Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mit. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 listopada 2019

Krótki traktat o Jasiu


Może chcielibyście poznać Jasia? Muszę przyznać, że to trudne, bo przypuszczalnie on sam siebie nie zna. Nawet nie wiem czy ma jakąś świadomość własną, poza tą, którą dzieli z nami. Dlaczego nazywam go Jasiem? Ależ dlaczego nie, skoro mógłby nosić dowolne imię? Prawdę mówiąc, skoro nie miałby własnej świadomości, to tym bardziej nie mógłby mieć osobowości. Płci także nie posiada. Nie znaczy to jednak, że ma wszystkie płcie. Można by o nim powiedzieć „bezpłciowe ono”, ale brzmi to brzydko, więc pozostańmy przy nazywaniu go Jasiem. Co jeszcze możemy o nim powiedzieć? Choćby to, że wszystko czego doświadczasz jest snem Jasia. Albo raczej czymś w rodzaju jego snu, gdzie Jaś przeżywa wszystko, co tylko jest możliwe i jeszcze więcej. Wszystko co chce i wszystko czego nie chce, a także wszystko to, co jest mu obojętne.

Tak, może posiadać umysł nie posiadając osobowości. Ale jeśli myślisz o umyśle jak o mózgu, to z pewnością nie o takim umyśle mówimy. Umysł Jasia w całości rozłożony jest poza czasem tak, że czas jest czymś w rodzaju mapy tego umysłu. Można się po niej poruszać i Jaś to robi. Na przykład teraz, kiedy czytasz te słowa, on też je czyta i jest akurat w tym miejscu na mapie swojego umysłu, w którym ty się znajdujesz czytając. Warto dodać, że dzięki swojemu rozłożeniu w czasie, umysł ten zajmuje również całą przestrzeń. Kiedy powiedziałem, że Jaś się porusza po mapie swojego umysłu, to powiedziałem źle. On właściwie nie porusza się lecz wszędzie, w każdym miejscu tej mapy, po prostu jest. Jest tam i tu, ale wszędzie jest inny lub nieco inny tak, że w kimś, kto by go widział z boku mógłby Jaś wywołać wrażenie, że jest czymś w rodzaju rysunkowej animacji, złożonej ze statycznych klatek, które obserwowane jedna po drugiej, mogą powodować wrażenie ruchu. W istocie jednak wcale nie chodzi o ruch i nie chodzi o klatki. Ich tam nie ma, a miejsca na mapie mogą leżeć niezależnie od siebie. Słowem, nic tu nie działa jak w maszynie, a już z pewnością nie jak w zegarku.

Mówi się czasem, że życie jest snem. Jest to prawda w sensie dosłownym, przy czym należy dodać, że twoje życie jest snem Jasia.

Można by zapytać dlaczego Jaś wciąż śpi i śni. Otóż, są co do tego pewne podejrzenia. Niektórzy twierdzą, że został umyślnie uśpiony przez swoich wrogów, którzy obawiali się go ze względu na jego agresję i okrucieństwo. Dziwicie się? Powiem wam jak łatwo możecie poznać charakter Jasia. Jest on widoczny na całej powierzchni jego snu. Spójrzcie na istoty żywe, które go zasiedlają. Pożerają siebie nawzajem, ale jednocześnie wszystkie są przez ten sen zagrożone. Czyha on na nie i żadna mu nie ujdzie. Ba! Nie tylko istoty żywe, ale także nieożywiona część snu zachowuje się jakby zaprojektował ją szaleniec. Gwiazdy płoną, nieustannie spalając własne ciało, czarne dziury zasysają je i duszą w sobie, aż do osobliwości, która wywraca czasoprzestrzeń na drugą stronę, niczym skarpetkę. Zresztą, wszystkie duże rzeczy przyciągają mniejsze (czasem bardzo gwałtownie) i nie chcą ich wypuścić, za nic mając sprawiedliwość i równość rzeczy. W trawie piszczy wieczna wojna i wieczna jatka się tam odbywa. Wszystko się goni, czas goni, czas nagli, czas przemija. Ale też wszytko stoi. W zimnej pustce wieczności zna swoje miejsce każda chwila. Jest miejsce gdzie baranek jest żywy i jest takie, gdzie płacze nieustannie, bo rozrywa go wilk. No i jest miejsce gdzie nie ma baranka. Są wszystkie miejsca w tym śnie i nikt w nim nie zna siebie, tak jak nie zna siebie Jaś, kiedy śni.

A właśnie! Wróćmy do niego. Jaś nie przepuści nikomu. Każdy musi umrzeć, choć niektórzy umrą bardziej okrutną śmiercią niż inni. Ci zostali najwyraźniej obdarzeni przez niego większą uwagą. Gdyby tylko Jaś wiedział, że to jego własna natura sama go katuje! Pewnie by się obudził. Ale nie wie, więc się nie budzi. Zapytacie pewnie, dlaczego. Najwyraźniej jego głęboka drzemka została starannie zabezpieczona. Pewnie był tak niewygodny, że postanowiono zamknąć go w jego własnej głowie tak, żeby się nigdy nie zorientował i nie połapał co się z nim dzieje. Będzie tam w nieskończoność wyżywał się na sobie, realizując swój niespożyty potencjał szaleństwa. Będzie tworzył niszcząc i niszczył tworząc. Będzie pochłaniał i wydalał światy. Wariat, bez ustanku w drodze. Bezdomny, podzielony na wielu bezdomnych. Na miliardy, na niezliczone miliardy miliardów bezdomnych, zapędzonych w kołowrót życia, celowego pozornie. Nieświadomi, choć świadomi. A najbardziej schwytani ci, którzy coś wiedzą. Tych los jest nie do pozazdroszczenia. W nich się Jaś realizuje najmocniej i najokrutniej, bo ci są najbliżsi jego źrenicy, jego ciemnemu jądru. Oni wiedzą, że nie ma ucieczki. Wiedzą, że także śmierć, jak by nie była błoga, zabiera jedynie dalej, do kolejnej szarży, do kolejnej pogoni, aż przeżyją się wszystkie jasiowe pogonie, niezliczone niezliczoności przeżywań. Nawet wtedy jednak Jaś się nie przebudzi, lecz zacznie śnić to samo od nowa. Zresztą, kto wie ile to już razy powtórzył wszystkie możliwości! Przecież on sam niczego nie pamięta. Wszystko jest dla niego po raz pierwszy. Gdyby chociaż raz mógł zatrzymać się i spojrzeć w swoje oko. Tak, we własne oko, które odbija się wszędzie, w każdej kropli jego snu. Ale nie spojrzy. Nie zatrzyma się, bo jak każdy szaleniec, nie wierzy, że może być obłąkany, że wszystko sobie uroił.

Zdarza się czasem, że coś zdoła do niego przeniknąć, jakiś impuls, drżenie z zewnątrz. Tak jak teraz, kiedy podejrzewa… Kiedy ktoś tu pisze o Jasiu. Dziwne to drżenie, ale już przemija. NIEPRAWDOPODOBNE, więc sen śni się dalej, a tamto drżenie dziwne, tylko w pamięci upchane, gdzieś pod "Kto wie, kto wie?"

