Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieczne życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieczne życie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 października 2016

Światełko w tunelu, czy czarna dziura?


Ciekawa sprawa z tym DMT… Czytałem, że wydziela się do mózgu w dużych ilościach w momencie śmierci, powodując silnie psychodeliczne doświadczenia. Mogą to być wizje i doznania euforyczne, związane z obrazami szczęśliwych krain, rajskich ogrodów itp. Ale mogą się zdarzyć zupełnie przeciwne, piekielne i straszliwe.

O tym jak jest w momencie śmierci, oczywiście nikt nie wie. Domyślać się tego można na podstawie stanów, w które zanurzają się ludzie zażywający ayahuascę, (zawierającą niewielkie tylko ilości DMT) gdzie, obok doznań rozkoszy lub cierpienia, występuje charakterystyczne złudzenie wyjścia poza kategorię czasu i przestrzeni.

I tutaj przestaje być zabawnie, kiedy wyobrazimy sobie, że w momencie śmierci coś takiego przydarza się każdemu człowiekowi.

Wyobraźmy sobie, że ktoś przy nas właśnie umarł. Jego zwłoki leżą obok nas i powoli stygną. Wszelkie doznania tego człowieka ustały, wraz ze śmiercią mózgu – tak myślimy. I jest to prawda, bo teraz, w chwili kiedy o tym myślimy, on już nic nie czuje, ani nie myśli.

Jednak ułamek sekundy przed jego śmiercią wydarzyło się coś, co zniszczyło w tym człowieku postrzeganie czasu i przestrzeni, a także wszelkich innych kategorii świata zewnętrznego, sprawiając, że został wyrwany do pewnego rodzaju „wieczności”, która nie jest jakimś nieskończenie długim odcinkiem czasu, ale czasu nieistnieniem.

Jednocześnie z wyrwaniem z czasu, istniejąca jeszcze świadomość umierającego, otrzymała szereg bodźców, które ukształtowały psychodeliczne wrażenia rajskie albo piekielne, rozciągnięte w bezczas.

Wobec takiej hipotezy, życie wydaje się czymś, czego rzeczywiście lepiej jest się trzymać jak najdłużej, bo na jego końcu czeka rosyjska ruletka. I nie pomogą ani dobre uczynki, ani nic innego, bo nie wiadomo co decyduje o polaryzacji doznań wywołanych przez DMT.

Byłoby więc tak jak chcieli kalwini, że fatum, ślepy los, lub Bóg decyduje o tym komu przeznaczone jest piekło, a komu niebo?

piątek, 21 października 2016

O wiecznym życiu... bez wieczności

Odsuwając na bok maski, które kultura nakłada na postać śmierci, Bernt Heinrich przygląda się jej przez pryzmat świata zwierząt. I ukazuje, że śmierć w tym świecie nie istnieje.

W ciągu wieków istnienia ludzkiej kultury, prawdę o zjadaniu się nawzajem istot żywych obłaskawiano na różne sposoby. Była ze świadomości wypierana, a refleksję na jej temat odrzucano, nakładając na nią religijne znaczenia, które zawsze w jakiś sposób starały się maskować tę nieznośnie brutalną podstawę życia.

To wypieranie przyniosło jednak pewien skutek negatywny - poczucie izolacji. 

Oddzielenie człowieka od reszty przyrody.


Tymczasem, postawienie się w pozycji zjadacza i zjadanego - ta akceptacja grozy i obrzydliwości życia - jest być może w stanie na powrót zintegrować człowieka ze światem. Ukazuje bowiem naszą rzeczywistą, całkiem cielesną, wręcz "mięsną" bliskość z naturą.

I chociaż Heinrich tego nie robi, pozostając dosyć neutralny w swoich osądach, to można wyciągnąć z lektury "Wiecznego życia" wnioski bardzo różne od siebie i daleko idące. Taki, chociażby: Światopoglądy propagujące np. wegetarianizm ze względu na współczucie wobec zwierząt, wywodzą się z pewnego rodzaju ucieczki od niewygodnej prawdy o człowieku, jako całkowicie naturalnym i być może koniecznym niszczycielu biosfery.

Niszczycielu, który poprzez swoją ekspansywność i przypadkowo wynoszące go układy ewolucyjne, stał się gatunkiem dominującym i przynieść może Ziemi katastrofę - zagładę, z szerszego punktu widzenia całkiem naturalną, gdyż każde życie musi mieć swój kres, tak żeby na jego szczątkach mogło wyrastać coś nowego.