Przeczytałem dziś rano o pogrzebie Attyli, którego pochowano w trumnie, jak pisał Jordanes, „z trzema metalowymi płaszczami”: złotym, srebrnym i żelaznym. Rozmyślałem potem, co on mógł sobie myśleć o życiu. Raczej szybko zorientował się w swojej samotności i została mu jedynie siła. Zapewne także prawda tej siły. Jak drapieżnemu ptakowi. Znana jest opowieść jak to przyjmował bizantyjskich posłów w stroju prostym, niebarwionym, otoczony dworzanami, z których kapało złoto i srebro. Znaczący obrazek.
Chyba brzydził się starością. Jeśli tak, to znaczy, że piękno było najważniejsze. A potem przeczytałem, że umarł pijany na własnym ślubie. O ile tak faktycznie było, to przecież tylko pozorne naruszenie wizerunku estety. Tak, czy inaczej, pamięć w ludziach jest niepewna. Zawsze niesprawiedliwa. Opowiadano o nim potem nawet na Grenlandii. Chociaż, czy o nim właściwie? Nazywano go tam Atlim. Żył sobie kiedyś niejaki Atli i warto o nim zaśpiewać pieśń. Gdzie żył? Kiedy? Gdzieś, w jakimś illo tempore... Nikt cię nie zna, nikt nie widzi tego, co ty widzisz. Nawet bogowie. A może oni jednak? Opowiadamy sobie o innych nasze własne fantazje.
Więc co z pięknem, które przeżywasz? Trzeba by mu nadać jakiś byt własny. Inaczej zniknie w pustce jak wodospad. Prawda, dobro, czy piękno? Każde z nich przeczy pozostałym. Które wybieram? Bo należałoby wybrać. Nie da się przecież wszystkich ich szanować jednocześnie. Chyba że okazuje się właśnie, że to nie ja wybieram. Więc piękno, czy prawda? Prawda - może tylko dlatego, że piękno nadaje jej znaczenie. Zwłaszcza, gdy wydają się leżeć z dala od siebie. Ale piękno - samo w sobie nawet... Także na przekór prawdzie. Trudna zagadka.
piątek, 3 lipca 2020
poniedziałek, 29 czerwca 2020
Nieznane światło
Marzy mi się, że już w tym roku wybucha Betelgeza i odtąd mamy na nocnym niebie dwie lampy zamiast jednej.
Takie rzadkie zdarzenia astronomiczne powodują, że kiedy się o nich myśli, świat staje się dużo mniej swojskim miejscem. Niespodziewanie błyska jakieś nieznane światło, odkrywając niesamowite kształty i zakamarki. Ujawnia się przy tym zwykłe ludzkie przywiązanie do złudzenia tej swojskości świata - jako czegoś stałego i stabilnego - czegoś, co zrobione dawano temu, i co jest domem.
Ale kiedy robi się naprawdę dziwnie, kiedy zmienia się postać nieba, a poziom baśniowości gwałtownie wzrasta, w tym domu ukazują się mrugające oczami portrety, pojawiają się znikające drzwi i studnie, albo schody prowadzące we wszystkich kierunkach jednocześnie.
Łatwiej wtedy zauważyć, że nasze życie nie musi się różnić niczym od snu, który - przez nikogo nie stworzony i nie kierowany - dzieje się sam z siebie, donikąd nie zdążając, ani niczemu nie służąc.
A potem, kiedy cała ta dziwność z wolna blaknie i można już o niej opowiadać, świat na powrót daje się oswajać i znów można spać spokojnie, jakby się było w domu.
piątek, 5 czerwca 2020
Co tracimy?
![]() |
| Zdzisław Beksiński, Bez tytułu |
Wyobraźmy sobie, że telefony i komputery nagle znikają. Znikają telewizory. Nasi bliscy są gdzieś, lecz nie możemy się z nimi skontaktować. Musimy czekać i wierzyć, że spotkamy się gdzieś, za jakiś czas, w miejscu umówionym. Jak zwykle, przy świętach, itd. A kiedy ta chwila wreszcie nadchodzi, odczuwamy szczerą radość, że jeszcze raz się udało. Być może nie wszystkim. Kogoś mogło tym razem zabraknąć. A może już ostatecznie? Te sprawy - więzi i bycie blisko – z powrotem nabierają znaczenia. Wieści stają się cenne, wiedza staje się cenna. Ceni się człowieka i jego obecność. Opowieść się ceni.
A teraz wyobraźmy sobie, że gaśnie światło i nadchodzą zimne, groźne noce. Małe grupki gromadzą się wokół jasnych plamek ognisk, rozpalanych w opustoszałych ruinach miast. Za dnia wędrują w poszukiwaniu wody, jedzenia i ubrań. „Czas kiedy człowiek będzie całował ślad człowieka na piasku”*, to może być straszny czas życia pełnego.
Gdzieś tu, myślę, kryje się tęsknota za postapokalipsą.