I sen toczy się dalej i dalej, do końca. I od nowa.

Były pomysły, żeby nazwać Jasia bogiem, Bogiem, albo Absolutem. Pierwszy, to zdecydowanie za mało. Bogów tego rodzaju Jaś wyłania z siebie miliardami. Drugi pomysł, przez duże B, to wariant pośredni. Ale już ostatni, to z kolei za dużo dla Jasia, który bądź co bądź, przecież nie jest wszystkim, ponieważ ma jeszcze coś poza sobą. Coś, na zewnątrz niego. Nie wspominając już o tym, że nie jest siebie świadom. To znaczy: nic nie wie o swojej CAŁOŚCI, bo gdzieś tam jednak, po troszku przegląda się przecież we wszystkim co mu się śni.

Tak czy inaczej, bogowie i absoluty nie nadają się, żeby ich przykładać do Jasia i mówić tym samym, czym on jest, jakoś go sobie ubierać i wyobrażać. Tym bardziej trudno podejrzewać kim mogą być jego wrogowie, którzy go - jak sądzimy - schwytali i zamknęli w jego własnej głowie, czy w jakimś innym, podobnym co do funkcji sarkofagu.

No, chyba że zamknął się w nim sam. Sam się uśpił i zaklamrował wszystkie wyjścia ze swojego snu. Czyżby był tak straszny, żeby nie móc znieść przebywania ze swoją pełną postacią? To też możliwe. To też musimy rozważyć, jakkolwiek przerażające by nam się nie wydało. Bo jeśli tak, to z pewnością gorzej jest być nim, kiedy nie śpi, niż jakąkolwiek z najgorszych postaci jego snu.

Wiem, co teraz powiecie. Że skoro to możliwe, to najpewniej Jaś przeżył kiedyś straszną chwilę w obecności siebie samego i przeraził się tak bardzo, że szybko zaplanował i wybudował swój sen - pułapkę. Tylko dlaczego wtedy nie postanowił sam siebie unicestwić? Powodów mogło być co najmniej kilka, ale dla nas, tutaj, ciekawsze od nich staje się pytanie: Co jeśli mu się to udało? Co, jeśli się zabił?

Otóż, moi drodzy, to by w efekcie nie zmieniło niczego. Dla niektórych teraz dopiero powiało grozą, prawda? Jaś zniszczył siebie w przypływie mocy i woli stwórczej, ale zanim to zrobił, więcej niż pewne, że zdążył przetestować wariant z pułapką snu. I dlatego wciąż tu jesteśmy. Bo jeżeli potem, po tym teście, samego Jasia już nie ma (ot, przebudził się i zniszczył… Zniknął!), to wcześniej, kiedy jeszcze pułapkę testował, jesteśmy my i obracamy się wraz z nią w nieskończoność, zawsze w takiej samej formie. Dlaczego? Dlatego, że Jaś nie mógł się oprzeć sprawdzeniu możliwości takiego wielokrotnego, nieskończonego powrotu, jako najlepszej możliwej pułapki na siebie. Z tego wniosek, że mimo, że tam gdzie nie ma nas i nie ma czasu, nie ma też Jasia, to tutaj, gdzie wciąż kotłujemy się w czasie, jest niestety także złapany, nieznający siebie, Jaś.
Chociaż jest tak, jakby go nie było.

piątek, 12 lipca 2019

Zabłąkany w świadomości

Iwan Bilibin, Wasilisa i chatka na kurzej łapce

W religiach interesują mnie głównie archetypy, czyli „autoportrety instynktów”, które stoją za postaciami i wątkami mitycznymi. Na drugim zupełnie i trzecim planie stoi filozofia, a tym bardziej ideologia religijna, które są zawsze produktami świadomego myślenia, późnymi i często zmieniającymi się - nawet w obrębie jednej religii. Dużo ciekawsze jest zawsze to, co ludzko-zwierzęce i schowane pod powierzchnią rozumu.

„Nieświadomość jest duchem chtonicznym i zawiera typowe obrazy Sapientia Dei. Jeśli więc intelekt cywilizowanego człowieka naszej epoki, z nagła spoglądając w oblicze Matki – Ziemi, drętwieje z przerażenia, to tylko dlatego, że zabłąkał się w świadomości.”

C. G. Jung, Praktyka psychoterapii

„I w gruncie ileż jeszcze nowych ideałów jest możliwych! – Oto mały ideał, który raz co każde pięć tygodni chwytam podczas dzikiej i samotnej przechadzki w lazurowym momencie lekkomyślnego szczęścia. Spędzić życie pośród rzeczy delikatnych i absurdnych; obco wobec realności; na poły artystą, na poły ptakiem i metafizykusem; nie mając ani „tak”, ani „nie” dla realności, chyba że na sposób dobrego tancerza, to tu, to ówdzie uznając ją tknięciem stopy; zawsze łaskotany jakimś słonecznym promieniem szczęścia; rozbawiony i zuchwały nawet poprzez smętek, smęt bowiem podtrzymuje szczęśliwego; przyczepia ponadto nawet rzeczom najświętszym mały ogonek błazeństwa, jest to, jak się samo przez się rozumie, ideał ciężkiego, na cetnary ciężkiego ducha, ducha ciężkości.”

F. Nietzsche, Wola mocy

środa, 8 maja 2019

Pałac kąpielowy krwi

Kocioł z Gundestrup, II-I w. p. n. e.

Celtyckie kapłanki, ozdabiające wieńcami głowy więźniów, których potem poprowadzą na skraj basenu wypełnionego pustymi amforami. Uroczyście poderżną im gardła. Będą wróżyć z biegu ich krwi. Otworzą wnętrzności, by z nich wróżyć.

Czy oni wiedzieli? Czy uważali, że istnienie nigdy się nie kończy? Że nic się nie kończy.
Jednostka kończy się. Potem następna i następna. Ale istnienie - to właśnie przemiany. Czy to możliwe, żeby powiedzieć TAK istnieniu? Trzeba zgodzić się na bycie po kolei wszystkim. W kolejności dowolnej. To bardzo dalekie od porannego wstawania do pracy. Kompletnie inne, niż to co ludzkie. Przecież zupełnie nie moje. Przecież jestem teraz. A miałbym być w każdych czasach - zawsze teraz. Miałbym być każdym. Oszałamiające.

Uczucia wyzwalane przez uroczystą ofiarę z człowieka.

czwartek, 31 stycznia 2019

31.01.2019

W całej grze życia, która tak nas pochłania, uderza mnie i nie daje spokoju fakt niedostrzegalny na co dzień: gramy w coś, czego reguł nie rozumiemy. Próbujemy więc je sobie tłumaczyć, stwarzając je. Ostatecznie, najbardziej zadziwiające jest to, że nie znamy celu gry, a mimo to dajemy się w nią wciągać. Dlaczego jednak sama gra istnienia miałaby mieć cel, skoro celowość to tylko ludzka kategoria, umożliwiająca choćby lepsze orientowanie się w „sytuacji taktycznej” swojego organizmu, czy swojego stada na polowaniu? Celowość to element systemu gry, narzucony przez jej reguły. Co więc, przy pomocy tej wewnętrznej kategorii można by opowiedzieć o samej grze, jeśli faktycznie jest to gra raczej, a nie na przykład opowieść?
Problem jest oczywiście bezzasadny tam, gdzie istnieje jakiś żywy mit tłumaczący reguły gry. Mit oparty o religię, filozofię czy ideologię.

