucony z drewnianej wieżyczki kopem w gołą dupę. Miał na sobie tylko brudną kufajkę i czapkę uszatkę.

środa, 22 grudnia 2021

Strzęp snu, który kroczy przed myślą

 

Hieronim Bosch, Ogród rozkoszy ziemskich, fragment


Ostatecznie, chcieć znaczy musieć chcieć. Tak jak komar chce lecieć tam, dokąd zmierza - ponieważ proste zmysły przymuszają go do tego - tak człowiek chce czegoś, ponieważ pokierował nim cały jego wewnętrzny kosmos zależności: zmysłów, sił, kompleksów mentalnych i myśli, które są tych pierwszych, prostszych mechanizmów dziećmi i powierzchnią. Ta „powierzchnia myśli” dopiero wtedy pojawia się przed zwierciadłem świadomości, gdy problem jakiś domaga się dzięki niej rozpatrzenia dodatkowego, jakby weryfikacji świadomej. Jednak zwykle odbywa się to już w podświadomości i podobne jest do obrazów sennych. Bo do nich to właśnie podobne są myśli świeżo zrodzone, które nie otrzymały jeszcze masek pojęć. Tym są myśli, których pojęcia nie sprowadziły jeszcze do form uproszczonych, ograniczających wyobrażenie. Jest to ograniczenie podyktowane zapewne ewolucyjnie przez oszczędność energetyczną, która pozwala wykorzystywać umysł przede wszystkim w działaniach praktycznych, nie zaś w celu zbliżenia się do jakiegoś bardziej subtelnego oglądu świata, albo własnego wnętrza (zakładając na potrzeby tej refleksji, że świat i wnętrze ludzkie są czymś rozdzielnym od siebie).

Aby więc do takiego poznania się zbliżyć (albo jeśli ono nie jest możliwe, to choćby umieć odnaleźć inne perspektywy oglądu rzeczy), należałoby przede wszystkim nie dowierzać swoim myślom upojęciowionym, myślom które nabrały kształtu. I trzeba by, obserwując te kształty, poszukiwać przedforemnych zjawisk wewnętrznych, z których one dopiero powstają - niejako kostniejąc - i na oglądaniu tychże zjawisk skupiać uwagę. A wtedy, dostrzegłoby się ogromny potencjał informacji, które ze sobą niosą. Albo raczej, którym to potencjałem są same w sobie.


poniedziałek, 11 października 2021

Dom rosnący w głąb siebie

 

Ruch spiralny w scenach snu

Poruszałem się po domu rodzinnym, który rozrastał się w głąb i wszerz. W pokoju babci, gdzie w rzeczywistości powinno być okno na podwórko, teraz okno to prowadziło do ukrytego, ciemnego pokoju bez wyjść. Takich okien było więcej. Także niektóre drzwi prowadziły nienaturalnie w dół, pod ziemię. Jednak było tam jasno, bo te pokoje w głąb domu oświetlone były światłem dnia, jakby wcale pod ziemią się nie znajdowały. Miałem wrażenie, że rozlokowane są pod różnymi kątami w pionie, poziomie i na ukos. Znajdowałem jakieś igły do szycia, walające się w stertach rozrzuconych tkanin i rozmawiałem z siostrą, która była czasem tu, czasem tam - w różnych pokojach. Najczęściej wołałem do niej, stojącej w pokoju położonym poniżej drzwi.

Potem nastąpiła scena dziwnego wspinania się po ścianach. Jakiś stary Indianin wydawał polecenia. Mnie i towarzyszącemu mi młodemu Indianinowi w czerwonej opasce na głowie, kazał "wstępować". Ruszyliśmy więc w stronę różowej ściany naprzeciw. Poczułem wyraźnie, jak coś w mojej perspektywie ulega przesunięciu i wkroczyłem na ścianę, tak jakby to była podłoga. Potem na kolejną i na jeszcze jedną. Wiedziałem przy tym, że muszę utrzymać skupienie na patrzeniu nieustannie przed siebie i przede wszystkim na tej nowej, odmienionej perspektywie. Nie było to trudne, bo odczuwałem ją niemal fizycznie - świat przemienił się tak, jakby był moim ciałem, moją dłonią, wewnątrz której stąpam. Każda ze ścian zawierała ciasne kraty, przez które przeciśnięcie się, z jakiegoś powodu, nie stanowiło dla nas problemu. Śmialiśmy się przy tym głośno i rozmawialiśmy o czymś. Znów się zdziwiłem, bo z moich ust wydobywały się słowa zupełnie mi nieznane, ale przez cały czas utrzymywałem dzięki nim kontakt z młodym Indianinem. On zaś zdawał się rozumieć je doskonale. 

W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie ukazano nam jak wygląda taktyka walki oddziału niziołków. Otóż, niziołki te, by bronić się przeciwko potężniejszemu przeciwnikowi, stosowały rodzaj marszu z wyprzedzaniem i wymijaniem szeregów przednich i zewnętrznych, tak aby zwiększać ich ilość z każdej strony, budując wokół swojej formacji rozszerzający się kwadrat. Kolejne szeregi ich wojska wychodziły z tyłów i zajmowały miejsca na zewnątrz, wchodząc jednocześnie w rodzaj uścisku zapaśniczego z większymi od siebie przeciwnikami. Każdy niziołek unieruchamiał w ten sposób jednego z przeciwników. Na koniec wolne pozostało tylko centrum kwadratu, w którym pozostałych siedmiu niezwiązanych z przeciwnikiem niziołków poruszało się swobodnie w jakimś tańcu. Zostało wtedy powiedziane: „Zadziwiające! Na koniec pozostali tylko pierwsi.”

Potem, na polecenie starego Indianina powtórzyło się przekraczanie ścian i krat, lecz tym razem starzec zwrócił się tylko do mnie, mówiąc że teraz dostąpię "tego" ja.: „Wypijesz.... (coś), dasz jej upojny dar.”

Tym razem, po wspinaczce, dotarliśmy, wraz z młodym, do jakiejś jaskini, gdzie czekając na nas siedziała na kamieniu młoda kobieta. To tutaj miałem czegoś dostąpić. Wiedza o tym w jakiś sposób mnie wypełniała. Trochę obawiałem się czy to, co mam wypić nie okaże się niszczące, ale odnalazłem spokój i pewność w tej dziwnej perspektywie, której doświadczałem nieustannie od momentu wkroczenia na pierwszą ścianę. Coś mi sugerowało, że nie stanie się ze mną nic innego, niż to, co działo się już teraz, lecz że stan mój znacznie się pogłębi.

I wtedy obudziłem się. A kiedy się obudziłem, przeszły mnie ciarki. Najbardziej na wspomnienie domu rodzinnego, rozszerzającego się w głąb siebie samego. A potem, drugi raz, kiedy sobie uświadomiłem, że ruch i formy pojawiające się w tym śnie nawiązywały do kształtu spirali, tak że pomimo wędrowania wciąż przed siebie i wrażenia, że zmierzamy do góry - w istocie, po pełnym obrocie, schodziliśmy na dół. Pod powierzchnię.

niedziela, 18 lipca 2021

Dlaczego istnienie nie jest snem


Porównuję istnienie do snu (tutaj). Jednak nie dlatego to robię, żeby uciec od zastanawiania się czym ono może być i żeby zamknąć je w jakiejś upraszczającej koncepcji. Istnienie nie jest czymś jak sen ulotnym, nie jest „tylko snem”. Przeciwnie, do snu podobne jest dlatego, że zbudowane ze znaczeń. I tak, jak we śnie, zdarzenia nie kłaniają się zasadom logiki, tak „w życiu” mają swoje własne miejsca, których mapy ludzka percepcja, na różne sposoby i z różnym skutkiem, próbuje komponować.