* Słowa przypisywane Nostradamusowi.
czwartek, 4 czerwca 2020
Mysterium
Poczucie kontaktu z sacrum, przeżycie misteryjne – to nie jest coś, co prowadzi do jakichś zbawień, by w ten sposób uwalniać od życia. To jest raczej przygoda, której się pożąda, kiedy już się w niej zasmakowało. Znów i znów, bo nic innego nie jest do niej podobne. Nic nie ma podobnego blasku.
środa, 3 czerwca 2020
Magia kontra "duchowość prawdziwa"
![]() | ||
| Saamski szaman na ilustracji z Beskrivelse over Finnmarkens Lapper, deres Tungemaal, Levemaade og forrige Afgudsdyrkelse, 1767 r. (Wikipedia) |
„Sztuczki z ogniem, „cuda” typu sztuczek ze sznurem i mangowcem, pokaz magicznych mocy, ukazują inny, baśniowy świat bogów i magów, świat, w którym wszystko wydaje się możliwe, gdzie zmarli powracają do życia, a żywi umierają, by następnie zmartwychwstać, gdzie w jednej chwili można zniknąć i pojawić się na nowo, gdzie „prawa przyrody” zostają obalone, a pojawia się jakaś nadludzka „wolność”, stając się intensywnie obecna.
Trudno jest dzisiaj nam, współczesnym, wyobrazić sobie oddziaływanie takiego spektaklu na „prymitywną” wspólnotę. „Cuda” szamańskie nie tylko potwierdzają i umacniają struktury tradycyjnej religii, lecz także stymulują i ożywiają wyobraźnię, zacierając granice między snem a bezpośrednią rzeczywistością, otwierają okna na światy zamieszkane przez bogów, zmarłych i duchy.”
Fragment epilogu z „Szamanizmu i archaicznych technik ekstazy” Eliadego
Magia, a także mistyka są więc formą twórczości, która czyni interpretowany świat zgodnym z wolą. Wszelki byt jest wszak interpretowaniem bytu, jak chciał Nietzsche. Dzięki takim praktykom i takiej wizji może stać się możliwe powiedzenie światu „tak”, bez wyrzekania się siebie. Dotyczyłoby to również religii, o ile jest to religia oparta na magii. Na przeciwnym biegunie stoi tutaj to, co dzisiaj zwykło się nazywać „prawdziwą duchowością”, a co prowadzić ma do oświecenia i zanegowania własnego istnienia jednostkowego, a więc także do pewnego rodzaju wyrzeczenia się życia jako "opowieści". W owej „prawdziwej duchowości” znika bowiem dualny podział: ja-świat, odkrywa się zaś paradoksalny stan „bycia w niebyciu”. Bywa również ta duchowość określana jako mistyka, jeśli łączy się z jakimś religijnym systemem symbolicznym.
Taka perspektywa pozwala postawić większość praktyk i wizji religijno-magicznych po stronie afirmującej życie, jako coś nieokreślonego, co domaga się formowania poprzez wyobraźnię. I dopiero porzucające tę wyobraźnię "duchowe zabiegi" miałyby w istocie prowadzić do wyjścia poza świat, poza życie, poza znaczenia, wartości i sensy.
Okazuje się więc, że opozycyjna wobec tychże "duchowych zabiegów" perspektywa magiczna jest w istocie twórczą grą woli życia, a wyobraźnia, będąca tej woli instrumentem, czerpie z jakiegoś pierwotnego źródła, które - jakkolwiek by nie było dziwne, czy szalone - zdolne jest wyłaniać z siebie żywe wartości.
wtorek, 19 maja 2020
Pożyteczny błąd poznawczy
![]() |
| Zdobiona paleolityczna muszla z gór Zagros w Iraku (fot. Chris Hunt) |
Niektóre pożyteczne błędy poznawcze: pozorny ruch słońca, kolory, czas, ruch, wrażenie, że wszystko ciąży w dół, wreszcie rozkładanie świata na elementy, czyli postrzeganie rzeczy.
Każde opisywanie świata poprzez rzeczy, a więc na podstawie błędu poznawczego (jakkolwiek sprzyjającego życiu), to zawsze jedynie tworzenie kolejnego mitu. Także mitu naukowego. Nie ma rzeczy, które by istniały same dla siebie. Nie istnieją żadne wydzielone składniki świata. A nawet świat jako po prostu jedna rzecz niepodzielna. W tym sensie nie istnieje więc także rzeczywistość - istność rzeczy. Możemy jedynie w przybliżeniu powiedzieć, że odbywa się ona, albo ma swoje miejsce na sposób jakby opowieści.
A co jest dalej? Co jest poza, albo pod opowieścią? I czy tam coś w ogóle musi być?
O tym nie możemy powiedzieć nic.