Kiedy brak takiego oparcia, pojawia się oszałamiające zdziwienie.

Z drugiej strony, gdyby porównać wszystko co się wydarza, do opowieści raczej niż gry, okazałoby się, że celowość jest zbędna, ponieważ tym co się liczy jest już samo opowiadanie; Snucie wątku, nieustannie wyławianego z morza niepoznawalnego chaosu – oto nigdy nie kończąca się kreacja.
Patrząc na rzeczy z góry - ponad wszelkim względnym i ulotnym wartościowaniem - każda taka opowieść życia nieustannie stwarza świat, a wobec tego nie potrzebuje celu, bo jest nim sama dla siebie. Nie potrzebuje też zewnętrznego sensu, ponieważ to ona stanowi źródło wszelkiej interpretacji.

piątek, 23 marca 2018

Nieprzewidywalność



Ilustracja Theodora Kittelsena z cyklu "Czarna śmierć"

W życiu najlepiej sprawdza się filozofia prowizoryczna.
Moja koncepcja chaosu leżącego u podstawy rzeczywistości jest zdecydowanie metafizyczna. Ten chaos jest wszechogarniający tak, że ludzki ład – kosmos wszelkich zasad - istnieje dzięki niemu, będąc tym co się dokonało i zostało przez nas określone, poprzez nadanie temu znaczenia. Ład nie jest już samą tylko nieprzewidywalną potencjalnością, ale wyłania się jako jej przeciwieństwo. Istnienie świata, kosmosu, polega więc na zaprzeczaniu chaosowi, na buncie przeciw niemu. Np. wiara w stałość, w porządek, w ustalone zasady rządzące światem – to rodzaj oporu przeciw bezkształtnej, nieokreślonej potencjalności pozbawionej znaczeń.
Jednak samo ludzkie życie nie jest chaosem w takim metafizycznym sensie. Chcielibyśmy w życiu dopatrywać się zasad, w rodzaju takiej, że np. warto cierpieć, albo przeciwnie, że warto cierpienia unikać. Tymczasem, nie da się takich zasad wyprowadzić, bo życie gwałci je nieustannie. Cierpienie bywa faktycznie przydatne, choćby dlatego że motywuje do działania, ale często też jest bezsensowne i niszczące. Nie sposób przewidzieć na jaką ilość bezsensownego cierpienia możemy się zgodzić, ale jesteśmy skłonni zaakceptować go wiele, bo nieustannie idziemy z życiem na kompromis, żeby „jakoś to było”. I dopóki jest „jakoś”, brniemy naprzód.
Nieprzewidywalność życia, a także jego ostateczny brak sensu chcielibyśmy widzieć jako manifestację metafizycznego chaosu. Budujemy filozofie i teologie wokół oporu przeciwko niemu. Obwarowujemy nasz świat kręgami znaczeń, które by miały zabezpieczyć nas przed grozą chaotycznej przypadkowości, niczym mury mitycznych grodów, broniące zamieszkujących je bogów przed olbrzymami.
Ten system obrony jest skuteczny, bo ucisza lęk. Jednak wymaga ofiary. Jego ofiarą pada prawda, a wraz z nią wolność myślenia. Dlatego otwarcie się na prawdę o istnieniu, to jednocześnie otwarcie się na chaos i lęk, z którymi nie ma możliwości walki i pozostaje tylko ich akceptacja.

