Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 lipca 2022

Wiek starczy w wedach

Strona z Atharwawedy, "księgi czarodziejskiej" hinduizmu. Źródło: domena publiczna.

 Ciekawe, że w dawnych kulturach starano się raczej przydawać znaczenia (czy może wartości) wiekowi starczemu, który tego znaczenia domaga się przecież już nawet z racji tego jak jest nieatrakcyjny... Współcześnie, inaczej - buduje się wartość młodości. Tak jakby ona potrzebowała jeszcze jakichś potwierdzeń, czy pochlebstw.

"Wedy wskazują człowiekowi, istocie z racji swej materialności związanej z materią a także istocie duchowej, cztery główne cele i zarazem cztery okresy życia. Każdy następny z tych celów jest uważany za lepszy od poprzedniego, cel zaś ostatni (podobnie jak ostatni, starczy okres życia) uważa się za lepszy i wyższy od wszystkich poprzedzających go celów razem wziętych. A oto owe cele - niejako do wyboru: k a m a - (miłość), a r t h a (dobra ziemskie), d h a r m a (cnota, obowiązek) oraz m o k s z a (wyzwolenie). M o k s z a stanowi cel najwyższy, najwznioślejszy, jak gdyby "cel celów", do którego dążyć trzeba stopniowo, nieustannie doskonaląc się duchowo. Odpowiada mu w życiu okres "leśny"."

Andrzej Tokarczyk, Hinduizm, Warszawa 1986.


wtorek, 19 października 2021

Płomień jako zaproszenie

 


„Nie należy w dzień palić świec na cmentarzu, aby nie niepokoić duchów świętych. Kto się nie dostosuje, ma być odsunięty od wspólnoty Kościoła”.*


Powyższy cytat jest jednym z postanowień synodu w Elwirze, który odbył się między rokiem 300 a 324 n. e. (być może około roku 306). Hiszpańska miejscowość o tej nazwie dziś już nie istnieje. 

Co ciekawego jest w tych słowach? Otóż mowa tu o paleniu za dnia świateł na cmentarzach. Wydaje się, że była to wówczas bardzo znacząca i rozpowszechniona praktyka, skoro zakazywano jej chrześcijanom pod groźbą ekskomuniki. 

Magiczno-religijną obrzędowość, związaną z symboliką światła, chrześcijaństwo przejęło od religii pogańskich i późnoantycznych kultów misteryjnych, nadając jej własną interpretację. Rozpalanie świateł na grobach było w Europie przedchrześcijańskiej praktykowane, by wskazywać drogę duchom, ogrzewać je i odstraszać złe moce. Nie dziwi, że robiono to (już choćby ze względów czysto praktycznych) po zmroku, aby rozproszyć ciemności wokół grobów, na których odbywała się obrzędowa uczta, podczas której dzielono się z duchami jadłem i napojem. Ten zwyczaj wcześni chrześcijanie również zapożyczyli od pogan i w niektórych rejonach Europy przetrwał on do dziś.

Uderza jednak nacisk kładziony przez biskupów z Elwiru na zakaz palenia świec, ale też zapewne lamp i wszelkich w ogóle świateł, które ze względu na swój symboliczny kontekst mogły być wykorzystywane do - jak się wydaje - bardziej szczególnych działań magiczno-religijnych. Owa troska „aby nie niepokoić duchów świętych” wskazuje wyraźnie na wiarę, że światła rozpalane dla duchów i ze względu na nie za dnia, pełniły funkcję czegoś na kształt zaproszenia. 

Przyzywano więc w ten sposób przodków, ale również inne duchy (np. duchy miejsc), by doświadczać ich obecności, dokonując z nimi pewnego rodzaju „duchowej integracji” na poziomie zbiorowości, a także na poziomie psychiki indywidualnej.

Warto o tym pamiętać nie tylko teraz, gdy zbliżają się jesienne święta ku czci zmarłych i kiedy obecność duchów jest już niemal namacalna, ale też przy innych okazjach - świątecznych, lub nie. Zawsze wtedy, gdy pojawia się potrzeba „zaktualizowania obecności” - czy to zmarłego, czy też innego jakiegoś ducha – płomień rozpalany za dnia będzie odgrywał swoją szczególną rolę.