Istnienie nie jest więc snem jako czymś, co się dokonuje i przemija, lecz samo sobie określa ramy, w których się przejawia. Jego materia jest plastyczna, jak materia snu i podległa prawidłom opowieści, którą sen snuje.

Gdyby więc ktoś chciał pozbawić się możliwości zadawania pytań o rzeczywistość, o życie, o istnienie, o to czym są znaczenia budujące opowieść, to może wyobrazić sobie, że istnienie jest tylko snem, śnionym przez kogoś. Czymś zamkniętym, co się rozpoczęło i zakończy. Czymś „tylko”. 

Ale jeśli ten ktoś woli przygody poznania i lubi dziwić się rozglądając wokół, to lepiej żeby wyobraził sobie sen, który snuje się bez śniącego i wciąż wątpi, czy aby na pewno jest snem. A czasem zaczyna podejrzewać, że tak, jest nim i nie jest jednocześnie.

wtorek, 13 lipca 2021

Ekologia radykalna inaczej

Mógłbym nazwać się ekologiem radykalnym w tym sensie, że zostawiłbym wszystko własnemu biegowi. Jeśliby więc ludzkość miała doprowadzić do samozagłady i zagłady całego życia na Ziemi, to również uznałbym za naturalny bieg rzeczy. Także wtedy, gdyby ustąpiła miejsca jakiemuś swojemu wytworowi, w postaci sztucznej świadomości, która przetrwałaby miliardy lat, rozprzestrzeniając się na miliony galaktyk. Wszystko dzieje się samo, nie zaś ze względu na jakąś swoją niezależną wolę. Żadne życie, myślące, czy niemyślące, świadome, czy nieświadome, nie stanowi tu wyjątku. Przestrzeń i czas - ta wieczność oglądana przez nas w ruchu - przemiany gwiazd i kosmicznej materii, ze swoim szczególnym, czy nieszczególnym przypadkiem - życiem - wszystko to stanowi przejaw jakiegoś koniecznego kosmicznego rytmu.

Z drugiej strony, przeciwstawiam tej myśli pogląd, a raczej może wizję, wedle której rzeczywistość pozornie tylko jest mechaniczna i przyczynowa, a zatem możliwa do opisania według ludzkich kategorii. I jakiekolwiek nasze wyobrażenia na jej temat, czy na temat siebie samych, nie są w stanie dotrzeć do prawdy o niej. Wszystkie pozostają czymś w rodzaju opowieści o istnieniu. Według tego poglądu również zakładałbym pewną konieczność wszelkich zdarzeń, które nie są w żadnym stopniu zależne od nas jako istot samodzielnych, gdyż jako takie istoty nie istniejemy. Nie istnieje także wola sprawcza, która by do nas należała. Innymi słowy, wola raczej przepływa przez nas i powoduje nami, będąc siłą, która nas unosi jak rzeka, siłą napędową opowieści istnienia. Jesteśmy więc postaciami ze snu śnionego przez nie wiedzieć kogo, być może przez nikogo.

A dlaczego istnienie nie jest snem?

piątek, 7 maja 2021

W szpitalu i na strychu

  

Łaziłem po szpitalu. Był dzień i sporo ludzi się tam kręciło. Klimat trochę jak z filmu noir, zmieszany z emeryckim efektem obskurnej apteki i zmęczonego niedzielnego popołudnia, kiedy wiadomo, że nic się już nie wydarzy, ale tego kiepskiego czasu zostało jeszcze całkiem dużo.

I tam, w jakimś szpitalnym bufecie na dole, przycupniętą na wysokim barowym krześle i opartą łokciem o wykręcony kontuar, zobaczyłem Helenkę z podstawówki (choć w podstawówce żadnej Helenki nie znałem). Nieźle wyrosła, pomyślałem. Była całkiem ładna, a jej kształty kobiece. Uśmiechnęła się do mnie i zagadaliśmy. Niestety, nie pamiętam o czym. Rozmawiając wyczułem, że coś jest z nią nie do końca w porządku. Może to ten szpital? Tak, z jakiegoś powodu przecież tu przesiadywała. Włosy miała zebrane gładko u góry głowy, odciągnięte w tył i tam upięte, jakby na modłę lat 50. Całkiem schludnie i elegancko więc. Ale było w jej postaci coś nieświeżego, coś co pudrowało jakąś niedobrą i straszną prawdę.

Nie pamiętam na czym nasza rozmowa stanęła, ale musiałem już zbierać się do wyjścia.

Gdzieś po drodze ujrzałem zasuszonego staruszka, który mi się przyglądał z kolejki pełnej podobnych mu emerytów. Miał poczerniałe od zgnilizny powieki, ale jedno oko zdawało się trochę jeszcze działać i dostrzegało mnie.

- Dzień dobry stryjku. Co ty tu robisz? Co u ciebie? – zapytałem grzecznościowo, rozpoznając w nim nie do końca lubianą postać. Miałem jednak wrażenie, że teraz akurat, ta rozmowa może okazać się całkiem ciekawa.

- Cześć, Piotrusiu. Witaj, witaj... A leczę się. To znaczy... Może już niedługo. – podał mi dłoń, której palce rozpadły się już zupełnie i pozostały po nich tylko sczerniałe wypustki skórne, ociekające cuchnącą galaretką. Co prawda z odrazą, ale jednak przyjąłem ją.

- Rozumiem. A właśnie, chyba spotkałem niedawno ojca. Pomyślałem, że może chciałby stryjek z nim porozmawiać? Tak, po latach. Ostatnio podupadł na zdrowiu.

- Ja, nie. Ale ty mógłbyś. Wiem, że mieszka w jakiejś ruderze na strychu. Tutaj, w centrum, niedaleko.

Zastanawiając się nad tymi słowami szedłem dalej i gdzieś tam, w zakamarkach szpitala, natknąłem się na ojca. On również nie wyglądał dobrze. Oczy miał, co prawda, w lepszym stanie niż stryjek, ale nos mu się zupełnie rozłożył. Uszy także. Zagadaliśmy. Zdziwiłem się, że żyje i zapytałem, czy gdyby miał znów umrzeć, to chciałby kogoś zobaczyć przy swoim łożu śmierci. Spojrzał na mnie z dezaprobatą, jakbym zadawał tylko pytania, na które odpowiedzi sam doskonale znam. Zmieniłem więc temat.

- A wiesz, spotkałem tu Helenkę z podstawówki. Dawno się nie widzieliśmy.

- No to bierz się za nią. Bo to ta niezła, prawda?

- Tak, kiedyś była niezła.

Pogadaliśmy sobie przy barze. Myślałem, że zamówi coś mocniejszego, ale wziął tylko jakieś ciastko podobne do sernika, twierdząc że w tym stanie, w którym jest teraz, potrzebuje dużo azotu. Chciałem jak najwięcej powiedzieć mu o sobie, a przecież powinienem raczej posłuchać jego. W końcu to on umierał.