środa, 3 stycznia 2018

Mgła, z której przychodzimy




Pociąg dotarł do stacji niedługo przed zmierzchem. Stanąłem na zarośniętym trawą peronie i rozejrzałem się. Pierwszym co rzuciło mi się w oczy był budynek jakiegoś magazynu z czerwonej cegły stojący na tle mgły i drewnianych wiejskich domków, w oknach których zapalały się już z wolna wieczorne światła. Napis na pożółkłej od rdzy tablicy ogłaszał nazwę miejscowości: „Starosielce – Stacja”.
Kiedy pociąg odjechał, okazało się że po drugiej stronie torów, za przerzuconą przez nie kładką ciemnieją zarysy opuszczonego kompleksu fabrycznego - masy starego betonu, rozbitego szkła i rdzewiejącej stali. Ponad tymi posępnymi ruinami wznosił się grzybowaty kształt wieży ciśnień.
Na peronie nie było nikogo. Panująca tu atmosfera rozrzedzonego czasu, pogłębiana jeszcze przez otulającą wszystko mgłę sprawiła, że poczułem się dziwnie - jakbym trafił w miejsce, które kryło w sobie coś bliskiego, od dawna we mnie obecnego.
Ruszyłem w stronę świateł, by poszukać jakiegoś noclegu. Mijając magazyn z czerwonej cegły przyglądałem się otoczonej pordzewiałą siatką, dużej, zapuszczonej posesji za nim. Rosły tam ogromne topole. Ich widok przytłaczał, przywołując wspomnienie krainy dzieciństwa, gdzie takie przerośnięte drzewa zrastały się z mdłym, przemysłowym krajobrazem późnego komunizmu. Poczułem zapach ścielącego się nisko dymu z opalanych drewnem pieców. Jesienny wiatr roznosił go, mieszając z wonią gnijących liści. Postawiłem kołnierz płaszcza, próbując się przed tym zimnym wiatrem osłonić i zapukałem do drzwi domu otulonego ciemnym ogrodem, pełnym połamanych łodyg uschniętych już kwiatów.
Gospodarze okazali się przyjaźni i gościnni, choć niezbyt rozmowni. Prócz nich – dojrzałych, mężczyzny i kobiety – w domu był jeszcze inny, stary mężczyzna. Wszyscy razem usiedliśmy w kuchni, oświetlani przez stojącą na stole staromodną lampę naftową. Ten fakt, podobnie jak nietypowy posiłek, który mi podano, wywołał we mnie dziwne wrażenia. Jadłem suszone grzyby i wędzone owoce o dosyć cierpkim smaku, popijając je czarną, niesłodzoną herbatą i zastanawiając się, po co właściwie przyjechałem do tego otoczonego mgłą miasteczka. Nie potrafiłem przypomnieć sobie żadnego powodu, co wywoływało we mnie niepokój. Moi gospodarze uśmiechali się jednak ciepło, a ich towarzystwo było mi w pewien sposób błogie tak, że pragnąłem tu, przy tym stole, pozostać jak najdłużej.
Postanowiłem jednak zwalczyć ospałość i dowiedzieć się czegoś o miejscu do którego trafiłem. Dlaczego nie mówili nic o miasteczku? Ilekroć pytałem o nie, coś jakby odciągało ich uwagę i spoglądali wtedy, to w stronę okna, to znów na drzwiczki pieca za którymi cicho pohukiwał ogień. Na wszelkie moje próby dowiedzenia się czegoś o ich przeszłości potrząsali tylko wesoło głowami, jak gdyby tym gestem chcieli zbyć pytanie tak bardzo pozbawione sensu, że aż śmieszne. Oburzyło mnie to zachowanie i miałem zamiar opuścić ten dom, jednak ostatecznie udało mi się dowiedzieć czegoś istotnego. Wreszcie, odprowadzany przez starca, wyszedłem w noc, by poszukać kogoś, o kim mówiono "Latarnik", a kto miał mi pomóc w odnalezieniu odpowiedzi. Przechodziliśmy obok jakiejś starej kaplicy ulokowanej przy torach. Zdawała się całkiem pusta i najwyraźniej była zamknięta - ze wszystkich stron otoczona krzewami i wysoką trawą. Minęliśmy ją i szliśmy wzdłuż torów. Po betonowych schodach wspięliśmy się na stalową, rdzewiejącą kładkę nad nimi, którą zauważyłem już wcześniej, zaraz po wyjściu z pociągu. Tutaj starzec pożegnał mnie wskazując na wieżę ciśnień i życząc mi powodzenia.
W dalszą drogę ruszyłem więc sam, spoglądając na zrujnowany kompleks fabryczny. Był groźny i wspaniały. Rozciągał się daleko wzdłuż torów, a jego krańce ginęły we mgle. Górująca nad nim wieża ciśnień zdawała się emanować jakąś niewyraźną poświatą. Po chwili zorientowałem się, że z jej wysoko umieszczonych okien wydobywa się blade, niebieskie światło. Zbliżając się do niej zauważyłem, że w wielu miejscach tynk odpada, odsłaniając mur z czerwonych cegieł. Wejścia pilnował pies. Było to ogromne, pozbawione sierści zwierzę, czy raczej potwór o skórze koloru granatowego. Przepuścił mnie, kiedy rzuciłem mu kość, którą dziwnym przypadkiem znalazłem w swojej walizce.
Latarnik zaczekał aż wespnę się do niego po stalowych drabinkach biegnących przez dwie puste kondygnacje aż na kondygnację trzecią, gdzie stał przy oknie, patrząc na mnie przenikliwym wzrokiem. Pokój na planie sześcioboku, oświetlony był przez umieszczoną w centralnej kolumnie niebieską lampę.
- Nikt tutaj nie zadaje już sobie tego pytania – powiedział, patrząc mi w oczy – Bo niby po co mieliby zastanawiać się nad tym dlaczego jest, to co jest? Przecież oni nie wiedzą, że cokolwiek mogłoby być inne niż jest. A właściwie, czy ty sam pamiętasz jeszcze skąd się tu wziąłeś?
- Oczywiście! – zawołałem – Przyjechałem ostatnim pociągiem...
- O, tak. To pewne... Pytam jednak, skąd przyjechałeś?
Poczułem się zaskoczony i zmieszany. Znowu, tak jak w drewnianym domku, byłem pewien, że wiem, ale nagle odkryłem, że nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Latarnik odczekał chwilę, po czym spokojnym głosem mówił dalej.
- Nie przejmuj się zanadto, ja sam także tego nie pamiętam. Wiem tylko, że któregoś wieczora pociąg, po długiej drodze, wynurzył się wreszcie z mgły, a ja postawiłem swoją walizkę na peronie w Starosielcach. Widzisz, nikt w tej miejscowości nie wie, skąd tu przybył, ani też nie zna historii miasteczka. Nikt się tutaj nie urodził, ale wszyscy przyjechali tu pociągiem. I każdy przyjechał sam.
- Jak długo już tu jesteś? - zapytałem.
