Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fatum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fatum. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 września 2017

Kilka myśli o wolnej woli


Autor i tytuł nieznane. Ilustracja opublikowana w 1888 r. przez Camille Flammariona.

Wydaje się logiczne, że wolna wola jest pomysłem wbrew logice, ponieważ żeby istnieć musiałaby zaprzeczyć przyczynowości.
Dowolny akt woli, gdyby nagle zaistniał, sprzeciwiłby się całemu światu z jego przyczynowością i historią jako procesem, gdzie wydarzenia logicznie wynikają jedne z drugich.
A jeśli tak - jeśli byłby wbrew logice - to jak w ogóle moglibyśmy mówić o akcie woli, skoro samo to pojęcie istnieje dzięki logicznemu myśleniu o przyczynie woli? Bo przecież, żeby mógł zaistnieć akt woli, musi istnieć ktoś, kto jest jego twórcą.

Chyba, że ktoś taki istnieć nie musi… Wtedy możliwa jest do wyobrażenia taka odpowiedź: Wola istnieje poza przyczynowością, sama w sobie. Tym samym znosi wymóg przyczynowości i działa niezależnie od logiki, dopasowując ją do siebie, np. poprzez stwarzanie swoich własnych przyczyn, jako pozornych skutków, wbrew wektorowi czasu, albo raczej niezależnie od niego. Taki rodzaj woli byłby właściwie czystą, niczym nieograniczoną faktycznością, a człowiek jedynie jej odblaskiem. Odblaskiem, któremu zdaje się, że jego wybory należą do niego, podczas gdy każdy z nich i każde zdawanie się, że jest wybór, stanowi jedynie fakt w nieskończonej przestrzeni koniecznych faktów.

piątek, 16 grudnia 2016

Bajka o ciemnej planecie

 
Cóż to za zmarznięta bryła materii, dryfująca w ciemnej przestrzeni? Nieogrzana żadnym słońcem. Na jej powierzchni - gdyby udało się czymś ją rozświetlić - można by zobaczyć kikuty drzew, domy, autostrady, pasma górskie i olbrzymie płaszczyzny zupełnie nieruchomych oceanów. A gdzieniegdzie, pod warstwą białego pyłu, walające się, stwardniałe trupy zwierząt i ludzi.

Gdyby patrzeć dalej, zobaczyłoby się kratery. Bo chociaż dzień i noc dawno już zakończyły tutaj swój bieg, a czas, jak się zdaje, umarł, to bryła spotyka przypadkowo innych kosmicznych wędrowców, którzy, tak jak ona, zabłądzili w to ciemne i puste miejsce na krańcach galaktyki.

Każde uderzenie meteoru jest tutaj początkiem i końcem historii – od nicości, do nicości. W całkowitym mroku przychodzi on cicho i niespodziewanie. Wzbudza drżenie, podrzucając do góry drobiny lodowego pyłu, strzępy drzew i samochodów. Łamie place zabaw, zgniata zamarznięte wózeczki z zamarzniętymi truchełkami dzieci, które ledwo przywołane do życia, zgasły razem ze swoim kosmicznym domem.

Czy ta zimna bryła była kiedyś nazywana Ziemią? Czy to może być prawda? Gdyby ktoś mógł wiedzieć co się tutaj zdarzyło, zapewne zadałby sobie pytanie: Gdzie podziała się wrzawa wcześniejszych tysiącleci, gdy ta martwa dziś planeta, wciąż jeszcze rodziła miliardy istot? Kiedy była świadkiem dramatów - nagłych zwrotów, pomyłek ewolucji, zaskoczeń, zbrodni, radości.
Gdzie się to wszystko podziało? Czy istnieje w jakimś odległym, nieprzemijalnym czasie? Czy może zamarło w przeszłości, której nikt już nie przywoła? A może wcale tego nie było?
Może odpowiedź nie ma znaczenia, bo kiedy za kilka miliardów lat zgaśnie ostatnia odległa gwiazda, martwa planeta będzie tak samo zimna i ciemna jak teraz. Tak, jakby nigdy nie było na niej żadnego życia. Żadnych dramatów. Żadnej dziwacznej pomyłki zrodzonej z roztopionego lodu, ogrzanego światłem pobliskiej gwiazdy.