- Odwiedź mnie u mnie, na poddaszu, to pogadamy sobie dłużej. – powiedział pod koniec rozmowy i rozeszliśmy się.

Zanim udało mi się opuścić szpital spotkałem Asiulę. Odmieniła wygląd. Włosy przycięła dookoła głowy i skróciła je podgalając tak, że na czole pozostała fajna grzywka. Była w czarnej dopasowanej sukience i w glanach. Wyglądała bardzo atrakcyjnie, ale z jej twarzy zniknął wyraz inteligencji. I była jakby kimś jeszcze, kimś innym, niż tylko sobą. Jakąś barmanką, którą kiedyś znałem. Mieliśmy coś do załatwienia, ale po drodze chciałem jeszcze koniecznie zajrzeć do ojca. Miałem do niego wiele pytań, które nie wiedzieć czemu, nie mogły czekać.

Myślałem o tym spotkaniu z przyjemnością. Ale kiedy dotarliśmy na miejsce, opadły mnie wątpliwości, czy uda nam się wejść przez klapę na strych. To było trudne, chybotliwe przejście z niepewną drewnianą podłogą. Upadek groził poważnymi konsekwencjami. Widziałem jak prowadzący nas tam ojciec z łatwością, choć śmiertelnie chory, wskakuje do swojego gniazda. Ale po co wziąłem tu Asiulę? Mam przecież tyle do obgadania ze starym, sam na sam.

- Nie przejmuj się, zabrałam gorzką żołądkową. Wszystko będzie dobrze. - odpowiedziała jakby usłyszała moje myśli.

Pojawił się ojciec z twarzą szaro-czarną i zachęcał nas do wejścia.

- Hmm, zgrabna ta twoja dziewczyna...

Musieliśmy wspiąć się na dach, gdzie urzędowały dwie panie-manekiny w kolorze szaro-buro-khaki. Miały w połowie wypalone policzki i przechadzały się tam i z powrotem po krainie opustoszałej, jakby po katastrofie nuklearnej. Zawiewało piachem pustyni i zestarzałymi śmieciami wielkiego miasta.

Z dachu znów zeszliśmy na poddasze, przeciskając się obok wielkiego blaszanego chlebaka przy klapie. Jednak opuszczenie się do nory ojca było wciąż niemożliwe. Pojawili się jego sąsiedzi, którzy oznajmili nam, że „Semena nie ma w domu”. Nie słyszałem wcześniej o takiej ksywie ojca. Następnie pojawił się jakiś na czarno ubrany kolo, który też zapytał o Semena, po czym stwierdził, że on wchodzi pierwszy. Wyciągnął pistolet. Poczułem, że muszę go zabić jak najszybciej i przypomniałem sobie, że taż mam jakiś pistolet. Wyjąłem go spod pazuchy i usiłowałem oddać strzał. Jednak okazał się być tylko zabawką. Zwróciłem tym samym uwagę tamtego. Wystrzelił do mnie dwa razy, trafiając obiema kulami w szyję. Upadłem, czując że to już koniec. Podbiegła spanikowana Asiula. Zacząłem jakąś natchnioną tyradę o tym, że za chwilę spotkamy się gdzie indziej i niech się nie martwi. Skwitowała to tak, że bredzę w agonii, bo to prawdziwy koniec, więc nigdzie się już nie spotkamy.

Wtedy dopadł do nas czarny. Nie mając innego wyjścia, lecz czując, że jeszcze nie umarłem, chwyciłem go za głowę i roztrzaskałem ją o kolumnę. Potem mu ją oderwałem od reszty ciała, pomagając sobie zębami.

Pojawił się Siemian, kolega-sąsiad z dzieciństwa, który zauważył głosem niby-narratora, że nie jestem taki wcale martwy jakby się mogło wydawać. Natomiast czarny pan jest z pewnością.

- Najwyraźniej oba pociski utkwiły mi w szyi powstrzymując krwawienie. - komentowałem bredząc. - Wolałbym się jednak gwałtownie nie ruszać. Swoją drogą, wiecie, myślałem że postrzał boli trochę bardziej. A teraz prawie nic nie czuję. No tak, może jestem w szoku, ale znam gorsze rodzaje bólu. Na chwilę sobie tu przysiądę...

Wciąż pozostawał problem opuszczenia się do gniazda ojca. Teraz podłoga zdawała się jeszcze bardziej chybotliwa, a upadek jeszcze groźniejszy.

Wtem pojawiło się trzech nieznajomych kolesi, którzy oznajmili, że następuje zmiana planów, bo Semena już tu nie ma i musimy iść z nimi do niego, zanim przybędą kamraci tamtego czarnego, który umarł.

Pomyślałem, że mieliśmy szczęście, że kumple ojca dotarli tu pierwsi.

Siemian zniknął, a Asiula z kolesiami zeszła na dół. Ja nie nadążałem za nimi, mając problemy z poruszaniem się po postrzale.

Nagle dotarło do mnie, że coś tu nie gra. Chwyciłem za telefon, by skontaktować się z Asiulą i powiedzieć, żeby na mnie zaczekała i nigdzie z nimi nie szła. A najlepiej, żeby zaraz tu wróciła.

Ale kiedy się wybudzałem, w lewym uchu brzmiał mi jeszcze buczący sygnał: „Nie odbiera”.



czwartek, 4 lutego 2021

Wyprzedzanie budzika - sen o wieży i zegarze

Było powiedziane, że kiedy o godzinie czternastej padnie drewniana wieża oblężnicza, wszyscy się wycofają i skończy się bitwa. Wieża była ostrzeliwana płonącymi strzałami i czymś niby ognie greckie. W pewnym momencie chyba udało się ją podpalić blisko szczytu. Pojawił się tam płonący regularny okrąg. Za jakiś czas cały zgiełk ustał i zobaczyłem cichutką i małą salę lekcyjną, gdzie ci, którzy przed chwilą walczyli, teraz w skupieniu coś czytali lub notowali. Pośrodku jednej ze ścian stała wieża oblężnicza, ale teraz wyglądała jak wysoki drewniany zegar z drzwiami niby drzwi od szafy. Zegar wskazywał godzinę czternastą dziesięć lub dwanaście. Coś około tego. Pomyślałem, że już po czasie. Że wieża nie upadła, więc nie udało się. Ale wokół wciąż wyczuwalna była atmosfera oczekiwania. I nagle coś w tej szafie zegarowej wybuchło. Ze środka wytoczył się jakiś wąsacz, otrzepał, popatrzył na tarczę zegara i powiedział: „Co ja tu...?” 

Zanim zdążyłem pomyśleć, usłyszałem melodię swojego budzika, choć wizja senna wciąż jeszcze się nie rozmyła. Za chwilę jednak byłem już zupełnie wybudzony. 

Ale pozostał we mnie szereg wrażeń na temat tego jak umysł kształtuje materię snu i jak ją dopasowuje do spodziewanego dźwięku budzika tak, że wydaje się być ta senna fabuła powiązana znaczeniowo z tym co jest spodziewane. W jaki sposób fabuła snu wyprzedza rzeczywiste zdarzenie? A może wcale nie wyprzedza? Warto się zastanowić, czy nie jest choćby tak, że po zdarzeniu sennym i po słowach „zegarowego” spałem jeszcze jakiś czas, ale umysł rozciągnął moją senną wizję, wycinając pamięć o pustce między jej końcem, a dźwiękiem budzika tak, że zakończenie snu i dźwięk zlały się w jedno. 