- Nie wiem. Mam wrażenie, że dopiero od wczorajszego wieczora, choć wydaje się to niemożliwe.
Uzmysłowiłem sobie, że nie potrafię określić ile czasu minęło od mojego przyjazdu i poszukałem przy sobie zegarka. Nie znalazłem go. Wtedy Latarnik opowiedział mi, jak poznał niebieskiego psa pilnującego wieży. Zwierz czekał już na peronie w Starosielcach i podszedł do niego zaraz po tym jak pociąg Latarnika odjechał ze stacji. Potem poprowadził go prosto do wieży, w której Latarnik odkrył szereg ciekawych rzeczy, między innymi błękitną lampę, płonącą teraz w kolumnie na trzeciej kondygnacji oraz pewne podziemne przejście, które zamierzał mi zaraz pokazać. Zanim jednak wyruszyliśmy, odwrócił się do mnie.
- Czy zauważyłeś jakąś stratę w sobie od kiedy tu jesteś? – zapytał podkręcając jaśniej lampę, którą zabrał z półki w kolumnie – Poza pamięcią, rzecz jasna... Mam na myśli pragnienia. Pomyśl, czego byś pragnął, kiedy się nad tym teraz zastanowisz? – podkreślił słowo „teraz”.
- Prawdy – odpowiedziałem bez namysłu, jakbym od dawna oczekiwał tego pytania -  Chcę wiedzieć co to za miejsce i co mam tu do zrobienia. Dlatego pójdę za tobą. Gdyby nie to pragnienie, wolałbym zostać przy piecu i rzuć wędzone owoce, siedząc przy stole wraz z tymi dziwnymi uśmiechniętymi ludźmi, w domu niedaleko stacji, tam, gdzie dziś mnie ugoszczono. Było tam bardzo spokojnie i dobrze.
- Pragniesz prawdy? Tym różnisz się jeszcze od reszty mieszkańców… Chodź za mną!
Zeszliśmy po drabinach na parter. W podłodze, obok miejsca, przy którym stróżował niebieski pies, znajdowała się ciężka klapa od włazu. Wkroczyliśmy w ciemność podziemi pod zrujnowaną fabryką. Latarnik szedł przodem, oświetlając drogę swoją niebieską lampą. Gdyby nie jej światło, nie mielibyśmy żadnych szans na pokonanie tego labiryntu. Pełno tu było studzienek, które pojawiały się nagle pod stopami. Drabinki miały powyginane i połamane szczeble, a w niektórych odnogach korytarzy, pomimo wlewającego się do nich niebieskiego światła, ziały jakieś ciemne, bezkresne przepaście. Na ich widok ogarniał mnie jednocześnie podziw i lęk. Kto i po co zbudował tutaj, pod Starosielcami, coś tak wielkiego? Nieustannie nasłuchiwałem, próbując wychwycić w ciemnościach dźwięki zbliżania się czegoś groźnego, ale panowała niemal absolutna cisza, w której słychać było jedynie odgłosy naszych kroków i nasze oddechy.
 Początkowo Latarnik nie okazywał żadnych emocji, jednak kiedy zbliżyliśmy się do wielkiego kanału, w którym płynęła całkiem nieprzejrzysta, czarna woda, zdecydowanym tonem kazał mi iść przodem. Zamierzałem właśnie postawić stopę na stalowym moście, przerzuconym nad tą wodą, gdy niespodziewanie odezwał się zza moich pleców, głosem który mnie zmroził.
- Zatrzymaj się. Masz ze sobą dwie duże monety?
Przeszukałem kieszenie i znalazłem tylko jakąś dwuzłotówkę.
- Skoro wiedziałeś, że będziemy potrzebowali monet, mogłeś zabrać je zanim tu weszliśmy - powiedziałem z wyrzutem - Mam tylko jedną.
- Monety potrzebne są tutaj tylko raz. Na początku. I to ty powinieneś mieć je ze sobą. To, że masz tylko jedną, może trochę skomplikować sprawę, ale wezmę ją, a ty ruszaj przez most.
 Miałem wrażenie, że w moim przewodniku zaszła jakaś dziwna przemiana, ale zrobiłem co kazał. Niedługo potem odnalazł ciężką klapę, podobną do tej przy wieży i wydostaliśmy się na powierzchnię.
Znaleźliśmy się na jakimś placu, w głębi kompleksu fabrycznego. Szliśmy we mgle, zanim trafiliśmy w obręb czegoś, co wyglądało jak resztki ścian niewielkiego dworca kolejowego. Dało się z ich pozostałości wyczytać architekturę starszą, niż zrujnowana fabryka, której podziemia właśnie opuściliśmy. Na jednej ze ścian zawieszony był obraz, który stał się dla mnie widoczny dopiero w świetle lampy.
Składały się na niego sceny, połączone ze sobą na tle wspólnego krajobrazu. Całość utrzymana była w stylu przypominającym Brueghela. Sceny wciągnęły mnie i wydało mi się, jakbym to ja, dawno temu był ich bohaterem. Każda z nich opowiadała o czymś innym, a opowieść ta zdawała się nie mieć granic. Wciąż odsłaniała swoje dalsze i głębsze powiązania. Wreszcie łączyła się z kolejną opowieścią. Pragnąłem przeżyć je wszystkie. Wywoływały nostalgię, początkowo przyjemną, jednak zawsze wzbierającą do żalu i poczucia bezpowrotnej straty. Wędrowałem przez świat tego obrazu. Chciałem jednak zatrzymać się na chwilę i pokazać komuś życie, które przedstawiał. Choćby tylko mały jego fragment. Zamiast tego zrozumiałem, że nigdy nie spotkałem i nie spotkam nikogo, kto mógłby zobaczyć to, co ja widziałem. Wszystko zdarzyło się tylko raz i było przeznaczone tylko dla mnie.
Nie wiem jak długo tak stałem, pogrążony we wspomnieniach, ale nagle światło zgasło i zapanował półmrok.
Odwróciłem się gwałtownie. Mój przewodnik zniknął. Może był gdzieś w pobliżu, ale nie czekając na niego, postanowiłem ruszyć jak najszybciej w drogę powrotną.
Wkroczyłem we mgłę i po chwili dostrzegłem daleko przed sobą niebieską poświatę. Szedłem za nią, aż doprowadziła mnie do włazu. Na dole było zupełnie ciemno, ale sięgając do kieszeni odnalazłem zapalniczkę. Choć robiłem co mogłem, by za nią nadążać, niebieska poświata oddalała się. Wolałem nie spoglądać w czarne otchłanie mijanych korytarzy. Goniła mnie panika, której nie pozwalałem do siebie dotrzeć, wciąż mając w polu widzenia słabnące światło. Przeskakiwałem studzienki i kanały, prześlizgiwałem się po drabinach. I nagle światło zniknęło. Nastała cisza i ciemność. I trwały tak, razem z przerażeniem, aż rozerwał je mój krzyk. Ten krzyk brzmiał długo i nie kończył się. A może tak mi się tylko wydawało, bo zapalniczka zgasła przecież tylko na chwilę.

