Wczoraj (notowane 03.10.2025) w godzinach popołudniowych, przy skrzyżowaniu Alei Jerozolimskich z ulicą Jana Pawła, para bezdomnych wspomagała ruch na przejściu dla pieszych. Półnagi mężczyzna opalał się w pełnym słońcu wczesnego października, smagany październikowym wichrem rozhulanym pomiędzy drapaczami chmur warszawskiego Śródmieścia. Kobieta była ubrana. Oboje zaś pili piwo.
Za każdym razem kiedy zapalało się światło zielone, opalający się mężczyzna podnosił prawą dłoń w rockandrollowym geście „szatańskiego pozdrowienia” i głośno wołał „Zielone!”. Gdy zapalało się czerwone, wołał „Czerwone!” i unosił dłoń w geście „Hola, hola”.
Z początku nie wszystko było tu dla mnie jasne, ale zaraz zorientowałem się jak wiele korzyści niosła ze sobą ta ich działalność.
Otóż, niskie lecz wciąż bardzo silne słońce października, zalewało okolicę takim blaskiem, że dla pieszych stojących naprzeciw niego, zmieniające się światła mogły być całkiem niewidoczne. Efekt ten potęgowały jeszcze refleksy i odbicia z poustawianych wokół wieżowców – szklarniowców, co sprawiało, że również piesi stojący plecami do słońca niewiele mieli pożytku z sygnalizacji świetlnej. Przypuszczam, że dotyczyło to także kierowców.
Zastanowiła mnie głęboko ta jednocześnie buntownicza i społecznie użyteczna działalność bezdomnych - tych kontestatorów stylu życia wielkich miast, którzy stanowią przecież nieodłączny element ich krajobrazu. Kiedyś zastanawiałem się, czy podobnie jak przestępcy, nie są oni aby ważnym, a może i niezbędnym ogniwem w łańcuchu zniewolenia, który nazywamy nowoczesną cywilizacją, czy też cywilizacją w ogóle.
Są wentylem bezpieczeństwa i przestrogą zarazem dla tych wszystkich zmęczonych i zabieganych o poranku. Dla niewyspanych i smutnych ludzi pracy, chwytających się pocieszeń i nadziei na odmianę swojego nudnego, bezsensownego dnia. Dla wszystkich tych rozmarzonych o wyzwoleniu - przy pomocy totolotka, lub bez niego - stanowią kajdan tani i samozakładalny. Naturalną straż społeczeństwa pracy.
Coś się we mnie działo, kiedy na nich patrzyłem. Coś czego się wstydzę, bo zamiast tej refleksji, która przychodzi teraz, ulegałem odruchowi żandarma, nakazowi mojego wewnętrznego „porządnego obywatela”, by ich przywołać do porządku, pouczyć, zawstydzić, a może postraszyć, by ukryli się ze swoją bezczelnością. Resentyment mój zdradzał wstyd, który odczuwałem przed sobą samym, z powodu mojej uległości i tchórzostwa.
Z powodu mojego dopasowania - zgody na miernotę cywilizowanego życia.
*
A może już jestem w zaświatach i nie zauważyłem nawet kiedy życie przeszło płynnie w zaświaty, w jakieś „za życie” (za-życie).
To by tłumaczyło pewne wrażenie utknięcia w matni i lgnięcie do eskapistycznych treści – filozofii, sztuki, technik i innych uśmierzaczy mąk. To by tłumaczyło wewnętrzną niezgodę, przy jednoczesnym oplątaniu się myślami o niemożności wyjścia.
A przecież wyjście z matni, z głębi „nieznanego lasu”, czy innej pustyni, wymaga najpierw zatrzymania się i określenia swojego położenia wobec punktów orientacyjnych.
Punkty orientacyjne...
*
Mam wrażenie fabularności swojego losu. Tak jakby ludzie (w tym ja) byli statystami, albo jakby mój los nie był w żaden sposób ani jednym z wielu, ani przypadkowym, ani też obiektywnie prawdziwym. Nie da się tego osądzić, ponieważ jedyne kryteria takiego osądu pochodzą od „statystów” lub z jakichś innych „wewnętrznych źródeł”. Nie znam też żadnego „innego swojego życia”, ani „innego-swojego-losu” tak, żebym mógł coś tutaj obiektywnie ocenić. Mogę to oceniać tylko wedle „wewnątrz tej opowieści życia zawieszonych i przez nią podanych mi” wzorców, jako punktów odniesienia.
Mam przy okazji silne wrażenie „jedyności losu”, które sprawia, że realność tego, co zdaje się być, nabiera specyficznego wymiaru. Jest - by tak rzec – mało prawdopodobna.
Świat nie jest już wcześniejszym światem. Nie jest już taki dany i taki swój, jak wydawał się być dawniej. Pytania rozszerzają go we wszystkich kierunkach.
Kontemplacja automatyczności Piotrka – jego niewidzialność dla siebie samego jako „ja”, jest zarazem uwidocznieniem jego automatyczności.