Nie sądzę jednak, by tak było. 

Druga możliwość, o której pomyślałem, to taka, że wizja z zegarem pojawia się w tej samej sekundzie, w której do moich uszu i śniącego umysłu docierają pierwsze dźwięki budzika, a to, że fabuła snu wciąż jeszcze trwa w ciszy można by tłumaczyć ogromną prędkością procesów odbywających się w umyśle. W tym przypadku znów jakby wyprzedzałyby one zdarzenie na jawie.

W każdym razie, jeśli treść snu była wynikiem spodziewanego dźwięku pobudki i związanego z nim wyobrażenia o zegarze, sugerowałoby to, że podlega ona pewnemu przewidywaniu przez śniący umysł przyszłości, na jakimś zupełnie niekontrolowanym przez świadomość poziomie.

poniedziałek, 29 czerwca 2020

Nieznane światło


Marzy mi się, że już w tym roku wybucha Betelgeza i odtąd mamy na nocnym niebie dwie lampy zamiast jednej.

Takie rzadkie zdarzenia astronomiczne powodują, że kiedy się o nich myśli, świat staje się dużo mniej swojskim miejscem. Niespodziewanie błyska jakieś nieznane światło, odkrywając niesamowite kształty i zakamarki. Ujawnia się przy tym zwykłe ludzkie przywiązanie do złudzenia tej swojskości świata - jako czegoś stałego i stabilnego - czegoś, co zrobione dawano temu, i co jest domem.

Ale kiedy robi się naprawdę dziwnie, kiedy zmienia się postać nieba, a poziom baśniowości gwałtownie wzrasta, w tym domu ukazują się mrugające oczami portrety, pojawiają się znikające drzwi i studnie, albo schody prowadzące we wszystkich kierunkach jednocześnie.

Łatwiej wtedy zauważyć, że nasze życie nie musi się różnić niczym od snu, który - przez nikogo nie stworzony i nie kierowany - dzieje się sam z siebie, donikąd nie zdążając, ani niczemu nie służąc.

A potem, kiedy cała ta dziwność z wolna blaknie i można już o niej opowiadać, świat na powrót daje się oswajać i znów można spać spokojnie, jakby się było w domu.




środa, 2 października 2019

Obrona przeciwlotnicza

Wybraliśmy się na wędrówkę przez las. Chodziło o to, żeby przeżyć jeszcze coś wyjątkowego na chwilę przed tym nim rozpocznie się wojna. Były cztery drogi, którymi mogliśmy pójść. Północna, najciekawsza, prowadziła na pustkowia, ale Paweł narzekał, że jest zbyt niebezpieczna. Ostatecznie wybraliśmy chyba wschodnią, która obiecywała najspokojniejsze miejsce na nocleg.

Następnego dnia mieliśmy się zgłosić na przydzielony posterunek. Kazano nam bronić boiska szkolnego przed lotnictwem wroga. Mówiło się, że ONI mają uderzyć w przeciągu trzech najbliższych dni. Nikt podobno nie wiedział, którego konkretnie dnia to się stanie. Zbieraliśmy się więc od rana na betonowym boisku przy mojej starej podstawówce. Żeby się tam dostać trzeba było przeleźć przez siatkę, wysoką mniej więcej jak te przy kortach tenisowych. Odprowadzali nas wzrokiem nieliczni gapie, którzy snuli się po drugiej stronie siatki. Tak - pomyślałem - fajnie jest popatrzeć na żywe trupy. To nawet nędznemu życiu dodaje na chwilę trochę smaku.

Póki co, czekaliśmy dość długo zanim nas wezwano na stanowisko właściwe. Szedłem na miejsce z Paulinką, której nasz przewodnik opowiadał skąd się wzięły przykryte wielkimi liśćmi kapusty trupy, leżące wzdłuż ulic. To niemiecka zbrodnia z Friedrichshof, mówił. Trupy miesiącami gniły pod otwartym niebem, więc my je tutaj przykrywamy liśćmi. A wtedy, było tak właśnie jak ja tutaj zrobię. Trzeba było liście wraz z tym mięsem gnijącym pod spodem, nacinać wzdłuż, żeby zrobić koleiny dla wozów i dla pieszych. O tak, właśnie.

W tamtej chwili odniosłem wrażenie, ze Paulinka jest na granicy poczytalności, bo żeby okazać spokój ducha, wyciągnęła nagle spomiędzy trupów kawałek surowego rybiego ogona, zamerdała nim w powietrzu jak dzwoneczkiem perkusyjnym i z głośnym ślurpnięciem odgryzła kawałek.

Zanim doszliśmy na nasz posterunek, postanowiłem zrobić w sklepie zapasy na najbliższe trzy dni. Wziąłem kilka kawałków śledzia korzennego i jeden kawałek śledzia marynowanego. Uznałem, że marynowany jest zbyt słodki żeby brać go więcej. Miałem też ze sobą oczywiście jakiś alkohol, jednak nie było go zbyt wiele.
Pomyślałem, że dobrze się składa, że nikt nas tu nie żegna. Tego by jeszcze brakowało.

Na miejscu, czyli w piwnicy pod jakimś dwurodzinnym domkiem - kostką, który stał na skrzyżowaniu ulic Plażowej i Baranowickiej, mieliśmy oczekiwać samolotów przeciwnika.
Wszyscy już byli. Maciek założył na tę okazję mundur oficera z 1939 roku. Wyglądał dostojnie i wyraźnie odstawał w nim od reszty towarzystwa. Piotrek z kolei wystroił się w mundur legionowy z 1918 i uznałem, że z jego szaroniebieskim kolorem, estetycznie całkiem nieźle pasuje przeciwlotniczemu obrońcy.
- Coś mało mamy alkoholu. – zauważyłem, patrząc na nasze zapasy ustawione wzdłuż ścian.
Potwierdzili niemo.
- A w sklepie był tylko śledź i ogórki. Kiepska dieta na te trzy dni.
- Po co ci więcej? Śledź i ogórki najlepsze do zagryzania wódki, a teraz ona nam się przyda najbardziej.
- No, właśnie. To może po kielichu?
- No, nie. Jeśli teraz zaczniemy, to nam nie wystarczy do końca. A co, jeśli oni zaatakują dopiero pojutrze? – Maciek wydawał się być zaangażowany taktycznie i nie potrafiłem sensownie zaprzeczyć, ale czułem, że coś jest nie tak z jego logiką.
- Kiedy wydadzą nam broń? – zapytał ktoś.
- Nie wydadzą. Nie potrzebujemy broni. Mamy tylko sprawiać wrażenie, że ją mamy, żeby ściągnąć na siebie ogień.
- Tak, ktoś tu musi być na straży i padło akurat na nas. 
- Ciekawe ile potrwa wojna.
- Pewnie niedługo. Potem będzie okupacja i ona się przeciągnie. Ale potem pewnie wszystko rozejdzie się po kościach i będą jakieś porozumienia.
- To może byśmy już teraz zorganizowali ruch oporu, zamiast tutaj umierać?
- Nie. My ich tu musimy ściągnąć, żeby mieli jakieś straty w amunicji. Ruch oporu założą ci, których wyznaczono.
- Tak, dowodzenie jest dobre. Ja się na wojnie nie znam, ale jest dobre.
- Panowie, a może byśmy się wreszcie napili?
Wódka stojąca na podłodze w narożniku piwnicy wydała mi się teraz więcej niż atrakcyjna.
- No, a jak spuszczą na nas bombę, to poczujesz najpierw zapach… Potem się udusisz. Ale jak pójdzie rakieta, to się spalimy. I o to chodzi. Rakiety są droższe.
Zastanowiłem się, co by było, gdyby jakimś cudem udało mi się przeżyć.