Razem z innymi popijam napój makowy. Oglądamy iskry opadające na dno popielnika. Zbierają się razem, podobne do kropel z wolno cieknącego kranu. A potem gasną spokojnie, jak moje wspomnienia. Czuję ciepło tego pieca. Płonie w nim coś, co kiedyś wzrastało i pragnęło.
Mieszając się z mrokiem, mgła zgęstniała już za oknami. Wsłuchałem się w ciche, zduszone pohukiwanie ognia. Są w nim odległe obrazy zupełnie już obcych miejsc i zdarzeń.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Beowulf i smok nihilizmu



John Howe, Beowulf and the Dragon


„ (...) Głowy okrywać
nie musisz mi, bo jeżeli umrę,
to on mnie już krwią sam pokryje,
zabierze me zwłoki krwawe i zje.
Będzie je żarł sam, bez żalu,
barłóg w bagnach splami, nie będzie
potrzeby troszczyć się o mój pogrzeb.
Poślij tylko, jeśli bój mnie porwie,
ten strój bitewny, co piersi mej strzegł,
Hygelakowi, dziedzictwo Hredla,
dzieło Welanda. Los idzie jak musi!”
(Beowulf, przekł.: Robert Stiller)

   To wszystko, o co się staramy, do czego możemy dążyć i zabiegać w życiu, są to rzeczy mające załatać wewnętrzną pustkę. Zdają nam się takie, bo wpojono w nas istnienie jakiejś cudowności pozaświatowej – transcendencji.
   Kultura - ten nasz zbudowany z kafli wyobraźni świat znaczeń - tłumaczyła człowiekowi od wieków, że są sprawy nieskończenie ważniejsze, niż to, co składa się na jego indywidualny los. Może było tak już wtedy, gdy pojawił się w mózgu hominida pierwszy błysk świadomości i idące za nim zdziwienie istnieniem? A może dopiero wtedy, gdy odkrył on konieczność śmierci? Tego nie wiemy.
   Możemy snuć hipotezy, że pierwsze wyobrażenia o istnieniu jakichś wartości przewyższających wartość życia samego w sobie, stanowiły odpowiedź umysłu na szok spowodowany samoświadomością i idącym za nią wrażeniem oddzielenia człowieka od ogromu świata zewnętrznego oraz przymusem wzięcia na siebie odpowiedzialności za swój los. Dzisiaj te wyobrażenia stopniowo ulegają rozpadowi. Coraz częściej dociera do nas myśl, że jednak nie ma spraw posiadających znaczenie bezwzględne, absolutne. Umarła więc idea wartości transcendentnej. W tym właśnie sensie - jak to ogłosił Nietzsche - umarł Bóg.
   Umarli zresztą wszyscy bogowie, jeśli bogów traktować jako nośniki wartości absolutnych (np. strażników jakichś praw bezwzględnych), a nie jedynie reprezentacje treści archetypowych.
   Wobec braku możliwości spełnienia swojego życia w realizacji jakiegoś mitu, będącego odbiciem idei wyższej, pozostaje dziś człowiekowi jedynie zabieganie o to, by przyjemnie, godnie i wygodnie, w poczuciu względnej sensowności (tylko względnej oczywiście, to znaczy łatwo łamliwej…) dożyć śmierci. Tylko, czy naprawdę, można powiedzieć, że takie życie na fundamencie nihilizmu może być godne istoty, którą przyjęło się uważać za wolną?
   Z tym ciężkim pytaniem na ramieniu czytałem „Beowulfa”, w pięknym tłumaczeniu Roberta Stillera z 2010 roku.
   Okazuje się, że pomimo częstych odwołań do „Wszechmogącego”, wartości absolutne nie występują w tym poemacie. Zamiast nich pojawia się coś zupełnie innego.
   Tym co odróżnia postać Beowulfa (tego dosłownie „Wilka Na Pszczoły") od wszystkich innych ludzi, jest jego nieustanna gotowość do ryzykowania wszystkiego. Jako wzorcowy heros, nie trzyma się kurczowo życia, skarbów, ani żadnych innych zdobyczy. Nie znaczy to, że nie jest dla niego ważne korzystanie z nich. Reprezentuje tzw. wartości arystokratyczne w rozumieniu pozytywnym, tak jak je widział Nietzsche.
   Z pewnością, nie ma w nim wiary w transcendencję, w jakieś wartości leżące poza człowiekiem. Wszystkie jego przygody wynikają z dążenia do chwały. Nie jest jednak ta chwała czymś, co miałby on odkładać na przyszłość, zbierać i budować z niej gmach swojego indywidualizmu, w którym mógłby potem osiąść, by do końca życia cieszyć się owocami zwycięstwa. Nie ma ona również nadejść dopiero w jakimś życiu pośmiertnym, o którym zresztą opowieść milczy. Brak tu jakiejkolwiek eschatologii - germańskiej, czy chrześcijańskiej - chociaż dzieło zostało spisane już w czasach po przyjęciu chrześcijaństwa.
   Nie jest też dla Beowulfa najważniejsza pamięć u potomnych. Chwała stanowi tutaj wartość, której doświadcza się za każdym razem w teraźniejszości i jest ona stanem nieodłącznym od czynu, który ją niesie. Stanowi jedną z "męskich uciech", którymi cieszyć się można tylko w ten sposób, którego dostępują nordyccy einherjerzy, to znaczy że jest związana z pewnego rodzaju ponadludzką kondycją, wynoszącą tego, kto jej dostąpił do udziału w rzeczywistości boskiej. Jej wyrazem i często powracającym motywem jest picie miodu i piwa przez wojowników zebranych w „miodowych salach”. Poprzez upajanie się trunkami - co stanowi symboliczną i zarazem realnie doznawaną komunię z sakralną rzeczywistością bogów - dokonuje się celebracja życia w teraźniejszości. Nie ma więc w tym piciu niczego zdrożnego. Wręcz przeciwnie, jest ono wyrazem siły i przekroczenia granicy miedzy tym co ludzkie, a tym co boskie. Koncepcję tę najlepiej obrazuje mit Walhalli, jako wzorcowej „miodowej sali”, gdzie bohaterowie nieustannie ucztują i walczą w towarzystwie bogów.

czwartek, 21 września 2017

Współczesność jest martwa

Trolle, J.R.R. Tolkien

„Wzrok odmieniony wszystko odmienia.” 
                                            William Blake


Od kiedy pamiętam, nie opuszcza mnie przeświadczenie (a może jest to raczej odczucie?), że ten świat nie jest mój i tylko wykraczanie poza niego i walka z jego przytłaczającą zwykłością może mieć jakąś wartość.

Jako chłopiec pragnąłem znaleźć się w tolkienowskim Śródziemiu: Oto kraina mitu, gdzie wszystko jest prawdziwe! Kraina wartości i znaczeń - zupełne zaprzeczenie mojej wulgarnej współczesności, przesiąkającej chłodem maszyny i przeczuwanym już mechanicznym zachowaniem ludzkich automatów. Współczesności pozbawionej treści, dla której warto byłoby brnąć przez codzienność.
Uległem czarowi baśni Tolkiena i udało mi się zobaczyć swoją współczesność taką, jaką mogłaby być, gdyby ją zaczarować. Trzeba tu powiedzieć, że tolkienowskie pojęcie „zaczarowania”, którym posługuje się on w eseju „O baśniach”, stanowi jakby esencję pragnienia twórczości i w odróżnieniu od magii, jako czegoś technicznego, ma swoje źródło poza światem - w krainie baśni i mitu.

„Zaczarowanie” odmienia więc świat, wprowadzając do współczesności element wiecznej materii mitu. A przez łączność z tą „materią” wywołuje w teraźniejszości, pierwotnie wyzbytej znaczeń, upajające przeżycie „dotknięcia wieczności”. Dzieje się tak dzięki wyobraźni, która niejako poprzedza percepcję. Nie w tym jednak sensie, że jest od niej bardziej pierwotna, ale w tym, że ją określa. Oba te czynniki składają się na rzeczywistość i prawie nigdy nie prezentują się nam osobno. Jeśli zaś dojdzie do takiego podziału i percepcja odłączy się od wyobraźni, mamy do czynienia z doświadczeniem „oświecenia”, albo z wizjami mistycznymi, (czasem też oczywiście z obłędem). Jedną z postaci tych mistycznych fenomenów jest przeżycie wyjścia poza czas, albo raczej poza historię, poza ciągłość „stawania się” rzeczy i wkroczenie w pewnego rodzaju czysty świat znaczeń.

Dzięki wyobraźni wyrywającej się z objęć percepcji, pojawia się przeżycie fascynacji dziwnością lub pięknem, albo niekiedy porażenia „sakralnym przestrachem”. Przestrachem „nie z tego świata”.
Sama współczesność (rozumiana już jako „zwykłość teraźniejszości”, ale także szerzej, jako okres pozostawania w przywiązaniu do „tego, co jest dane”), będąc percepcją ubraną w jednakowo skrojone wzorce wtórnych wyobrażeń, pozbawiona jest znaczenia i nabiera go dopiero stając się historią.

Ilekroć przestaje nam wystarczać taka martwa współczesność, bierze nas w posiadanie mit. Włada on nami najsilniej poprzez pragnienie wyjścia poza czas i poza historię, a wreszcie każe nam pożądać kondycji boskiej. Jest to popęd do jakiegoś illo tempore: Krainy Czarów, Złotego Wieku, czy choćby aborygeńskiego Czasu Snu. Do rzeczywistości mitu, która, przybierając różne formy, w chwili swojej obecności aktualizuje się jako wieczność.

piątek, 31 marca 2017

O kształcie



Nie potrafimy postrzegać tego, co jest nam niepotrzebne do egzystencji. Przeszłość i przyszłość to dla nas jedynie wyobraźnia, ponieważ jako zwierzęta nie potrzebujemy doświadczać zdarzeń jako całości. Dlatego, na podstawie ludzkiego sposobu pojmowania świata nie sposób dotrzeć do jakiejś prawdy. O czymś takim jak "kształt świata" możemy opowiadać sobie mity, które pozostają chwilowo użyteczne. Współczesne mity tworzy nauka. Od tych archaicznych różnią się one tylko paradygmatem, natomiast ich stosunek do jakiejś prawdy o istocie rzeczywistości jest ten sam – są to ludzkie fantazje, wyobrażenia.