Każde opisywanie świata poprzez rzeczy, a więc na podstawie błędu poznawczego (jakkolwiek sprzyjającego życiu), to zawsze jedynie tworzenie kolejnego mitu. Także mitu naukowego. Nie ma rzeczy, które by istniały same dla siebie. Nie istnieją żadne wydzielone składniki świata. A nawet świat jako po prostu jedna rzecz niepodzielna. W tym sensie nie istnieje więc także rzeczywistość - istność rzeczy. Możemy jedynie w przybliżeniu powiedzieć, że odbywa się ona, albo ma swoje miejsce na sposób jakby opowieści.
A co jest dalej? Co jest poza, albo pod opowieścią? I czy tam coś w ogóle musi być?
O tym nie możemy powiedzieć nic.
piątek, 3 kwietnia 2020
Holograficzna przestrzeń umysłu
![]() |
| Galaktyka Andromedy i Droga Mleczna. Źródło: domena publiczna |
Wydaje się, że solipsyzm ma rację tylko połowicznie. Otóż nie tylko nie istnieją wszyscy inni ludzie, a świat jest projekcją mojego umysłu, ale ja sam - jako podmiot postrzegający i doświadczający - także nie istnieję. Nie posiadając niezależnego bytu, jestem uwarunkowanym przyczynowo i przypadkowo hologramem, który nie ma dostępu do wiedzy o genezie własnych aktów woli. W istocie, akty te nie należą do mnie, albo raczej należą jedynie umownie, ponieważ zachodzą jako nieoddzielne elementy procesu życiowego, który hologram ów identyfikuje ze sobą. Ten zaś proces życiowy, nie jest niczym oddzielnym od wszelkich innych procesów i stanowi element przestrzeni dziania się wszystkich zdarzeń. Co ciekawe, owa przestrzeń wydaje się być tylko pozornie związana z jakąś zmiennością, czy przemianami, podczas gdy w istocie - poza moim obserwowaniem jej z perspektywy iluzorycznego punktu teraz - zawiera w sobie całość zdarzeń, które, by tak rzec, nie wydarzają się w czasie, lecz wszystkie są w pewien sposób razem. Taka przestrzeń nie musi mieć żadnej rozpiętości obiektywnej i mogłaby znajdować się, powiedzmy, w punkcie. A każda rozpiętość, którą moglibyśmy jej przypisać, byłaby rozpiętością holograficzną, która powstaje w postrzegającym ją, ale i zawierającym się w niej, umyśle-zdarzeniu.
wtorek, 10 marca 2020
Strumień świadomości
Pójdziemy z koszami. To jakby z torbami, tylko w klimacie. Zamiast się zastanawiać się napił i nie trzeba było kombinować. Reszta jest niepotrzebną troską. Matczyną kastracją przez nadmiar kontroli. Co to będzie? Ojojoj. Pójść do Mostostalu, wypić piwo. Po co? Można lepiej. Na pewno lepiej. Lepiej będzie stonowanie. Z toną uwagi, zapobiegliwości. Zrzygać już teraz można by było gdyby. Gdyby wypadało. Ale nic nie wypadnie. Tak mama przykazali.
A dalej żyli długo i szczęśliwie. Troskali się wszystkim aż do końca swoich dni, żeby im było lepiej, a może innym także. Bo przecież nie zaszkodzi, a pomóc może. Trzeba uważać. Życie jest takie niebezpieczne. Tyle pokus czyha na panaboga. Samo sobie wyjątkiem, za wyjątkiem paru rzeczy, do których nie dorośliśmy na tyle. Piętnaście tysięcy czarnuchów, powiadam! Może więcej. Może i osiemnaście, a za rok pewnie ze dwadzieścia. Myślisz, że tak jest lepiej. A może nigdy nie było lepiej. Kto by tam wiedział. Tyle cioć już się pomyliło, że nie musimy się martwić. Zresztą, ważne żeby zrobić zakupy, a potem się zobaczy. Jakoś to będzie.
Przyszli do nich za dwa dni. Czekaj, czekaj, za trzy. Razem raźniej, po to się widzą. Inaczej oczy by nie wyewoluowały ze światła, rzecz oczywista. Piramida światła, bo skoro już rosnąć to raczej tak z czubkiem, a nie jakoś inaczej. To nawet trudno sobie wyobrazić, a przecież przyroda szuka oszczędności. Tak się mówi, więc to prawda. Wiadomo. Co by tu nie opowiadać, za jakiś czas się skończy. A co wtedy będzie? Strach pomyśleć. Może i nie warto. Zadbaliśmy o wszystko, więc teraz posiedzieć z założonymi rękami ciepło mruczeć. Znaleźć zołzę, to nie sztuka w takim cyrku. Za pięć dwunasta każda oddycha z ulgą.