Wtedy usłyszeliśmy dźwięk silników. Nadlatywali. Opuściliśmy piwnicę, żeby zająć miejsca dobrze widoczne z nieba. Do osłony mieliśmy murek wysokości około pół metra. Każdy dostał coś w rodzaju maski spawalniczej z dwoma uchwytami po bokach. Mieliśmy przez te maski patrzeć w niebo. Pojawiła się uroczo uśmiechnięta Dorota, która jako ekspert w dziedzinie teatralnych lornetek, poinstruowała nas co mamy robić ze sprzętem.
- Chwyćcie za te rączki, tutaj, po bokach. I teraz uwaga. Jeśli dociśniecie je za mocno, albo za słabo, to nic nie wypatrzycie. Ale nie martwcie się. Wystarczy samo wycelowanie w górę. Oni tam muszą tylko was zobaczyć, a maski, te szkiełka w nich, odbijają światło, więc po prostu puszczajcie nimi zajączki.

- Lecą. Patrzcie!
Spojrzałem w kierunku wskazywanym przez Pawła i zobaczyłem na niebie kilka dużych śmigłowych bombowców. Groźnie buczały latając dość chaotycznie w różnych kierunkach. Maciek nas jednak uspokoił:
- Eee… To nie oni. To nasi wystartowali. Tamtych nawet nie dojrzysz…
Przypomniałem sobie wtedy opowieść znajomego sprzed lat. Będąc czołgistą, twierdził, że przy różnicy technologii miedzy nami a nimi, pozostały mu czas życia w poruszającym się czołgu, zaraz po rozpoczęciu wojny, ocenia na jakieś piętnaście, do dwudziestu minut.
Nie czekając na pozostałych pociągnąłem solidny i pokrzepiający łyk wódki.
Ale zaraz i tak było już po wszystkim.

poniedziałek, 6 maja 2019

Góra chwytająca

Znalazłem się w nadmorskim miasteczku, leżącym pod górą, która wyglądała jak ogromne kolano, wycelowane w niebo i jednocześnie zwieszające się nad morzem. Poszukiwałem zaginionych na górze, kiedy zaskrzeczał mój elektroniczny detektor, błyskając kilkoma zielonymi światełkami, rozrzuconymi po mapie rozległego terenu. Jedno z tych pulsujących kółeczek odezwało się do mnie głosem Miśka, który przed laty pomógł mi zdobyć pracę. Sądziłem o nim, że jest zbyt rozsądny, żeby iść w góry w klapkach. Teraz, między trzaskami głośnika, ni to wołał o ratunek, ni to przestrzegał przed górą. Nie do końca słyszałem co mówił. Zdaje się, że miałem nie wierzyć w rzeczy, które tam będą wchodziły ze sobą w relacje. Ale kiedy już zaczną, to nie będę potrafił, bo nikt nie potrafił… I teraz wszyscy tam utkwili. Pozostali zaginieni milczeli, pulsując tylko zielonymi kółkami na detektorze.

Słońce już się z wolna chowało za górą, kiedy zacząłem wspinaczkę. Byłem pewien, że odnajdę wszystkich bez problemu i wyzbieram, jak muszelki rozrzucone po plaży. Jacyś przydrożni miejscowi kręcili głowami z niepokojem i próbowali mi odradzać. Nikt tam nie chodzi. Nikt nie wraca. I tak dalej. Szedłem pod górę łagodnym zacienionym zboczem. I wtedy podniosła się fioletowa mgła. Coś mi pokazało wyraźnie, że góra zupełnie jest pozbawiona skał, ale pokrywa ją brązowa, szczeciniasta i ciepła skóra, pod którą wyczuwa się mrowie buszującego robactwa. Jest tam życie - mówi się - dużo życia. Na powierzchni tej skóry - tam wyżej - leży wiele martwych już owadów, których pancerze pokryte są symbolami religijnymi. Głównie chrześcijańskimi, choć nie brak też innych.

Dalej zobaczyłem plamę ciemności, rozdzielającą niskie drzewa. Spodziewałem się tam stromej ścieżki w górę. Zapadł już jednak zmrok i pomyślałem, że lepiej będzie rozpytać jeszcze trochę miejscowych i wrócić tu należycie przygotowanym jutro. Myślę, że właśnie wtedy dałem się górze schwytać.

Po powrocie do miasteczka otoczył mnie tłum ludzi, którzy domagali się tego i owego, nazywając mnie inspektorem Scotland Yardu. Kiedy chodząc między nimi zbierałem informacje na temat góry i zaginionych, podszedł do mnie człowiek, który twierdził, że wysłano go za mną, by przekazał mi rozkaz powrotu. Przede wszystkim zaś, zakazano mi wspinania się na górę. A tym samym on – człowiek z rozkazem – przejmuje sprawę zaginionych. Odmówiłem i zostawiłem wszystkich na rynku, udając się na poszukiwanie jakiejś gospody.

Teraz jednak, byłem już nim – wściekłym na inspektora Scotland Yardu, człowiekiem z rozkazem. Postanowiłem tegoż inspektora powstrzymać siłą. W tym celu, wyciągając pałasz, wyzwałem go na pojedynek. Sądziłem, że jest uzbrojony we własne ostrze, i że wyjdziemy przynajmniej na ulicę. Ale on od razu podjął walkę, używając tylko czarnej szpicruty, którą miał pod ręką. Szło mu nadspodziewanie dobrze i nasz pojedynek przeciągał się długo, nie dając się rozstrzygnąć.

Naraz, znów byłem inspektorem, ale wokół zalegała fioletowo szara mgła i pełno było dużych, strzykających owadów, których pancerze pokrywały symbole religijne. Obok mnie, człowiek z rozkazem, wymachując pałaszem, odpierał ataki jakiegoś dziwnego stwora, który poruszał się niezdarnie, uzbrojony w dwa topory. Jego ruchy były bardzo powolne i bez problemu udało nam się go zabić. Mój nieoczekiwany sprzymierzeniec zachęcił mnie do przejęcia toporów. Okazały się być wykonane ze szkła. Nie wiem dlaczego ściągnąłem z nich gumową okładzinę rękojeści i podjąłem walkę ze stworami, które teraz wyglądały jak żywe trupy kobiet, obficie krwawiące z ran, lecz sprawiające dużo problemu, bo nie uginające się pod ciosami.