Przypis:

*Dokumenty synodów od 50 do 381 roku, red. i tłum. A. Baron, H. Pietras, Synody i Kolekcje Praw, t. 1, seria Źródła Myśli Teologicznej, t. 37, Kraków 2006, s. 55/55.

środa, 3 czerwca 2020

Magia kontra "duchowość prawdziwa"

Saamski szaman na ilustracji z Beskrivelse over Finnmarkens Lapper, deres Tungemaal, Levemaade og forrige Afgudsdyrkelse, 1767 r. (Wikipedia)


„Sztuczki z ogniem, „cuda” typu sztuczek ze sznurem i mangowcem, pokaz magicznych mocy, ukazują inny, baśniowy świat bogów i magów, świat, w którym wszystko wydaje się możliwe, gdzie zmarli powracają do życia, a żywi umierają, by następnie zmartwychwstać, gdzie w jednej chwili można zniknąć i pojawić się na nowo, gdzie „prawa przyrody” zostają obalone, a pojawia się jakaś nadludzka „wolność”, stając się intensywnie obecna.
 Trudno jest dzisiaj nam, współczesnym, wyobrazić sobie oddziaływanie  takiego spektaklu na „prymitywną” wspólnotę. „Cuda” szamańskie nie tylko potwierdzają i umacniają struktury tradycyjnej religii, lecz także stymulują i ożywiają wyobraźnię, zacierając granice między snem a bezpośrednią rzeczywistością, otwierają okna na światy zamieszkane przez bogów, zmarłych i duchy.”

Fragment epilogu z „Szamanizmu i archaicznych technik ekstazy” Eliadego


 Magia, a także mistyka są więc formą twórczości, która czyni interpretowany świat zgodnym z wolą. Wszelki byt jest wszak interpretowaniem bytu, jak chciał Nietzsche. Dzięki takim praktykom i takiej wizji może stać się możliwe powiedzenie światu „tak”, bez wyrzekania się siebie. Dotyczyłoby to również religii, o ile jest to religia oparta na magii. Na przeciwnym biegunie stoi tutaj to, co dzisiaj zwykło się nazywać „prawdziwą duchowością”, a co prowadzić ma do oświecenia i zanegowania własnego istnienia jednostkowego, a więc także do pewnego rodzaju wyrzeczenia się życia jako "opowieści". W owej „prawdziwej duchowości” znika bowiem dualny podział: ja-świat, odkrywa się zaś paradoksalny stan „bycia w niebyciu”. Bywa również ta duchowość określana jako mistyka, jeśli łączy się z jakimś religijnym systemem symbolicznym.

 Taka perspektywa pozwala postawić większość praktyk i wizji religijno-magicznych po stronie afirmującej życie, jako coś nieokreślonego, co domaga się formowania poprzez wyobraźnię. I dopiero porzucające tę wyobraźnię "duchowe zabiegi" miałyby w istocie prowadzić do wyjścia poza świat, poza życie, poza znaczenia, wartości i sensy.
 Okazuje się więc, że opozycyjna wobec tychże "duchowych zabiegów" perspektywa magiczna jest w istocie twórczą grą woli życia, a wyobraźnia, będąca tej woli instrumentem, czerpie z jakiegoś pierwotnego źródła, które - jakkolwiek by nie było dziwne, czy szalone - zdolne jest wyłaniać z siebie żywe wartości.

czwartek, 5 grudnia 2019

Wigilia Mikołaja

Jako że dzisiaj mamy wigilię "zimowego Mikołaja" (co ciekawe, jedną z dwóch możliwych wigilii tego święta, bo obchodzono ją także dzień po, czyli 7 grudnia!), jest to dobry moment żeby przywołać ten aspekt Mikołaja, czyli słowiańskiego boga Wołosa/Welesa, który jest duchem leśnym (niedźwiedziem) i uwielbia leśno-wodne potrawy obrzędowe, jedzone w wigilię jego święta, analogicznie do takich samych potraw wigilii bożonarodzeniowej.