***
 
- Spójrz na cienie! Ślizgają się po ziemi, jak na przyspieszonym filmie. Więc, to jednak prawda. Niedługo wszystko się skończy.
- Biegnij, zaraz będziemy w domu.
- Nie chcę widzieć tego co się stanie.
- Czujesz, jak spada temperatura? Ziemia oddala się od orbity. Leci gdzieś poza układ. Słońce zmniejsza się powoli. Czeka nas długi wieczór. Wystarczy czasu, żeby upić się i nie obudzić.

wtorek, 6 grudnia 2016

Ragnarok, chaos, świat

Johannes Gehrts, Ragnarok

  Trudno zrozumieć, dlaczego życie istnieje jako wyjątek od nieożywionej materii, ale lubię myśleć o tym jako o działalności chaosu, z jego buntowniczą przypadkowością.
  Chaos zdaje się mieć w sobie pewnego rodzaju „bluźnierczą” tendencję do tworzenia form przeciwnych temu, co zostało dotychczas osiągnięte. Jest więc ciśnieniem odśrodkowym - ekspandowaniem we wszystkich kierunkach.

  W mitologii skandynawskiej natrafiamy na wątek, który zdaje się całkiem nieźle obrazować czym jest świat ludzkiego porządku, którego doświadczamy na co dzień.
  Opowieść tę przytacza Snorri Sturluson w Eddzie Prozaicznej. Mówi ona o tym jak Asowie, bogowie będący gwarantami praw utrzymujących w całości istnienie świata i nieustannie odpierający ataki sił chaosu, rozumianego tutaj jako pewnego rodzaju „zewnętrze” – olbrzymów i potworów – postanawiają któregoś dnia wznieść nowe mury swojego grodu, Asgardu. Właściwie, inicjatywa nie wychodzi od nich, ale od jednego z olbrzymów, który składa im propozycję przebudowania i wzmocnienia tychże murów. W zamian olbrzym pragnie otrzymać za żonę boginię Freyę, ale żąda też słońca i księżyca, na co bogowie reagują początkowo gniewem i przeganiają go. Podstępny bóg Loki wpada jednak na pomysł oszukania budowniczego i namawia Asów do przyjęcia oferty, argumentując że murów nie uda się wybudować w założonym przez olbrzyma terminie, więc będzie można odmówić zapłaty. Umowa zostaje zawarta i olbrzym rozpoczyna budowę. Okazuje się jednak, że dzięki pomocy ogiera Swadelfariego, praca przebiega nadspodziewanie szybko i tylko dzięki sztuczkom Lokiego udaje się bogom wymigać od płatności, podczas gdy mury są niemal ukończone. Olbrzym wpada w gniew, domyślając się, że zastosowano przeciwko niemu podstęp i atakuje Asów. Zostaje jednak zabity przez boga Thora.

 Edda Poetycka przedstawia to zabójstwo wyraźnie je piętnując:

Thor gniewem wzburzon samowładnie młot
wzniósł
- Rzadko spokojny w podobnych sprawach:
Złamane słowa, przysięgi i śluby,
i ważne umowy wspólnie zawarte.

(Tłumaczenie: Apolonia Załuska- Stromberg)

  Bóg, będący strażnikiem umów, sam łamie umowę, a przez ten czyn dochodzi do pogwałcenia praw, które bogowie ustanowili przy stworzeniu świata. Wydaje się, że jest to warunek wstępny, który musi być spełniony by mógł nastąpić Ragnarok – dzień zmierzchu bogów, kiedy świat ma zginąć w płomieniach, niesionych przez olbrzyma Surtra. Bez naruszenia przez bogów ich własnych praw, niemożliwe byłoby późniejsze zerwanie więzów przez Lokiego i demonicznego wilka Fenrira, oraz zalanie świata przez siły reprezentujące chaos. Jednocześnie, jest to wydarzenie konieczne z punktu widzenia mitologii nordyckiej - coś czego uniknąć nie sposób - przeznaczenie bogów, ludzi i świata, o którym wiadomo od początku, że splata się z samym sensem ich istnienia.
 
  Wracając do rozważań o chaosie - jeśli bogów potraktujemy jako personifikacje treści archetypowych, a prawa których strzegą, uznamy za zasady, na których opiera się ludzki ogląd świata, to znajdziemy tutaj odbicie procesu, z którym mamy do czynienia niemal nieustannie, w każdej chwili, kiedy jesteśmy przytomni i świadomi.
  Ład, będący podstawą naszego kosmosu, wynika z porządkujących funkcji ludzkiego umysłu, zanurzonego w rzeczywistości w istocie niepoznawalnej i nieskończenie dynamicznej – rzeczywistości pierwotnego chaosu, z której wyrywa człowieka poczucie, że „przeżywa on swoje jednostkowe życie w świecie”.
  Ragnarok, dokonuje się więc w każdym momencie, jako walka o uporządkowanie świata i uratowanie go od przemijalności. Temu służyć mają idee, pojęcia i symbole. Ale większa część tej walki należy nie do ludzi i ich woli zatrzymania „stawania się” świata, lecz do bogów – archetypów i mechanizmów odpowiedzialnych za percepcję rzeczywistości.
  Nie istnieje żadna jednostkowość, która - niby jakaś wyspa światła - byłaby wyjątkiem od owego morza chaosu, stanowiącego jedyną rzeczywistość, ani nie istnieje świat, który byłby jakimś zewnętrznym wobec człowieka kosmosem.
  Być może sam fenomen postrzegania przez człowieka chaosu, jako „ubranego” w pewien ład i sens, jest efektem twórczej działalności tego chaosu. I jest, podobnie jak fenomen zaistnienia życia pośród martwej materii, przejawem dążności chaosu do przekraczania form już przez siebie stworzonych.
  Nasz ludzki kosmos, taki jakim się wydaje, byłby więc wobec rzeczywistości chaosu tym, czym żywy organizm wobec martwej przestrzeni kosmicznej – przypadkiem.