Całe ciemne zbocze pełne było stworów sunących w naszą stronę, niczym ruchome rozczapierzone kikuty, i strzykających owadów, pokrytych symbolami religijnymi. Wiele z nich było już martwych, ale przybywało wciąż nowych i zdawało się, że nasza wspinaczka może potrwać bardzo długo, a być może nie skończy się nigdy. Być może, jak w baśni, zostanę tu, bo zgubiło mnie wahanie, kiedy zawróciłem, zamiast iść za pierwszym wyborem - ciemną ścieżką między drzewa.

piątek, 29 marca 2019

Samotny stażem pan młody

  Byłem chłopem i właśnie umarła moja matka. Ułożyłem jej ciało na dwukołowym wozie i pociągnąłem na wysokie wzgórze za wsią. Tam ją pogrzebałem i stałem czas jakiś czekając na coś. Nic się jednak nie wydarzyło, ani nikt więcej nie przyszedł. Okazało się natomiast, że jest piękne lato. Sama pełnia lata. Pomyślałem wtedy, że nie mam tu specjalnie nic do zrobienia, więc będzie najlepiej jeśli zostawię wszystko i pójdę w świat.

 Wóz postanowiłem oddać komukolwiek, kogo spotkam po drodze. Schodząc z powrotem w kierunku wioski zauważyłem, że zanosi się na burzę i zaraz potem spotkałem innego chłopa. Przekazałem mu wóz, zwierzając się jednocześnie ze swoich planów. Zamierzałem iść przed siebie, a wieczorem rozpalić ognisko i ułożyć do snu.

 Kiedy mu o tym opowiadałem, rozpoczęło się bombardowanie. Latały nad nami prymitywne dwupłatowce, z których zrzucano bomby, a więc musiał to być początek dwudziestego wieku. Ludzie wokół szukali sobie schronienia biegając w popłochu i mój rozmówca dołączył do nich, porzucając darowany mu właśnie wóz.

 Pomyślałem, że będę się trzymał drzew i spróbuję dotrzeć do lasu. Wtedy z jakichś drzwi ktoś do mnie zamachał - młoda dziewczyna, której mój pomysł na przyszłość bardzo się spodobał i postanowiła iść ze mną. Potrzebowaliśmy jednak ciepłych ubrań, a ja dodatkowo butów, bo przez cały czas chodziłem boso. Jedno i drugie udało się szybko znaleźć w ogólnym zamęcie i rozgardiaszu związanym z bombardowaniem. Zdobyliśmy ciepłe damskie kurtki puchowe. Były obszerne i w kolorach pastelowych.

 Chciałem zabrać dziewczynę do lasu i rozpalić ogień, ale samoloty wciąż krążyły nad nami, więc uznałem, że dym mógłby być teraz nie najlepszym pomysłem. Postanowiliśmy, tymczasowo, poszukać schronienia w pobliskim gospodarstwie. Gospodarz oponował, mówiąc że ONI już i tak są na naszym tropie i jadą tu białym samochodem. Ostatecznie jednak, zgodził się ukryć nas na strychu.

 Chowając się, właściwie, przyznawałem mu rację, bo sam już ten biały samochód słyszałem. Docierał do mnie dźwięk jego silnika i trzaskanie drzwiami, kiedy barykadowałem nas od środka. Plan był teraz taki, żeby znaleźć jakieś wyjście stąd, tajny tunel, albo chociaż skrytkę, zanim oni zdołają tu wtargnąć przełamując barykadę. Niestety, nie udało się planu zrealizować i już chwilę potem udawaliśmy się na przesłuchanie.

 Kiedy prowadzono nas po stukoczących dechach jakiejś wieloizbowej chaty, zajętej (zapewne tymczasowo) przez najeźdźcę, myślałem o tym, że czeka mnie za chwilę wyjątkowo nieprzyjemne doświadczenie. Za wszelką cenę jednak powinienem im nie mówić. Nie wiedziałem, co prawda, o czym, ale szukałem już w sobie jakiegoś wewnętrznego nastawienia, które by mi to niemówienie umożliwiało. Zrozumiałem, jak niefortunnie się składa, że na to całe przesłuchanie idziemy razem, ja i dziewczyna.

 Kiedy wreszcie dotarliśmy na miejsce, ujrzałem obrazek częściowo tylko spójny. Otóż, byli tam Niemcy. Oczywiście, kto inny chciałby bombardować wieś! Kilku schludnych świńskich blondynów i elegancka blondynka – tutaj wszystko było na miejscu. Ale dowodził nimi dwumetrowy brunet o bardzo sympatycznej fizjonomii, a wszyscy siedzieli przy suto zastawionym stole, do którego i nas dwoje zaproszono. Blondynka głaskała mnie wzrokiem tak, że poczułem się błogo, jak mały chłopiec. Zresztą, było tu ciepło i niemal jak w domu.

 Jowialny brunet poprosił żebyśmy się poczęstowali i opowiedzieli coś o sobie. Postanowiłem postawić na szczerość i wyjaśnić mu istotę mojego objawienia ze wzgórza, które nakazywało mi iść na wędrówkę, ponieważ tylko porzucenie wszystkiego co miałem i wędrówka przez świat, mogą mieć dla mnie jeszcze jakiś sens. Nie wiem czy mnie zrozumiał, ale w pewnym momencie przerwał mi, pytając, czy z tego właśnie powodu oboje – ja i ta tutaj piętnastolatka - nawrzucaliśmy suchych liści do przerębli.

 Hmm, nie sądziłem, że ona może mieć piętnaście lat. I te przeręble, których zupełnie nie mogłem sobie przypomnieć… Tym bardziej, że akurat było lato. Byłem jednak gotów machnąć ręką na te drobiazgi i pozwolić mu pozostać w błędzie, byle tylko móc dalej opowiadać, że oto ja i ona wybieramy się właśnie razem w świat i musimy już lecieć.

Niestety, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, przygoda, wraz z pianiem budzika, urywa się w najciekawszym momencie.

niedziela, 6 stycznia 2019

"Moon" z 2009 roku. Metafizyczna inspiracja w pozornie prostym obrazie.


Jeszcze jeden film wzbudzający podejrzliwość wobec rzeczywistości. Kiedyś lubiłem bawić się koncepcją, w myśl której cały świat jest moją senną wizją. Oczywiście nie moją w sensie osobowym. Raczej wizją projektowaną i "wyemanowaną" przez jakiegoś nieosobowego mnie, który mnie osobowego sobie wyobraża, podobnie jak wyobraża sobie wszystkie inne osoby, wszystkie zdarzenia, rzeczy, myśli, cały czas i całą przestrzeń. Żeby to sprawdzić opowiadałem spotykanym w snach postaciom, że są wytworami mojego umysłu. Zwykle reagowały milczeniem i wpatrywały mi się w oczy. W ich oczach widziałem wtedy odbicie swoich. I coś jeszcze, coś bardzo trudnego do uchwycenia. Następowało wtedy dziwne drżenie całego sennego krajobrazu, po czym zwykle budziłem się.

I tutaj moja zabawna myśl znów do mnie zamrugała, pozwalając obracać się w innych myślach i zastanawiać co by było, gdyby z rzeczywistością faktycznie było tak, jak sobie to kiedyś wyobrażałem.
Banałem jest stwierdzenie, że wszystko jest inne niż się wydaje, ale już sam kosmos - kiedy patrzeć na niego jakby po raz pierwszy - jest tak dziwny, tak uderzająco odmienny od tego co mamy wokół, że chce się za każdym razem pytać: Co tu się właściwie dzieje? Co to jest?

wtorek, 30 października 2018

Anima mundi




"To, co widzimy i kim się zdajemy jest snem jedynie. Snem śnionym we śnie."