Do takiego boksu trafiają tylko najlepsi. Wyselekcjonowane kurczaki na kebab walczą o życie i śmierć w najlepszym błocie. Obok jednak grzebał kogucik, jak widać, więc teraz mamy białka więcej. A to przecież nie od rzeczy jajecznica, skoro już się wylało, to się wylało. Nie ma co płakać. Lepiej więcej dosolić, byle nie za bardzo. Z drugiej strony, też mamy przerąbane, skoro już się tak mamy. Siedzimy. Stary siedział trzy razy. Oni zawsze siedzą. Tak się mówi, więc to prawda. Pytałby kto, a nikt nie odpowiada. Zajmijmy sobie jeszcze więcej momentów, byleby do śmierci. Ja, jak to były - sądzą o nim, że mógłby mieć więcej pokory. Wszystko coś znaczy przeciwnego. Przeciwtempo. Tak się mówi, choć prawie nikt nie robi, albo przynajmniej nie wie o tym. Strach nie wiedzieć, jak to mówią.
Tośmy sobie popowiadali, popa zwiodą słowa kobyły. Mają ich tam tysiące, cały legion. Więcej niż dwadzieścia tysięcy czarnuchów. Nikt nie umiera, bo tam śmieci na sprzedaż. Płynie z rzeką do morza niczym Wisła, tylko w drugą stronę. Tak też może być, choćbyśmy i dwa dni grali. Popłyniemy, a widoki będą piękne, letnie jak chleb i dęby wzrastające po burzy z samotnego hełmu. Z jedną małą dziurką na klamce. Kwitnie, kwitnie, bezkwit nocy mu się ostał. Nie za dużo? Nie za dużo. Teraz wy! Opowie pan o rycerzach, potem będą fikołki i pani z drugą głową. A nie za dużo oberwał? To straszne. Życie jest takie straszne. Tylko nie tutaj. Nie ma co się troszczyć, za to się płaci. Bezpieczeństwo albo wolność, tak powiadają. W końcu w telewizji jest wszystko za darmo. Były tam spodnie rozdarte i krwi niewiele, choć mięso wyszło białe. Obeszło się bez płaczu. Takie pogodzenie przy niedowierzaniu. Zresztą, dzień piękny, słońce, wiatr i spirytus na ranę. Wstyd ukryty, rana ukryta, strach przyszedł potem. Dzieci to są sprytne jednak. Mimo, że takie automaty proste, ale jeszcze się tam swobodnie rozchodzi. Nie wiadomo na co padnie. Potem już łatwiej przewidzieć taki przypadek.
A dalej żyli długo i szczęśliwie. Troskali się wszystkim aż do końca swoich dni, żeby im było lepiej, a może innym także. Bo przecież nie zaszkodzi, a pomóc może. Trzeba uważać. Życie jest takie niebezpieczne. Tyle pokus czyha na panaboga. Samo sobie wyjątkiem, za wyjątkiem paru rzeczy, do których nie dorośliśmy na tyle. Piętnaście tysięcy czarnuchów, powiadam! Może więcej. Może i osiemnaście, a za rok pewnie ze dwadzieścia. Myślisz, że tak jest lepiej. A może nigdy nie było lepiej. Kto by tam wiedział. Tyle cioć już się pomyliło, że nie musimy się martwić. Zresztą, ważne żeby zrobić zakupy, a potem się zobaczy. Jakoś to będzie.
Przyszli do nich za dwa dni. Czekaj, czekaj, za trzy. Razem raźniej, po to się widzą. Inaczej oczy by nie wyewoluowały ze światła, rzecz oczywista. Piramida światła, bo skoro już rosnąć to raczej tak z czubkiem, a nie jakoś inaczej. To nawet trudno sobie wyobrazić, a przecież przyroda szuka oszczędności. Tak się mówi, więc to prawda. Wiadomo. Co by tu nie opowiadać, za jakiś czas się skończy. A co wtedy będzie? Strach pomyśleć. Może i nie warto. Zadbaliśmy o wszystko, więc teraz posiedzieć z założonymi rękami ciepło mruczeć. Znaleźć zołzę, to nie sztuka w takim cyrku. Za pięć dwunasta każda oddycha z ulgą.
Do takiego boksu trafiają tylko najlepsi. Wyselekcjonowane kurczaki na kebab walczą o życie i śmierć w najlepszym błocie. Obok jednak grzebał kogucik, jak widać, więc teraz mamy białka więcej. A to przecież nie od rzeczy jajecznica, skoro już się wylało, to się wylało. Nie ma co płakać. Lepiej więcej dosolić, byle nie za bardzo. Z drugiej strony, też mamy przerąbane, skoro już się tak mamy. Siedzimy. Stary siedział trzy razy. Oni zawsze siedzą. Tak się mówi, więc to prawda. Pytałby kto, a nikt nie odpowiada. Zajmijmy sobie jeszcze więcej momentów, byleby do śmierci. Ja, jak to były - sądzą o nim, że mógłby mieć więcej pokory. Wszystko coś znaczy przeciwnego. Przeciwtempo. Tak się mówi, choć prawie nikt nie robi, albo przynajmniej nie wie o tym. Strach nie wiedzieć, jak to mówią.