"Składanie ofiary duchowi leśnemu, przez pastucha lub myśliwego odpowiada składaniu ofiary Wołosowi - zgodnie z przysłowiem: "W polu i w lesie sam Mikołaj Bogiem".
 (...)
 Tak samo duch leśny może być w ludowej wyobraźni raz istotą złą, raz dobrą: może być traktowany jako demon lub jako duch dobroczynny, może być nazywany w oczy, czy poza oczy "świętym duchem leśnym" lub "świętym lasem". Odpowiada to rozdwojeniu obrazu Wołosa w świadomości chrześcijańskiej, gdzie jest on utożsamiany zarówno ze świętymi, takimi jak np. Błażej lub Mikołaj, jak i z diabłem.
 (...)
 W obrzędach związanych genetycznie z kultem niedźwiedzia odzwierciedla się również powiązanie Wołosa z bogactwem, obfitością, płodnością itp., co odpowiada, ogólnie rzecz biorąc, odbiorowi Mikołaja. W ten sposób można interpretować odwrócony na lewą stronę korzuch, tak często występujący w różnego rodzaju rytuałach pochodzenia pogańskiego."


Borys A. Uspieński, Kult świętego Mikołaja na Rusi

piątek, 12 lipca 2019

Zabłąkany w świadomości

Iwan Bilibin, Wasilisa i chatka na kurzej łapce

W religiach interesują mnie głównie archetypy, czyli „autoportrety instynktów”, które stoją za postaciami i wątkami mitycznymi. Na drugim zupełnie i trzecim planie stoi filozofia, a tym bardziej ideologia religijna, które są zawsze produktami świadomego myślenia, późnymi i często zmieniającymi się - nawet w obrębie jednej religii. Dużo ciekawsze jest zawsze to, co ludzko-zwierzęce i schowane pod powierzchnią rozumu.

„Nieświadomość jest duchem chtonicznym i zawiera typowe obrazy Sapientia Dei. Jeśli więc intelekt cywilizowanego człowieka naszej epoki, z nagła spoglądając w oblicze Matki – Ziemi, drętwieje z przerażenia, to tylko dlatego, że zabłąkał się w świadomości.”

C. G. Jung, Praktyka psychoterapii

„I w gruncie ileż jeszcze nowych ideałów jest możliwych! – Oto mały ideał, który raz co każde pięć tygodni chwytam podczas dzikiej i samotnej przechadzki w lazurowym momencie lekkomyślnego szczęścia. Spędzić życie pośród rzeczy delikatnych i absurdnych; obco wobec realności; na poły artystą, na poły ptakiem i metafizykusem; nie mając ani „tak”, ani „nie” dla realności, chyba że na sposób dobrego tancerza, to tu, to ówdzie uznając ją tknięciem stopy; zawsze łaskotany jakimś słonecznym promieniem szczęścia; rozbawiony i zuchwały nawet poprzez smętek, smęt bowiem podtrzymuje szczęśliwego; przyczepia ponadto nawet rzeczom najświętszym mały ogonek błazeństwa, jest to, jak się samo przez się rozumie, ideał ciężkiego, na cetnary ciężkiego ducha, ducha ciężkości.”

F. Nietzsche, Wola mocy

środa, 8 maja 2019

Pałac kąpielowy krwi

Kocioł z Gundestrup, II-I w. p. n. e.

Celtyckie kapłanki, ozdabiające wieńcami głowy więźniów, których potem poprowadzą na skraj basenu wypełnionego pustymi amforami. Uroczyście poderżną im gardła. Będą wróżyć z biegu ich krwi. Otworzą wnętrzności, by z nich wróżyć.