„Piknik pod Wiszącą Skałą” z 1975 r. w swoim niebezpośrednim oddziaływaniu przypomina „Stalkera” Tarkowskiego, ale co innego stanowi jego ukrytą treść. Kontemplacja seksualności, to kontemplacja natury. Jaszczury i ptaki wskazują już na początku, że cały kosmos jest seksualnością - niemówienie i niesłuchanie, drżenie powietrza i rozgrzanych skał. Otchłań milczy i drży w niewiedzy o sobie egzotycznych ptaków i jaszczurów. W otwartym jasnym niebie i w bezcelowości życia, która wyraża się nieskończonością funkcji jego składowych. Otchłań drży ciepłem, poza dobrem i złem. Prześwieca w zdziwieniu kolcami i rażącymi kolorami zwierząt. Prześwieca w dziwnych, zawsze inaczej widzianych przelotach stad ptaków. W skałach i białych, podartych sukienkach dziewcząt.

Nasza własna natura jest podobnie konieczna i przypisana do nas, jak właściwy nam charakter pisma, którego próba zmiany jest drogą przez mękę, gdzie ma się wrażenie przymuszania się do czegoś zupełnie nie swojego, obcego, właściwego innemu, a więc zdrożnego. Do czegoś we właściwym sensie złego.
Ale może to nie my mamy przypisaną nam naturę – każdy swoją – ale raczej ona ma nas? Chociaż czujemy, że ją posiadamy chyba już od momentu, do którego możemy sięgnąć pamięcią, to czy tak naprawdę możliwe jest posiadanie czegoś co nami kieruje, włada, warunkuje nasze odczucia, myśli, postawy?
Od kiedy zaś ją mamy (zapewne dawniej to, co tu nazywam naturą, nazwano by duszą), utożsamiamy się z nią, dzieląc świat, którego doświadczamy, na rzeczy "mniej swoje" i "bardziej swoje". W tym więc sensie, nasza natura, naprawdę będąc otchłanią natury, a zatem nie podlegając nam, decyduje całkowicie o naszej woli i o naszych losach, władczo pozwalając nam siebie jedynie podglądać, jak przez okopconą szybkę, a podglądanie to nazywać "naszym życiem".

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

2018.08.20

 
Burza trzaskała oślepiającymi wybuchami białego ognia. Za oknami mojego rodzinnego domu przemieszczały się pioruny kuliste. Jedne szybciej, drugie wolniej. Przepływały w błękitnej przestrzeni, jak krople wody ściekające po szybie. Te, w które się wpatrywało, zauważały po chwili obserwatora i kierowały w jego stronę. Ukrywałem się przed nimi, obserwując je z mieszaniną lęku i fascynacji.
Kiedy rozlegał się większy łoskot, wszystko wokół iskrzyło, tonęło w oślepiającej jasności i pachniało spalenizną. Dom był okopcony, a instalacja elektryczna zniszczona. Gdzieniegdzie tańczyły złote ogniki.

I nagle wszystko ucichło, a w tej ciszy na niebo wylały się odcienie czerwieni i rozżarzone łuny. Na ich tle zobaczyłem zarys zrujnowanej fabryki. Ktoś powiedział, że już po wszystkim i teraz będzie czas na ocenę zniszczeń i strat. Ale wtedy jakiś gigantyczny ciemny kształt zjawił się na niebie. Budynek z masy betonu, stali i szkła, spadł wprost na fabryczną ruinę. Coś mi powiedziało, że do świata przedostają się teraz części innych światów. Kiedy o tym pomyślałem, spodziewałem się już dalszego rozwoju wypadków. Chaos się nasilił. Powietrzem wstrząsnął podmuch gorącego wiatru, z którym wędrowały rozpędzone iskry. Wiedziałem, że rozpoczęło się spalanie świata, i że niedługo dotrze tu morze ognia. Zastanawiała mnie przyczyna tych wszystkich przemian i zrozumiałem, że spodziewając się ich, sam je wywoływałem.

Postanowiłem ratować się od śmierci w płomieniach tego kończącego się świata. Razem z innymi, bo było nas pięć osób - czterech mężczyzn i kobieta (kelnerka, lub stewardessa) - wsiedliśmy do małego busa, który poddając się mojemu spodziewaniu, po chwili okazał się być myśliwcem, zdolnym do błyskawicznych przelotów i zawisania nieruchomo nad ziemią, dzięki wykorzystaniu pola antygrawitacyjnego. W ten sposób udało nam się uciec przed kataklizmem.

Ostatecznie znalazłem się na torach, pijąc herbatę przy niewielkim stoliku i prowadząc rozmowy na jakieś zupełnie nieistotne tematy, związane z pracą i życiem codziennym. Wokół torów rozciągała się łąka, zanurzona w atmosferze leniwego letniego popołudnia.

piątek, 10 sierpnia 2018

2018.08.10

Przyśniło mi się, że zmartwychwstał mój ojciec. Leżał w trumnie i żegnaliśmy go. Miał na sobie dosyć barwny, kraciasty garnitur. Ale kiedy przyszedł czas na zamknięcie wieka, spadła na niego do środka jakaś drewniana płyta i przekrzywiła zwłoki. Zakląłem w duchu. Pomyślałem, że zaraz trzeba będzie go prostować, a przecież jest zamrożony, bo leżał w chłodni. Wtedy zauważyłem jakieś minimalne poruszenie i na policzkach pojawiły mu się kolory. Wydaje mi się, że to chyba ja go „obudziłem”, przez to, że się takiego jego zachowania spodziewałem. A mogłem się spodziewać, bo wokół panowała atmosfera tajemnicy i niezwykłości, która zapowiadała jakieś dziwne zjawisko. Nagle więc, ojciec poruszył się i otworzył szeroko oczy. Był zaskoczony, nie mniej niż my. Pomyślałem wtedy, że musiał być w jakimś letargu i jakoś tak ciepło ucieszyłem się z jego "powrotu" i obecności. Potem chodziłem z nim i zajmowaliśmy się różnymi sprawami. Ojciec był tak samo chudy jak go zapamiętałem, ale okazało się, że zapuścił długie włosy. W pewnym momencie coś mu opowiadałem o tym co się działo w latach, kiedy był nieobecny. A on się zaśmiał wesoło i powiedział mi, że wszystko widział, bo wciąż tu był, chociaż ja nie wiedziałem, że on tu jest. I że wszystko robiłem dobrze. Zdziwiłem się, ale jeszcze raz to potwierdził. No i chyba wtedy mnie przytulił. Na koniec wyjął klucze i otwierał drzwi do jakiegoś domu. Wtedy już trochę mnie pouczał.

środa, 5 lipca 2017

Narkotyk "Co dalej?"



Pytanie "Co dalej?", zadane życiu, jest prośbą o podanie lekarstwa - egzystencjalnego narkotyku, odurzającego wrażeniem posiadania celu - czegoś zastępującego sens, którego brakuje.