Tośmy sobie popowiadali, popa zwiodą słowa kobyły. Mają ich tam tysiące, cały legion. Więcej niż dwadzieścia tysięcy czarnuchów. Nikt nie umiera, bo tam śmieci na sprzedaż. Płynie z rzeką do morza niczym Wisła, tylko w drugą stronę. Tak też może być, choćbyśmy i dwa dni grali. Popłyniemy, a widoki będą piękne, letnie jak chleb i dęby wzrastające po burzy z samotnego hełmu. Z jedną małą dziurką na klamce. Kwitnie, kwitnie, bezkwit nocy mu się ostał. Nie za dużo? Nie za dużo. Teraz wy! Opowie pan o rycerzach, potem będą fikołki i pani z drugą głową. A nie za dużo oberwał? To straszne. Życie jest takie straszne. Tylko nie tutaj. Nie ma co się troszczyć, za to się płaci. Bezpieczeństwo albo wolność, tak powiadają. W końcu w telewizji jest wszystko za darmo. Były tam spodnie rozdarte i krwi niewiele, choć mięso wyszło białe. Obeszło się bez płaczu. Takie pogodzenie przy niedowierzaniu. Zresztą, dzień piękny, słońce, wiatr i spirytus na ranę. Wstyd ukryty, rana ukryta, strach przyszedł potem. Dzieci to są sprytne jednak. Mimo, że takie automaty proste, ale jeszcze się tam swobodnie rozchodzi. Nie wiadomo na co padnie. Potem już łatwiej przewidzieć taki przypadek.
środa, 19 lutego 2020
Juliusz i Lukrecja
Po śmierci matki Juliusza, jego ojciec ożenił się ponownie. Tym razem wybranką była istota dużo młodsza, powabna i wesoła, a przy tym wolna od nadmiaru refleksyjności. Juliusz szybko ją polubił, a w miarę jak lata mijały i przejawiał coraz więcej atrybutów samca, wzrastało w nim jednocześnie zrozumienie dla ojcowskiego wyboru. Trzeba przyznać, że im bliżej był pełnoletności, tym większym i nie do końca synowskim zainteresowaniem darzył Lukrecję.
Podglądając ją podczas przebierania wyobrażał sobie, że jest myśliwym, ona zaś zagubioną w lesie żoną młynarza, która, powodowana wstydliwym impulsem, ucieka w głuszę, by zmieniać się tam w łanię o niewinnych oczach i jako postać zwierzęca, oddawać bezwstydnie zwierzęcym rozkoszom. Marząc i oglądając macochę, Juliusz wykonywał czynności, o których dobrze wiedział, że nikt nie nazwałby ich godnymi dżentelmena. W myślach obłapiał jej bujne kształty, niecierpliwymi dłońmi ważył je i badał, zmierzając ku miejscom tajemnym, największym sekretom, które tylko czasem, na mgnienie oka mu się ukazywały. A wtedy czuł jak zalewa go płynny miód o barwie złota i miód ten podpala się płomieniem wolnym, lecz stałym i niegasnącym. O, jakże wtedy blisko był tajemnicy życia! Wszystkie baśnie i wszystkie w nich królowe, dobre i złe, zbierały się wokół niego, napełniając mu serce mieszaniną fascynacji i lęku. Obserwował ją, swoją królową-czarodziejkę, a ona wprowadzała go, choć nieświadomie, w świat baśni niemożliwej do pojęcia, lecz pięknej jak nic, co w świecie rzeczywistym mogłoby zaistnieć.
Nie wiedział wtedy Juliusz, że ta właśnie baśń stanie się dla niego złym czarem i pułapką, z której, nawet jeśli kiedykolwiek ktoś go wyzwoli, to od jej powracającego wspomnienia nie ucieknie już nigdy. Wracał więc, by czynić swój święty rytuał obcowania z królową, czarodziejką, boginią, bo tak ją w myślach tytułował. Ona zaś przychodziła do niego w snach, gdzie razem zgłębiali tajemnicę istnienia od jej najskrytszych zakamarków. I gdy początkowo to on oddawał się jej, dominującej lecz opiekuńczej, łaknącej jego podległości i chłopięcego zaskoczenia, to z wolna ich role zmieniały się.
Z czasem sam począł odnajdować Lukrecję nagą i lśniącą od potu. Spotykał ją jako łowca, gdy uciekając przed nim gubiła w lesie drogę, lub trafiała wprost do jaskini bez wyjścia, gdzie płonął ogień specjalnie dla niej przygotowany. Dopadał tam zlęknioną, z ciałem wychłostanym gałązkami i listowiem, pachnącą wiatrem i sokami ciała. I nie było już w nim dawnej nieśmiałości. Teraz posiadał swoją królową w całości, jako dziedzictwo. Jako przedmiot i zabawkę od zmierzchu do świtu. Od zachodu słońca doświadczał jej ciało rozkoszami, z których wiele mogłoby uchodzić raczej za tortury. Jednak, kiedy nad ranem mdlała umęczona jego uwielbieniem, Juliusz ukrywał Lukrecję w świętej grocie pod wodospadem, by następnego wieczora powtórzyć swój obrzęd od nowa.