Czy oni wiedzieli? Czy uważali, że istnienie nigdy się nie kończy? Że nic się nie kończy.
Jednostka kończy się. Potem następna i następna. Ale istnienie - to właśnie przemiany. Czy to możliwe, żeby powiedzieć TAK istnieniu? Trzeba zgodzić się na bycie po kolei wszystkim. W kolejności dowolnej. To bardzo dalekie od porannego wstawania do pracy. Kompletnie inne, niż to co ludzkie. Przecież zupełnie nie moje. Przecież jestem teraz. A miałbym być w każdych czasach - zawsze teraz. Miałbym być każdym. Oszałamiające.

Uczucia wyzwalane przez uroczystą ofiarę z człowieka.

wtorek, 30 stycznia 2018

Kość Dionizosa



Tekst, który pierwotnie zamieściłem na swoim blogu dotyczącym rekonstrukcji historycznej (Dregowia). Tutaj pasuje lepiej, niż tam.

Broń z kości, czy też z rogu ma tę szczególną właściwość, że poprzez wyobraźnię potrafi oddziałać na głębokie pokłady pamięci. Zbudowana przy wykorzystaniu fragmentów zwierzęcych ciał, powstała z trupa, by w trupa zamienić inny żywy organizm - tak, aby mógł przeżyć łowca, zabójca. By jego głód został nasycony, a egzystencja przedłużona. Otwiera się w tym miejscu przestrzeń dla przedziwnego spostrzeżenia, które towarzyszyło zapewne człowiekowi pierwotnemu, a wraz z jego okrzepnięciem w cywilizacji trafiło do jakiejś ciemnej piwnicy umysłu. Chodzi o myśl, że wszystko co żyje pożera się nawzajem, a więc także ja jestem pożywieniem i także moje ciało może stać się w oczach innego mięsem i budulcem, z którego mógłby wykonać narzędzia, ubrania, czy biżuterię. A skoro tak jest - mówi broń z kości i rogu - to przemoc, jako przemiana mocy, leży u podstaw wszelkiego życia. Takiej przemocy symbolem jest broń zbudowana z twardych części ciał zwierząt. Wskazując na przemianę napędzaną wolą istnienia, stanowi łącznik pomiędzy życiem ofiary i jej śmiercią, a życiem i pożytkiem łowcy. I w tym sensie mogłaby być także symbolem pierwotnej religii człowieka. Odczuwa się to wyraźnie w słynnej scenie z Odysei Kosmicznej Stanleya Kubricka, gdzie kość uniesiona przez hominida odzwierciedla stosunek do istnienia właściwy nie tylko człowiekowi, ale życiu w ogóle.

Wiedza, że my, ludzie moglibyśmy być pożywieniem, że życie to cykl przemian, dokonujących się ponad każdym jednostkowym bytem, poprzez przemaganie "innego", gdzie treścią doznawaną jest upojenie mocą – taka wiedza wydaje się cywilizowanemu człowiekowi niebezpieczna. Jest czymś, co lepiej wypierać ze świadomości, bo mogłoby prowadzić do rozdarcia. Jednak intuicje tego rodzaju pojawiały się na przestrzeni wieków często. Zwłaszcza wtedy, gdy zaistniała potrzeba wyjścia poza codzienne doświadczenie i związany z nim poznawczy automatyzm. Występowały choćby u podłoża misteriów dionizyjskich, a w szerszym sensie wszędzie tam, gdzie mowa jest o rozszarpywaniu i zjadaniu ciała bóstwa, albo o jego dobrowolnym oddawaniu się na pożarcie. Symbolika ciała i krwi, występująca w chrześcijaństwie, również nawiązuje do tej archaicznej koncepcji, odkrytej na nowo w samym centrum kultury miejskiej antycznego Bliskiego Wschodu (w tamtym czasie przesiąkniętego duchem hellenizmu), przywykłego do objęć cywilizacji, ale jednocześnie przez te objęcia skrępowanego i w misteriach poszukującego wyzwolenia od lęku przed nieuchronnym końcem jednostkowej egzystencji. Znamienne jest, że w kulturze oderwanej od pierwotnego doświadczenia i obawiającej się go, rodzi się fascynacja jego numinotyczną mocą. Sacrum dla tego rodzaju kultury dostępne, znajduje się więc w samym sercu profanum - w tym co ciemne, mięsne i namacalnie prawdziwe, jak ból, rozkosz cielesna albo orgiastyczne upojenie.