Rodzi się z tego pożyteczne złudzenie. Nagle znów wydaje się, że istniejemy, bo mamy coś do zrobienia. A być może jesteśmy tylko snem o podmiotowości, albo nawet mniej - poblaskiem śnienia, które nigdy się nie wydarzyło i pozostaje potencjalnością, nieuświadomionym majakiem czegoś, co nawet nie posiada bytu.
Bo co to znaczy, że cokolwiek jest?
Nie potrafimy tego zrozumieć, ale wyczuwamy gdzieś za plecami, że to co jest, musi być zaangażowane. Musi robić coś, żeby dać się w ogóle uchwycić.
Wiedza o tym - zauważenie konieczności "posiadania zaangażowania" przez "to co jest" - w żaden sposób nie pomaga w odnalezieniu sensu tego czegoś. Sensu istnienia, bo ostatecznie o niego tu chodzi.

Mówi się, że jedynym sposobem na brak poczucia sensu jest stworzenie tego sensu, nadanie go swojemu życiu. Ale jaką wartość może mieć taki stworzony przez siebie samego sens? Czy nie jest on tylko jakimś desperackim samooszukiwaniem? Odciąganiem uwagi? Przecież nie można stworzyć czegoś ostatecznego. Ostatecznej prawdy uzasadniającej życie. A dopiero czymś takim byłby sens przezwyciężający śmierć z jej zaraźliwą nicością, niweczącą wszelkie zdobycze życia ludzkiego.

Pytanie "Co dalej?" jest więc prośbą o podanie lekarstwa - egzystencjalnego narkotyku, odurzającego wrażeniem posiadania celu - odurzającego zwykłym działaniem zastępującym sens, którego brakuje życiu.


piątek, 3 lutego 2017

"Imperator" - sen


Śnił mi się budynek, niby zrujnowany pałac, zbudowany na planie trzech okręgów ułożonych w trójkąt. Największe z okrągłych pomieszczeń, znajdowało się nieco poniżej dwóch pozostałych. Wszystkie trzy sale połączone były korytarzami. Kończyła się właśnie jakaś bitwa, w której moja strona zwyciężała. Trupy przeciwników leżały wszędzie wokół. Nagle coś się odmieniło. Nadszedł impuls, który w jakiś sposób sprawił, że część poległych zaczęła się podnosić. Przez chwilę poczułem radość na myśl o przedłużeniu walki z nimi, ale wtedy pojawiło się złowieszcze odczucie, albo może głos, który zakomunikował: „imperator”. Gdzieś na granicy percepcji zobaczyłem ogromną postać zbliżającą się do nas, albo unoszącą z tego pobojowiska. W pewien sposób materializowała się jako przytłaczające, nieuniknione zagrożenie. Ludzie wokół mnie przygotowywali się do walki z tym czymś. Przygotowania polegały na wygrzebywaniu z piasku jakiejś dziwnej broni z zielonego szkła – archaicznych pistoletów i strzelb, pustych w środku. Nie wiedzieliśmy jednak jaką amunicją należy je załadować, więc wydawały się bezużyteczne. Większość obrońców ustawiła się przy wrotach oddzielających korytarz - między dwiema mniejszymi salami, nad którymi utrzymywaliśmy kontrolę - od dużej sali, do której prowadziły schody w dół. Stamtąd zbliżał się do nas „imperator”. Przez okna i częściowo przejrzyste ściany widzieliśmy jego postać. Miał wysokość dwóch i pół człowieka i był groteskowo zwalisty. Cała jego potworna sylwetka emanowała grozą i wywoływała przeczucie nieuchronnej, powolnej i przy tym boleśnie świadomej śmierci. Kiedy widziałem jak wyważa wrota, pomyślałem że nie sposób z nim walczyć. Mimo to, ludzie zgromadzeni na przedzie próbowali atakować go jakimiś włóczniami. W tym czasie stałem przy drugich wrotach, w jednym z wyżej położonych okrągłych pomieszczeń, mając świadomość że „imperator” bez trudu pokonując pierwsze szeregi obrońców, za chwilę dotrze tutaj. Zastanawiałem się co mogę zrobić, żeby go zranić. Wydawało się to niemożliwe, a o ucieczce również nie było mowy. Byliśmy zamknięci w pułapce z potworem, który nieuchronnie jak się wydawało, zabije nas wszystkich.

Wtedy z jakiegoś powodu zasnąłem, albo straciłem przytomność. Kiedy się obudziłem i wyszedłem z sali na korytarz, okazało się, że walka się skończyła. Obrońcy, których pozostało niewielu (wśród nich także kobiety), tańczyli trzymając się za ręce. Byli wyraźnie zmęczeni, bo wyglądało na to, że tańczą od wielu godzin. Śpiewali przy tym coś w rodzaju: „o leli leli lej”. Zobaczyłem leżące poniżej schodów nieruchome ciało „imperatora”. Było całkiem poczerniałe. Wiedziałem, że taniec w jakiś sposób go powstrzymał, ale jego sen nie potrwa długo, bo nie będziemy w stanie tańczyć bez przerwy. Na twarzach ludzi wokół mnie wypisana była desperacja. Niektórzy chwiali się już na nogach, mimo to nie przestawali tańczyć, trzymając się za ręce i śpiewając.

sobota, 22 października 2016

Światełko w tunelu, czy czarna dziura?


Ciekawa sprawa z tym DMT… Czytałem, że wydziela się do mózgu w dużych ilościach w momencie śmierci, powodując silnie psychodeliczne doświadczenia. Mogą to być wizje i doznania euforyczne, związane z obrazami szczęśliwych krain, rajskich ogrodów itp. Ale mogą się zdarzyć zupełnie przeciwne, piekielne i straszliwe.

O tym jak jest w momencie śmierci, oczywiście nikt nie wie. Domyślać się tego można na podstawie stanów, w które zanurzają się ludzie zażywający ayahuascę, (zawierającą niewielkie tylko ilości DMT) gdzie, obok doznań rozkoszy lub cierpienia, występuje charakterystyczne złudzenie wyjścia poza kategorię czasu i przestrzeni.

I tutaj przestaje być zabawnie, kiedy wyobrazimy sobie, że w momencie śmierci coś takiego przydarza się każdemu człowiekowi.

Wyobraźmy sobie, że ktoś przy nas właśnie umarł. Jego zwłoki leżą obok nas i powoli stygną. Wszelkie doznania tego człowieka ustały, wraz ze śmiercią mózgu – tak myślimy. I jest to prawda, bo teraz, w chwili kiedy o tym myślimy, on już nic nie czuje, ani nie myśli.

Jednak ułamek sekundy przed jego śmiercią wydarzyło się coś, co zniszczyło w tym człowieku postrzeganie czasu i przestrzeni, a także wszelkich innych kategorii świata zewnętrznego, sprawiając, że został wyrwany do pewnego rodzaju „wieczności”, która nie jest jakimś nieskończenie długim odcinkiem czasu, ale czasu nieistnieniem.

Jednocześnie z wyrwaniem z czasu, istniejąca jeszcze świadomość umierającego, otrzymała szereg bodźców, które ukształtowały psychodeliczne wrażenia rajskie albo piekielne, rozciągnięte w bezczas.

Wobec takiej hipotezy, życie wydaje się czymś, czego rzeczywiście lepiej jest się trzymać jak najdłużej, bo na jego końcu czeka rosyjska ruletka. I nie pomogą ani dobre uczynki, ani nic innego, bo nie wiadomo co decyduje o polaryzacji doznań wywołanych przez DMT.

Byłoby więc tak jak chcieli kalwini, że fatum, ślepy los, lub Bóg decyduje o tym komu przeznaczone jest piekło, a komu niebo?