Podglądając ją podczas przebierania wyobrażał sobie, że jest myśliwym, ona zaś zagubioną w lesie żoną młynarza, która, powodowana wstydliwym impulsem, ucieka w głuszę, by zmieniać się tam w łanię o niewinnych oczach i jako postać zwierzęca, oddawać bezwstydnie zwierzęcym rozkoszom. Marząc i oglądając macochę, Juliusz wykonywał czynności, o których dobrze wiedział, że nikt nie nazwałby ich godnymi dżentelmena. W myślach obłapiał jej bujne kształty, niecierpliwymi dłońmi ważył je i badał, zmierzając ku miejscom tajemnym, największym sekretom, które tylko czasem, na mgnienie oka mu się ukazywały. A wtedy czuł jak zalewa go płynny miód o barwie złota i miód ten podpala się płomieniem wolnym, lecz stałym i niegasnącym. O, jakże wtedy blisko był tajemnicy życia! Wszystkie baśnie i wszystkie w nich królowe, dobre i złe, zbierały się wokół niego, napełniając mu serce mieszaniną fascynacji i lęku. Obserwował ją, swoją królową-czarodziejkę, a ona wprowadzała go, choć nieświadomie, w świat baśni niemożliwej do pojęcia, lecz pięknej jak nic, co w świecie rzeczywistym mogłoby zaistnieć.
Nie wiedział wtedy Juliusz, że ta właśnie baśń stanie się dla niego złym czarem i pułapką, z której, nawet jeśli kiedykolwiek ktoś go wyzwoli, to od jej powracającego wspomnienia nie ucieknie już nigdy. Wracał więc, by czynić swój święty rytuał obcowania z królową, czarodziejką, boginią, bo tak ją w myślach tytułował. Ona zaś przychodziła do niego w snach, gdzie razem zgłębiali tajemnicę istnienia od jej najskrytszych zakamarków. I gdy początkowo to on oddawał się jej, dominującej lecz opiekuńczej, łaknącej jego podległości i chłopięcego zaskoczenia, to z wolna ich role zmieniały się.
Z czasem sam począł odnajdować Lukrecję nagą i lśniącą od potu. Spotykał ją jako łowca, gdy uciekając przed nim gubiła w lesie drogę, lub trafiała wprost do jaskini bez wyjścia, gdzie płonął ogień specjalnie dla niej przygotowany. Dopadał tam zlęknioną, z ciałem wychłostanym gałązkami i listowiem, pachnącą wiatrem i sokami ciała. I nie było już w nim dawnej nieśmiałości. Teraz posiadał swoją królową w całości, jako dziedzictwo. Jako przedmiot i zabawkę od zmierzchu do świtu. Od zachodu słońca doświadczał jej ciało rozkoszami, z których wiele mogłoby uchodzić raczej za tortury. Jednak, kiedy nad ranem mdlała umęczona jego uwielbieniem, Juliusz ukrywał Lukrecję w świętej grocie pod wodospadem, by następnego wieczora powtórzyć swój obrzęd od nowa.
piątek, 14 lutego 2020
Ligotti, True Detective i pesymizm raz jeszcze
![]() |
| Kadr z filmu True Detective (2014)* |
Czytając wciąż Spisek przeciwko ludzkiej rasie Ligottiego, tę ultra pesymistyczną filozofię, mam przeczucie, że z wolna, ale jakby organicznie, szukam w sobie kontry dla niej (być może odbywa się to we mnie w dużej mierze nieświadomie). Szukam argumentu przeciwnego. Najpierw jednak próbuję ją całkiem przeniknąć i uświadomić sobie własne źródło pesymizmu, które jest ze mną od dziecka. Pomyślałem, że być może także Nietzsche mógł swoją filozofię, swoje obrzydzenie do “człowieka” jako motłochu, do jego życia jako pustej wegetacji, budować na tego rodzaju reakcji własnej na filozofię pesymistyczną Schopenhauera, która go przecież zachwyciła, i w której początkowo odnajdował swoją wrażliwość, a którą przez całe dalsze życie starał się przezwyciężyć, wiedząc jednocześnie, że jest dla niego bazą, podstawą ujęcia świata i ludzkiego istnienia. Że jest czymś, co się wrażliwemu umysłowi narzuca samo, co jednak budzi nieufność nie tyle przez swój radykalizm, wymagający przecież odwagi otwartego, szczerego podejścia, ale przez pewnego rodzaju pierwiastek poddania się wobec przemożnej siły, która skłania do postawy całkowitego wycofania.