Rozdzierany na strzępy bóg, którego ciało zjadają wyznawcy, stanowi ikonę grozy, gdzie to my, ludzie jesteśmy przez świat "pożerani", lecz jednocześnie odsłania treść głębszą, wskazującą na istotową tożsamość człowieka i bóstwa, której bezpośrednio doświadczalnym przejawem jest sam fenomen istnienia.

piątek, 28 kwietnia 2017

Mistyczne iluzje, a bydlęca prawda

Ilustracja ze strony: https://www.facebook.com/dwarfdigital/?pnref=story


Neolityczna świątynia - film

Mysterium tremendum, mysterium fascinans Rudolfa Otto i wszystkie inne doświadczenia mistyczne, oparte na uczuciu ożywiającym wyobraźnię, są oczywiście iluzoryczne, ale czy cały świat rozpościerający się w naszych umysłach - jego obraz – każde piękno i brzydota - czy nie są iluzją również?

Pomyślałem o tym oglądając powyższą wizualizację neolitycznej świątyni pod gołym niebem, gdzie zaraz za granicami miejsca kultowego rozlokowane były zagrody dla bydła. Ludzie, uczestnicy, w uniesieniu przeżywający świętość miejsca i głębię misteriów przemiany pór roku… Wyobraziłem sobie jak po skończonym obrzędzie, z roztańczonymi jeszcze duszami, wychodzą wprost na zagrody. A tam, odporne na piękno, obojętne i ufne, nieświadome ani czasu, ani ludzkiego świata z jego fascinans i tremendum, „czyste”, bo wolne od subtelnych drgnień iluzji, krowy, spokojnie przeżuwające trawę…

Bydło czyste, bo nieprzeczuwające nawet głębi nieistniejącego, które majaczy pod kapturem tajemnicy.
Bydło niewiedzące, że nie ma tam nic poza pustym miejscem, wokół którego snują się wielobarwne wstęgi tęsknot, stwarzających ludzki świat.

piątek, 14 kwietnia 2017

Nieubłagany program zmartwychwstania

Hieronim Bosch, Ogród rozkoszy ziemskich

Podczas gdy rozpada się stary świat, wciąż daje się słyszeć świąteczne klaskanie w dłonie. Tak reorganizuje się zmęczony, zmierzchający porządek.
Porządek, którego pełnia przypadła na epokę średniowiecza. Wtedy to właśnie, system społeczno-kulturowy Europy barbarzyńskiej osiągnął swoją największą autonomię, a jego podstawa ideologiczna – religia chrześcijańska – spełniała wzorcowo swoją funkcję organizującą, stanowiąc bryłę, której nie były w stanie skruszyć nawet wybuchające tu i ówdzie herezje.
Dzisiaj zaś, faktycznie daje się wyczuć zmierzch ery. System rozpada się i wymaga odnowienia - odrodzenia na nowym poziomie. To, co dawne, nie może już zostać utrzymane, ani poprzez konserwację, ani poprzez gwałtowne rewolucyjne wyładowania, tak jak nie sposób przedłużyć życie starego człowieka, animując go prądem.

Obserwując społeczność przygotowującą się do „świąt zmartwychwstania”, których funkcja polega na cyklicznym odnawianiu systemu informacyjnego, organizującego tę społeczność, odczuwam te zabiegi jako nieświadome, automatyczne próby przedłużania agonii.
Stary świat rozpada się i jakkolwiek religia stara się z całych sił tego nie dostrzegać, to oczyma popkultury człowiek próbuje jednak zrozumieć ten straszny proces. Opowiada więc sobie na nowo stare mity odnowienia.

Dwa najważniejsze prezentują skrajnie odmienny scenariusz zakończenia.