Na podstawie tych wyobrażeń można jednak budować rozmaite działające rzeczy, teorie i urządzenia. Świadczy to o tym, że nasza fantazja u swoich podstaw jest ukierunkowana na praktykę, bo w istocie wywodzi się z czegoś bardzo praktycznego – z zachowań narzędziowych i stadnych - głównie ze wspólnych polowań, które wymagały od człowiekowatych planowania strategii i obejmowania umysłem sporej przestrzeni i czasu. Wyobraźnia ma więc działać, a nie powiadamiać o "prawdzie" i w tym sensie jest jak instynkt.

Wobec tych uwarunkowań, prawda - by tak rzec - „o istocie rzeczy” pozostaje nam niedostępna, a być może nawet nie istnieje w ten prymitywny, funkcjonalny sposób, w jaki pojmujemy istnienie.

Mówiąc prosto i przykładowo: To, że widzimy np. planetę jako kulistą, wcale nie oznacza, że ona naprawdę jest kulista. Oznacza to jedynie, że taki sposób postrzegania zjawisk "tworzących pojęcie planety” jest dla nas najkorzystniejszy z punktu widzenia ekonomii wyobraźni.

wtorek, 6 grudnia 2016

Ragnarok, chaos, świat

Johannes Gehrts, Ragnarok

  Trudno zrozumieć, dlaczego życie istnieje jako wyjątek od nieożywionej materii, ale lubię myśleć o tym jako o działalności chaosu, z jego buntowniczą przypadkowością.
  Chaos zdaje się mieć w sobie pewnego rodzaju „bluźnierczą” tendencję do tworzenia form przeciwnych temu, co zostało dotychczas osiągnięte. Jest więc ciśnieniem odśrodkowym - ekspandowaniem we wszystkich kierunkach.

  W mitologii skandynawskiej natrafiamy na wątek, który zdaje się całkiem nieźle obrazować czym jest świat ludzkiego porządku, którego doświadczamy na co dzień.
  Opowieść tę przytacza Snorri Sturluson w Eddzie Prozaicznej. Mówi ona o tym jak Asowie, bogowie będący gwarantami praw utrzymujących w całości istnienie świata i nieustannie odpierający ataki sił chaosu, rozumianego tutaj jako pewnego rodzaju „zewnętrze” – olbrzymów i potworów – postanawiają któregoś dnia wznieść nowe mury swojego grodu, Asgardu. Właściwie, inicjatywa nie wychodzi od nich, ale od jednego z olbrzymów, który składa im propozycję przebudowania i wzmocnienia tychże murów. W zamian olbrzym pragnie otrzymać za żonę boginię Freyę, ale żąda też słońca i księżyca, na co bogowie reagują początkowo gniewem i przeganiają go. Podstępny bóg Loki wpada jednak na pomysł oszukania budowniczego i namawia Asów do przyjęcia oferty, argumentując że murów nie uda się wybudować w założonym przez olbrzyma terminie, więc będzie można odmówić zapłaty. Umowa zostaje zawarta i olbrzym rozpoczyna budowę. Okazuje się jednak, że dzięki pomocy ogiera Swadelfariego, praca przebiega nadspodziewanie szybko i tylko dzięki sztuczkom Lokiego udaje się bogom wymigać od płatności, podczas gdy mury są niemal ukończone. Olbrzym wpada w gniew, domyślając się, że zastosowano przeciwko niemu podstęp i atakuje Asów. Zostaje jednak zabity przez boga Thora.

 Edda Poetycka przedstawia to zabójstwo wyraźnie je piętnując:

Thor gniewem wzburzon samowładnie młot
wzniósł
- Rzadko spokojny w podobnych sprawach:
Złamane słowa, przysięgi i śluby,
i ważne umowy wspólnie zawarte.

(Tłumaczenie: Apolonia Załuska- Stromberg)

  Bóg, będący strażnikiem umów, sam łamie umowę, a przez ten czyn dochodzi do pogwałcenia praw, które bogowie ustanowili przy stworzeniu świata. Wydaje się, że jest to warunek wstępny, który musi być spełniony by mógł nastąpić Ragnarok – dzień zmierzchu bogów, kiedy świat ma zginąć w płomieniach, niesionych przez olbrzyma Surtra. Bez naruszenia przez bogów ich własnych praw, niemożliwe byłoby późniejsze zerwanie więzów przez Lokiego i demonicznego wilka Fenrira, oraz zalanie świata przez siły reprezentujące chaos. Jednocześnie, jest to wydarzenie konieczne z punktu widzenia mitologii nordyckiej - coś czego uniknąć nie sposób - przeznaczenie bogów, ludzi i świata, o którym wiadomo od początku, że splata się z samym sensem ich istnienia.
 
  Wracając do rozważań o chaosie - jeśli bogów potraktujemy jako personifikacje treści archetypowych, a prawa których strzegą, uznamy za zasady, na których opiera się ludzki ogląd świata, to znajdziemy tutaj odbicie procesu, z którym mamy do czynienia niemal nieustannie, w każdej chwili, kiedy jesteśmy przytomni i świadomi.
  Ład, będący podstawą naszego kosmosu, wynika z porządkujących funkcji ludzkiego umysłu, zanurzonego w rzeczywistości w istocie niepoznawalnej i nieskończenie dynamicznej – rzeczywistości pierwotnego chaosu, z której wyrywa człowieka poczucie, że „przeżywa on swoje jednostkowe życie w świecie”.
  Ragnarok, dokonuje się więc w każdym momencie, jako walka o uporządkowanie świata i uratowanie go od przemijalności. Temu służyć mają idee, pojęcia i symbole. Ale większa część tej walki należy nie do ludzi i ich woli zatrzymania „stawania się” świata, lecz do bogów – archetypów i mechanizmów odpowiedzialnych za percepcję rzeczywistości.
  Nie istnieje żadna jednostkowość, która - niby jakaś wyspa światła - byłaby wyjątkiem od owego morza chaosu, stanowiącego jedyną rzeczywistość, ani nie istnieje świat, który byłby jakimś zewnętrznym wobec człowieka kosmosem.
  Być może sam fenomen postrzegania przez człowieka chaosu, jako „ubranego” w pewien ład i sens, jest efektem twórczej działalności tego chaosu. I jest, podobnie jak fenomen zaistnienia życia pośród martwej materii, przejawem dążności chaosu do przekraczania form już przez siebie stworzonych.
  Nasz ludzki kosmos, taki jakim się wydaje, byłby więc wobec rzeczywistości chaosu tym, czym żywy organizm wobec martwej przestrzeni kosmicznej – przypadkiem.

sobota, 5 listopada 2016

Ogień i krzyż


Wyobraźmy sobie paleolityczną jaskinię. Wokół ogniska chroni się niewielka społeczność myśliwych i zbieraczy. Na zewnątrz groźna noc - kły i pazury drapieżników czyhają w ciemności. A tutaj, bezpiecznie i ciepło wokół ognia, który rzuca magiczne refleksy na pokryte malowidłami ściany.