*Ps. W całym tym filmie (tak, wolę nazywać True Detective filmem, a nie serialem, bo jest to zamknięta całość, dzieło sztuki, a nie tasiemcowa papka do kotleta, gdzie każdy odcinek opowiada o tym samym) przewija się filozofia Ligottiego. Niekiedy są to całe zdania wyjęte z jego książki. Film pięknie obrazuje taniec bohatera z nicością, z absurdem obiektywnie "bezużytecznego życia". Metaforycznie wskazuje co jest warunkiem aktu stwórczego. Wskazuje, że dopiero spojrzenie w źrenicę pustki prowadzi do wielkiego wybuchu i jest przyczyną narodzin czegoś innego.
wtorek, 4 lutego 2020
Kilka zdań ze "Spisku przeciwko ludzkiej rasie" Thomasa Ligottiego
![]() |
| Kadr z filmu Czas Apokalipsy Francisa Forda Copolli |
"Jeżeli Kurtz to człowiek, który po prostu zrozumiał swój potencjał niegodziwości - a zatem potencjał każdego z nas - wówczas trzeba go uznać za zaledwie kolejnego kandydata do więzienia bądź kary śmierci. Lecz jeżeli to człowiek, który zgłębił tajemnice czegoś niegodziwego w swej istocie, wówczas przekroczył granicę, zza której nie ma powrotu, zaś jego ostatnie słowa - "Zgroza! Zgroza!" - obarczone są niesłychanymi implikacjami. Nie to żeby wieloraki wydźwięk opowiadania, na który wskazywali krytycy (cywilizacja jako fasada, kolonializm europejski jako podły interes) również nie odzwierciedlał zgrozy. Niemniej nie jest to ta zgroza, którą skrywa każde najmniejsze wydarzenie opowieści. W Jądrze ciemności Conrad nie nadał "zgrozie" rysu lokalnego (jak na przykład zrobili to twórcy Potwora z Czarnej Laguny), ale umiejętnie zasugerował zło utożsamiające uśpioną podłość ludzkiej istoty z podłością przejawiającą się w samej istocie bytu.
(...)
Odchylenia od przyrodzonego kłębiły się wokół przez wszystkie dni naszego istnienia. Zachowywaliśmy względem nich dystans, nie przyznawaliśmy się do nich, tymczasem te anomalie były kluczowe dla naszego bytowania. Lecz poza nami nie ma nic nadprzyrodzonego we wszechświecie. Stanowimy aberracje - urodziliśmy się jako nieumarli: ani jedno, ani drugie, albo obie rzeczy naraz... twory niesamowite, niemające nic wspólnego z resztą stworzenia, monstra zatruwające świat ziarnem szaleństwa wszędzie tam, gdzie się zjawiamy, zanieczyszczające i światło dnia, i ciemność nocy niematerialnym plugastwem. Ściągnęliśmy nadprzyrodzone zza niezmierzonej dali i wprowadziliśmy do tego, co naoczne. Unosi się nad nami niczym delikatna mgiełka. Bratamy się z duchami. Ich nagrobki oznakowano w naszych umysłach, nikt ich nie ekshumuje z cmentarzy pamięci. Uderzenia naszych serc i kroki są policzone. Nawet jeśli walczymy o przetrwanie i rozmnażamy się, wiemy, że umieramy w ciemnym zakątku nieskończoności. Dokądkolwiek odchodzimy, nie wiemy, co oczekuje naszego przybycia; wiemy jedynie, że to tam jest.
(...)
Czas pędzi w mroźnym pośpiechu. Czy to machające na pożegnanie drobną rączką dziecko ze starej fotografii to naprawdę niegdysiejsza wersja ciebie? Twarzyczka ani trochę nie przypomina twojego obecnego oblicza. Twarzyczka zlewa się z ciemnością, która jest za tobą, która jest przed tobą, która jest wokół ciebie. Dziecko macha, uśmiecha się i blaknie, twój samochód tymczasem sunie dalej ku urywającej się nagle przyszłości. Pa pa.
(...)
Lekarze nie łkają na salach porodowych, przynajmniej nie tak często. Nie spuszczają głów i nie mówią: "Czas start". Zapłacze co najwyżej noworodek, o ile poród przebiegł prawidłowo. Lecz czas osuszy mu oczy; czas się wszystkim zajmie. Czas zajmie się nami wszystkimi, aż w końcu nie zostanie nikt, kim mógłby się zająć. Dopiero wtedy wszystko będzie jak dawniej, kiedy jeszcze nie zapuściliśmy korzeni tam, gdzie nie nasze miejsce.
(...)