środa, 2 listopada 2016

"Idź i Patrz"

Można powiedzieć, że życie jest zadziwiającym fenomenem czegoś pośród niczego, jakiegoś bytu rozpiętego w niebycie. I jako takie warte jest by je przeżywać i dziwić się nim.

Ale kiedy przyłożymy taką naiwną afirmację do znanych obrazków zła i cierpienia - głodujących dzieci, kalectwa, zarazy, nędzy, raka, niewinnej głupoty, terroru… itd. itd. - to wydaje się ona jakąś ślepotą.

Jak można cieszyć się życiem i godzić na nie, wiedząc czym życie jest?
A jest pożeraniem mocy: jeden korzysta, gdzie drugi traci. Bez przemocy życia nie ma. A jeśli wydaje się inaczej - to tylko złudzenie wynikające z niewiedzy.

Afirmacja życia oznacza więc zawsze ustawianie się po stronie kata.

I taką myślą uderza "Idź i Patrz" z 1985 r.
Zwierzęce pragnienie młodej dziewczyny, by "kochać i rodzić" staje się kompostem, na którym wyrosnąć muszą kiedyś kwiaty zła. Niewinne, z początku w swojej naiwności. Tak samo niewinne pozostaną w swoim ślepym okrucieństwie.
Bo wszystko jest wolą mocy.


sobota, 22 października 2016

Światełko w tunelu, czy czarna dziura?


Ciekawa sprawa z tym DMT… Czytałem, że wydziela się do mózgu w dużych ilościach w momencie śmierci, powodując silnie psychodeliczne doświadczenia. Mogą to być wizje i doznania euforyczne, związane z obrazami szczęśliwych krain, rajskich ogrodów itp. Ale mogą się zdarzyć zupełnie przeciwne, piekielne i straszliwe.

O tym jak jest w momencie śmierci, oczywiście nikt nie wie. Domyślać się tego można na podstawie stanów, w które zanurzają się ludzie zażywający ayahuascę, (zawierającą niewielkie tylko ilości DMT) gdzie, obok doznań rozkoszy lub cierpienia, występuje charakterystyczne złudzenie wyjścia poza kategorię czasu i przestrzeni.

I tutaj przestaje być zabawnie, kiedy wyobrazimy sobie, że w momencie śmierci coś takiego przydarza się każdemu człowiekowi.

Wyobraźmy sobie, że ktoś przy nas właśnie umarł. Jego zwłoki leżą obok nas i powoli stygną. Wszelkie doznania tego człowieka ustały, wraz ze śmiercią mózgu – tak myślimy. I jest to prawda, bo teraz, w chwili kiedy o tym myślimy, on już nic nie czuje, ani nie myśli.

Jednak ułamek sekundy przed jego śmiercią wydarzyło się coś, co zniszczyło w tym człowieku postrzeganie czasu i przestrzeni, a także wszelkich innych kategorii świata zewnętrznego, sprawiając, że został wyrwany do pewnego rodzaju „wieczności”, która nie jest jakimś nieskończenie długim odcinkiem czasu, ale czasu nieistnieniem.

Jednocześnie z wyrwaniem z czasu, istniejąca jeszcze świadomość umierającego, otrzymała szereg bodźców, które ukształtowały psychodeliczne wrażenia rajskie albo piekielne, rozciągnięte w bezczas.

Wobec takiej hipotezy, życie wydaje się czymś, czego rzeczywiście lepiej jest się trzymać jak najdłużej, bo na jego końcu czeka rosyjska ruletka. I nie pomogą ani dobre uczynki, ani nic innego, bo nie wiadomo co decyduje o polaryzacji doznań wywołanych przez DMT.

Byłoby więc tak jak chcieli kalwini, że fatum, ślepy los, lub Bóg decyduje o tym komu przeznaczone jest piekło, a komu niebo?