Oczy ludzi zwrócone są w stronę płomieni. Obserwują jak ogień, liżąc kawałki drewna, pochłania je. Te ułożone w centrum spalają się szybciej. Co to oznacza? Czy tam znajduje się jego największa moc, serce ognia?

Ale ułożone obok siebie patyki nie płoną już tak dobrze jak te układane na krzyż.
Krzyż - ten kształt - ogień musi go znać i cenić...
Czy to jest jego ukryta forma? Jego dusza?

Tak, chyba tak! Dalsze próby potwierdzają, że patyki ułożone w ten sposób, są przez ogień przyjmowane szybko, a z tymi rzuconymi bezładnie obchodzi się on niedbale.

A więc, ta forma ma znaczenie - istotą ognia, jego duszą, są rozchodzące się promieniście z centrum ramiona.


Odkrycia pojawiają się jedno za drugim i ciała zgromadzonych przenikają dreszcze niesamowitej, zaskakującej wiedzy - właśnie poznali boga, który daje im ciepło, światło i ochronę.

Obraz jego ducha należy zapamiętać, zachować przy sobie i przywołać w każdej potrzebie.
Krzyż i krzyż w kole... Wreszcie okrąg, wypełniony promieniami, krzyżującymi się w centrum.

Wokół ziemskiego ognia zbierają się ludzie, a drapieżne zwierzęta wystrzegają się go.
Najwyraźniej wiedzą, że jest obrońcą ludzi.
A może także ojcem?

Na takie wnioski przyjdzie jeszcze czas.

Na razie ogień łączony jest ze słońcem - są jak syn i ojciec.
Niebiański ojciec ziemskiego ognia - słońce - staje się przewodnikiem. Za dnia jest przewodnikiem ludzi, a w nocy prowadzi duchy, kiedy co wieczór kryje się za horyzontem, by oświetlać krainę podziemną, miejsce przebywania umarłych.



Wydaje się, że w ten właśnie sposób powstał symbol krzyża. W akcie nieświadomej kreacji wypłynął z głębin ludzkiego, w pełnym tego słowa znaczeniu - zwierzęcego - umysłu.

W nadchodzących tysiącleciach pojawiał się będzie we wszystkich kulturach, przybierał najróżniejsze formy i wchłaniał rozmaite znaczenia. Niektóre z tych znaczeń, z czasem przesłonią jego pierwotną treść.

Nawet dzisiaj jednak, jest ta treść możliwa do odnalezienia i odczytania, kiedy stworzy się jej odpowiednie warunki. Pojawia się wraz z jakimś przenikającym dreszczem zdziwienia i obrazami, które niegdyś towarzyszyły wyłanianiu się tego symbolu z ciemnej, nieświadomej sfery.


środa, 26 października 2016

Na początku był chaos




















A był nie tylko na początku, jak to opisuje mit grecki, który nie zna przecież lepszego sposobu na nazwanie czegoś, co początku nie posiada.

Świat powstaje z chaosu nieustannie. Kreowany w akcie buntu, który jest porządkowaniem - wprowadzaniem ładu do czegoś co jest go pozbawione.
Ład jednak jest iluzją, która w istocie nie istnieje jako coś więcej, niż obraz w umyśle.

Dążenie do stworzenia tego obrazu wynika z tendencji do rozpoznawania świata poprzez idee, które stanowią sztywny twór porządkujący pamięć tak, by odbijała się w teraźniejszości i tworzyła obraz przyszłości.

Świat nie jest więc z natury harmonijny. Nie ma w nim sensowności, celowości, ani żadnych uniwersalnych wzorców. Ich dopatrywanie się wynika z pewnego natręctwa, z nawyku narzucania wszystkiemu określeń, które przemieniają „nieznane” w „swojskie”.

Czynnikiem kreacyjnym jest wyłącznie sam chaos, który będąc całkowitością zawiera w sobie także ów, buntujący się przed nieokreślonością przypadku pierwiastek porządkujący (logos?), dążący do zatrzymania chaotycznej dynamiki w ideach.

czwartek, 20 października 2016

Jesienne duchy Dzikiego Łowu

Peter Nicolai Arbo, Åsgårdsreien (1872)

Nastała wspaniale ponura aura i nadchodzi jesienne święto zmarłych. A po niebie przetacza się Dziki Łów, zwany też Dzikim Gonem.
Przypomnijmy więc w kilku słowach, co zawiera w sobie ten piękny motyw mityczny.

Orszak, złożony z upiornych jeźdźców, koni, psów i ptaków pojawia się, gdy otwarty zostaje podziemny świat duchów. Wtedy to, wraz z cieniami zmarłych, do rzeczywistości wdzierają się, uwolnione na ten czas z otchłani, demony. Będą to okolice jesiennych świąt ku czci przodków (jak słowiańskie Dziady, czy celtyckie Samhain), ale też tzw. dwanaście strasznych nocy, czyli okres bożonarodzeniowy, podczas którego panują największe w roku ciemności, a słabe słońce nie jest w stanie wygonić ich ze świata.

Dziki Łów może pojawić się także przy innej okazji - za każdym razem, gdy zostaje naruszona granica między codziennością świata jawy, a przestworem chaosu, snu, irracjonalności.

Wierzono niegdyś, że zwiastuje on wojnę lub kataklizm, a znalezienie się na jego drodze oznacza śmierć lub porwanie do piekieł za życia. I w tym ostatnim znaczeniu mit łączy się z wierzeniami szamanistycznymi. We wszystkich czasach zdarzały się bowiem jednostki, które usiłowały dostać się do zaświatów, by wynieść z nich wiedzę, moc, skarby, albo uwolnić czyjąś zabłąkaną duszę.



Najbardziej znana wersja tego mitu stawia na czele orszaku germańskiego boga Wotana (Odyna). Związane jest to z tradycją tak zwanych mannerbunde - dawnych germańskich stowarzyszeń wojowników, kultywujących wojenne okrucieństwo, szał, picie ludzkiej krwi i - jak wierzono - przemianę w wilka.
I właśnie owa przemiana w wilczą postać staje się tutaj zagadnieniem kluczowym. Wskazuje bowiem na bardzo archaiczne pochodzenie mitu o Dzikich Łowach.

Prawdopodobnie już w neolicie, epoce formowania się pierwszych, związanych z rolnictwem osad ludzkich powstawały jednocześnie grupy wojowników, którym nowy sposób życia nie odpowiadał. Wywodząc się od myśliwych, nie czerpali zapewne wiele radości z pracy w polu. Tworzyli więc wędrowne, na wpół dzikie watahy i napadali okresowo ludzkie siedziby, rabując je i paląc. Czasem zadowalali się okupem, a zdarzało się, że zawierali z mieszkańcami osiedla rodzaj układu o ochronie, który zapewniał rolnikom spokój od innych band, a "wilczej watasze" stały dochód. Wiele wskazuje na to, że z tego rodzaju przemocy zrodziła się myśl o państwowości.

Echo tych okresowych wilczych najazdów przetrwało w kulturze ludowej do dzisiaj i objawia się między innymi w postaci turonia towarzyszącego kolędnikom, którzy przychodzą z żądaniem "okupu" w czasie dwunastu strasznych nocy.