Bycie żywym: dziesiątki lat budzenia się na czas, mozolenia przez kolejne nastroje, wrażenia, myśli, żądze - przez całą gamę pobudek - a potem padania do łóżka i pocenia się w smole kamiennego snu lub gotowania w fantasmagoriach nękajacych nasze śniące umysły. Z jakiego powodu tak wielu z nas targuje się o dożywocie, kiedy ma do wyboru koniec sznura albo wylot lufy? Czy nie zasługujemy na śmierć? Takie pytania nie spędzają nam snu z powiek. Zadawanie ich nie leży w naszym interesie, podobnie udzielanie na nie odpowiedzi z ręką na sercu. Bo czy będąc w nastrojach do zadawania takich pytań nie bylibyśmy skłonni zdusić spisek przeciwko ludzkiej rasie? Wydawałoby się, że to właściwa droga: śmierć tragedii w objęciach nieistnienia. Nienarodzeni przebywajacy w swych przeludnionych światach nie musieliby więcej cierpieć, gdybyśmy odczynili to, co czyniliśmy, żeby trwać przez te wszystkie lata. Mimo to nie ma na świecie takiej wiedzy, która skłoniłaby nas do podjęcia takiego kroku. Cóż byłoby bardziej nie do pomyślenia? Jesteśmy tylko ludźmi. Spytaj kogokolwiek."
Thomas Ligotti, Spisek przeciwko ludzkiej rasie (tłum. Mateusz Kopacz)
środa, 11 grudnia 2019
Mgła
![]() |
| Theodor Kittelsen, Til Den Groene Ridder |
Mgła to dobry bóg. Nie dobry w sensie jakiejś dobrotliwości, czy sprzyjania człowiekowi. Owszem, bywa że sprzyja uciekinierom, zbójom albo choćby partyzantom. Ale chodzi o coś innego. Mgła jest bogiem dobrym, bo ma swoją własną jakość. Ta jakość ją określa. Sprawia, że można mgłę ukazać na obrazie, albo obraz mgły przywołać. Jak pisze o Rusi i jej bogach anonimowy angielski autor z połowy XVI wieku: „na pytanie: >>Ilu jest bogów?<< wielu, w tym większość biedoty, odpowiedziałoby: >>Bardzo dużo<<, gdyż oni uważają za boga każdy znajdujący się u nich obraz”*. Mam więc i ja za swojego boga obraz mgły.
*Borys A. Uspieński, Kult świętego Mikołaja na Rusi, Lublin 1985
czwartek, 5 grudnia 2019
Wigilia Mikołaja
Jako że dzisiaj mamy wigilię "zimowego Mikołaja" (co ciekawe, jedną z dwóch możliwych wigilii tego święta, bo obchodzono ją także dzień po, czyli 7 grudnia!), jest to dobry moment żeby przywołać ten aspekt Mikołaja, czyli słowiańskiego boga Wołosa/Welesa, który jest duchem leśnym (niedźwiedziem) i uwielbia leśno-wodne potrawy obrzędowe, jedzone w wigilię jego święta, analogicznie do takich samych potraw wigilii bożonarodzeniowej.
"Składanie ofiary duchowi leśnemu, przez pastucha lub myśliwego odpowiada składaniu ofiary Wołosowi - zgodnie z przysłowiem: "W polu i w lesie sam Mikołaj Bogiem".
(...)
Tak samo duch leśny może być w ludowej wyobraźni raz istotą złą, raz dobrą: może być traktowany jako demon lub jako duch dobroczynny, może być nazywany w oczy, czy poza oczy "świętym duchem leśnym" lub "świętym lasem". Odpowiada to rozdwojeniu obrazu Wołosa w świadomości chrześcijańskiej, gdzie jest on utożsamiany zarówno ze świętymi, takimi jak np. Błażej lub Mikołaj, jak i z diabłem.
(...)
W obrzędach związanych genetycznie z kultem niedźwiedzia odzwierciedla się również powiązanie Wołosa z bogactwem, obfitością, płodnością itp., co odpowiada, ogólnie rzecz biorąc, odbiorowi Mikołaja. W ten sposób można interpretować odwrócony na lewą stronę korzuch, tak często występujący w różnego rodzaju rytuałach pochodzenia pogańskiego."
Borys A. Uspieński, Kult świętego Mikołaja na Rusi
"Składanie ofiary duchowi leśnemu, przez pastucha lub myśliwego odpowiada składaniu ofiary Wołosowi - zgodnie z przysłowiem: "W polu i w lesie sam Mikołaj Bogiem".
(...)
Tak samo duch leśny może być w ludowej wyobraźni raz istotą złą, raz dobrą: może być traktowany jako demon lub jako duch dobroczynny, może być nazywany w oczy, czy poza oczy "świętym duchem leśnym" lub "świętym lasem". Odpowiada to rozdwojeniu obrazu Wołosa w świadomości chrześcijańskiej, gdzie jest on utożsamiany zarówno ze świętymi, takimi jak np. Błażej lub Mikołaj, jak i z diabłem.
(...)
W obrzędach związanych genetycznie z kultem niedźwiedzia odzwierciedla się również powiązanie Wołosa z bogactwem, obfitością, płodnością itp., co odpowiada, ogólnie rzecz biorąc, odbiorowi Mikołaja. W ten sposób można interpretować odwrócony na lewą stronę korzuch, tak często występujący w różnego rodzaju rytuałach pochodzenia pogańskiego."
Borys A. Uspieński, Kult świętego Mikołaja na Rusi
Subskrybuj:
Posty (Atom)