Władca Pierścieni rysuje wizję sprzeczną z naturą i prawidłami, według których toczy się koło historii. Jest więc to wizja utopijna. Oto, po odparciu sił ciemności, system kulturowy „Ludów Zachodu” zostaje uratowany. Kończy się jednak pewna era, a wraz z nią ze Śródziemia znika magia i wszelkie jej przejawy. Nastaje era ludzi, a jej istotną cechą jest wyraźne odczucie pustki, „spłaszczenia” świata, który staje się pewnego rodzaju wydmuszką. Formą odartą z treści, gdzie „system” tak naprawdę nie zostaje odnowiony, lecz z wolna zanika. Na jego miejscu pozostają ruiny – ludzka kultura, w której zgasła już jakaś iskra, stanowiąca o jej istocie. Jest więc to wizja tylko pozornie szczęśliwa i optymistyczna, w istocie zaś zaświatowa i chciałoby się powiedzieć „egipska”, ponieważ stanowi zwieńczenie zachowawczych dążeń, wynikających z lęku i żalu, które doprowadzają do pewnego rodzaju mumifikacji. Tolkienowski świt nowej ery nie przynosi więc świata doskonalszego, lecz gorszy - ubogi cień poprzedniego.

Zupełnie inaczej przedstawia się śmierć systemu w Matrixie, gdzie do odnowienia potrzebny jest klasycznie umierający i zmartwychwstający wybraniec-mesjasz.
System zostaje tam zreorganizowany całkowicie, dokładnie tak, jak opisuje to wzorzec symboliczny świąt religijnych kalendarza rolniczego. Świat - Matrix - faktycznie umiera i odradza się wedle zawartego w sobie, koniecznego scenariusza, którego elementem, programem, jest nieświadomy swojej funkcji mesjasz-wybraniec. Mesjasz i jego antagonista dokonują zniszczenia i umożliwiają ponowne narodziny systemu, który gdyby pozwolić mu trwać, psułby się, coraz częściej wydając z siebie rzesze rebeliantów i wadliwie działających programów. Musi więc umrzeć, by dzięki niesionej w sobie informacji, dla której żyją i umierają miliardy jego komórek, odrodzić się w młodej i lepszej formie.
Bezpośrednią przyczyną pojawienia się (ukształtowania) mesjasza i jego antagonisty jest zawsze to samo – przypadek – konieczna właściwość autonomicznego, samoorganizującego się systemu.

System społeczno-kulturowy ewoluuje więc, dzięki informacji o jego „odświeżaniu”, przekazywanej w formie symbolicznej, czego wyrazem są między innymi cykliczne święta zmartwychwstania przyrody. Jest to więc rodzaj żywej pamięci, której nośnikami są jednostki ludzkie, nieświadome rzeczywistej i brutalnie funkcjonalnej istoty treści, które niosą poprzez czas, poprzez mechaniczne powtarzanie wyuczonych zachowań.

Świętujmy więc, bo śmierć świata, który znamy i jego zmartwychwstanie, zapisane są w programie, który przekazujemy - chcąc tego czy nie - w wiecznym dramacie, który dla nas stanowi pełną treści fabułę, ale widziany z boku jest tylko grą nieczułych i bezrozumnych potęg Konieczności.

sobota, 5 listopada 2016

Ogień i krzyż


Wyobraźmy sobie paleolityczną jaskinię. Wokół ogniska chroni się niewielka społeczność myśliwych i zbieraczy. Na zewnątrz groźna noc - kły i pazury drapieżników czyhają w ciemności. A tutaj, bezpiecznie i ciepło wokół ognia, który rzuca magiczne refleksy na pokryte malowidłami ściany.

Oczy ludzi zwrócone są w stronę płomieni. Obserwują jak ogień, liżąc kawałki drewna, pochłania je. Te ułożone w centrum spalają się szybciej. Co to oznacza? Czy tam znajduje się jego największa moc, serce ognia?

Ale ułożone obok siebie patyki nie płoną już tak dobrze jak te układane na krzyż.
Krzyż - ten kształt - ogień musi go znać i cenić...
Czy to jest jego ukryta forma? Jego dusza?

Tak, chyba tak! Dalsze próby potwierdzają, że patyki ułożone w ten sposób, są przez ogień przyjmowane szybko, a z tymi rzuconymi bezładnie obchodzi się on niedbale.

A więc, ta forma ma znaczenie - istotą ognia, jego duszą, są rozchodzące się promieniście z centrum ramiona.


Odkrycia pojawiają się jedno za drugim i ciała zgromadzonych przenikają dreszcze niesamowitej, zaskakującej wiedzy - właśnie poznali boga, który daje im ciepło, światło i ochronę.

Obraz jego ducha należy zapamiętać, zachować przy sobie i przywołać w każdej potrzebie.
Krzyż i krzyż w kole... Wreszcie okrąg, wypełniony promieniami, krzyżującymi się w centrum.

Wokół ziemskiego ognia zbierają się ludzie, a drapieżne zwierzęta wystrzegają się go.
Najwyraźniej wiedzą, że jest obrońcą ludzi.
A może także ojcem?

Na takie wnioski przyjdzie jeszcze czas.

Na razie ogień łączony jest ze słońcem - są jak syn i ojciec.
Niebiański ojciec ziemskiego ognia - słońce - staje się przewodnikiem. Za dnia jest przewodnikiem ludzi, a w nocy prowadzi duchy, kiedy co wieczór kryje się za horyzontem, by oświetlać krainę podziemną, miejsce przebywania umarłych.



Wydaje się, że w ten właśnie sposób powstał symbol krzyża. W akcie nieświadomej kreacji wypłynął z głębin ludzkiego, w pełnym tego słowa znaczeniu - zwierzęcego - umysłu.

W nadchodzących tysiącleciach pojawiał się będzie we wszystkich kulturach, przybierał najróżniejsze formy i wchłaniał rozmaite znaczenia. Niektóre z tych znaczeń, z czasem przesłonią jego pierwotną treść.

Nawet dzisiaj jednak, jest ta treść możliwa do odnalezienia i odczytania, kiedy stworzy się jej odpowiednie warunki. Pojawia się wraz z jakimś przenikającym dreszczem zdziwienia i obrazami, które niegdyś towarzyszyły wyłanianiu się tego symbolu z ciemnej, nieświadomej sfery.


czwartek, 27 października 2016

Triumf obłędu



Świetnie komponuje się ten utwór Death in June z fragmentami Siódmej Pieczęci Ingmara Bergmana. Zastanawiam się, na ile potrzebne są człowiekowi takie okresowe przeżycia zbiorowego obłędu?

Kiedy świat zbyt mocno odczuwany jest jako miejsce cierpienia, pojawia się irracjonalna, psychotyczna myśl, że tylko jakaś danina z krwi i strachu może obłaskawić groźną siłę sakralną.

I to się zwykle lubi łączyć z teatralnością i groteską w okolicznościach religijnych. Ale nie tylko religijnych, bo w nowszych czasach, w podobną poetykę upiornego spektaklu wpisują się choćby obrzędy i szaleństwa III Rzeszy, czy Związku Sowieckiego.

Wcześniej mamy prehistoryczne i starożytne rytualne rzezie dzieci, niewolników, albo zwierząt.

Potem, średniowieczny obłęd z centralnym symbolem w postaci wizerunku torturowanego i konającego bóstwa. A wokół niego biczownicy, krzyżowcy, stosy, kalecy prorocy i szaleni święci władcy, kąpiący się w jednej wodzie z trędowatymi.

A wszystko to na tle zarazy, głodu i wojennych łun.

Pieter Bruegel, Triumf śmierci, 1562

Czy możliwe jest porzucenie tego powracającego kompensacyjnego obłędu? Tej, przecież ludzkiej, autodestrukcyjnej, nieuświadomionej reakcji na lęk i wszechobecny absurd istnienia?

Chyba tylko poprzez dekadenckie rozpłynięcie się w dobrobycie, na chwilę przed ostatnim upadkiem.