piątek, 12 lipca 2019

Zabłąkany w świadomości

Iwan Bilibin, Wasilisa i chatka na kurzej łapce

W religiach interesują mnie głównie archetypy, czyli „autoportrety instynktów”, które stoją za postaciami i wątkami mitycznymi. Na drugim zupełnie i trzecim planie stoi filozofia, a tym bardziej ideologia religijna, które są zawsze produktami świadomego myślenia, późnymi i często zmieniającymi się - nawet w obrębie jednej religii. Dużo ciekawsze jest zawsze to, co ludzko-zwierzęce i schowane pod powierzchnią rozumu.

„Nieświadomość jest duchem chtonicznym i zawiera typowe obrazy Sapientia Dei. Jeśli więc intelekt cywilizowanego człowieka naszej epoki, z nagła spoglądając w oblicze Matki – Ziemi, drętwieje z przerażenia, to tylko dlatego, że zabłąkał się w świadomości.”

C. G. Jung, Praktyka psychoterapii

„I w gruncie ileż jeszcze nowych ideałów jest możliwych! – Oto mały ideał, który raz co każde pięć tygodni chwytam podczas dzikiej i samotnej przechadzki w lazurowym momencie lekkomyślnego szczęścia. Spędzić życie pośród rzeczy delikatnych i absurdnych; obco wobec realności; na poły artystą, na poły ptakiem i metafizykusem; nie mając ani „tak”, ani „nie” dla realności, chyba że na sposób dobrego tancerza, to tu, to ówdzie uznając ją tknięciem stopy; zawsze łaskotany jakimś słonecznym promieniem szczęścia; rozbawiony i zuchwały nawet poprzez smętek, smęt bowiem podtrzymuje szczęśliwego; przyczepia ponadto nawet rzeczom najświętszym mały ogonek błazeństwa, jest to, jak się samo przez się rozumie, ideał ciężkiego, na cetnary ciężkiego ducha, ducha ciężkości.”

F. Nietzsche, Wola mocy

piątek, 31 maja 2019

Przyczyna, czy cel?

Theodor Kittelsen, "Jeg er saa sulten at det piber i Tarmene mine, sagde Skrubben" (1900)

Czy celowość w naturze występuje? A może jest złudzeniem obserwatora? Wilk atakujący jagnię, zdaje się robić to w jakimś celu – żeby zabić je i pożywić się. Jednak może to być nasze złudzenie i wilk nie doświadcza świadomości celu, ani ten cel nie pojawia się w jego nieświadomym działaniu. Zachodzi tu jedynie skomplikowany proces wynikania. Wilk poddaje się oddziaływaniu instynktu, który tak, a nie inaczej ukształtowany na drodze ewolucyjnej promocji i eliminacji, nakazuje mu działać w określony sposób, niejako oddolnie.

Jeśli tak jest, to człowiek byłby tutaj ze swoją świadomością działania celowego i swoim wyobrażeniem o celu, wyjątkiem. Czy na pewno jednak? A jeśli jest tak, że nasze działania również są efektem impulsów-reakcji, na odpowiednio skomplikowanym poziomie będąc tym samym, co nieświadome działanie wilka? Różniłyby się z pewnością stopniem złożoności, ale i czymś jeszcze. Dochodziłoby w nich do wykształcania się mechanizmu weryfikującego skuteczność i zasadność podejmowanych z inspiracji nieświadomej działań. Na początku pojawiałoby się wyobrażenie celu, reprezentującego zwieńczenie pierwotnego procesu reakcji. Efekty podjętych działań byłyby następnie porównywane ze spodziewanym przebiegiem procesu, a ten z kolei z wyobrażeniem jego zwieńczenia, czyli oczekiwanego celu. Wyobrażenia związane z celem działań, stanowiłyby więc rodzaj mechanizmu wspierającego sam instynktowy proces reakcji na dane warunki. I w tym sensie byłyby jego rozwinięciem, jako system weryfikujący jego skuteczność.

Cała dalsza nadbudowa fantazji związanych z celem i sensem, okazywałaby się wtedy wynikiem efektu ubocznego pewnego rodzaju "zmysłu powiadamiania o procesach”.
Wobec tego, również wysoko rozwiniętą świadomość należałoby uznać za oddolnie napędzany system, równoległy do nieświadomych procesów instynktowych i sam w sobie będący jednym z takich procesów, którego funkcja polega na usprawnieniu i uelastycznieniu przebiegu wszystkich innych.

środa, 8 maja 2019

Pałac kąpielowy krwi

Kocioł z Gundestrup, II-I w. p. n. e.

Celtyckie kapłanki, ozdabiające wieńcami głowy więźniów, których potem poprowadzą na skraj basenu wypełnionego pustymi amforami. Uroczyście poderżną im gardła. Będą wróżyć z biegu ich krwi. Otworzą wnętrzności, by z nich wróżyć.

Czy oni wiedzieli? Czy uważali, że istnienie nigdy się nie kończy? Że nic się nie kończy.
Jednostka kończy się. Potem następna i następna. Ale istnienie - to właśnie przemiany. Czy to możliwe, żeby powiedzieć TAK istnieniu? Trzeba zgodzić się na bycie po kolei wszystkim. W kolejności dowolnej. To bardzo dalekie od porannego wstawania do pracy. Kompletnie inne, niż to co ludzkie. Przecież zupełnie nie moje. Przecież jestem teraz. A miałbym być w każdych czasach - zawsze teraz. Miałbym być każdym. Oszałamiające.

Uczucia wyzwalane przez uroczystą ofiarę z człowieka.

poniedziałek, 6 maja 2019

Góra chwytająca

Znalazłem się w nadmorskim miasteczku, leżącym pod górą, która wyglądała jak ogromne kolano, wycelowane w niebo i jednocześnie zwieszające się nad morzem. Poszukiwałem zaginionych na górze, kiedy zaskrzeczał mój elektroniczny detektor, błyskając kilkoma zielonymi światełkami, rozrzuconymi po mapie rozległego terenu. Jedno z tych pulsujących kółeczek odezwało się do mnie głosem Miśka, który przed laty pomógł mi zdobyć pracę. Sądziłem o nim, że jest zbyt rozsądny, żeby iść w góry w klapkach. Teraz, między trzaskami głośnika, ni to wołał o ratunek, ni to przestrzegał przed górą. Nie do końca słyszałem co mówił. Zdaje się, że miałem nie wierzyć w rzeczy, które tam będą wchodziły ze sobą w relacje. Ale kiedy już zaczną, to nie będę potrafił, bo nikt nie potrafił… I teraz wszyscy tam utkwili. Pozostali zaginieni milczeli, pulsując tylko zielonymi kółkami na detektorze.

Słońce już się z wolna chowało za górą, kiedy zacząłem wspinaczkę. Byłem pewien, że odnajdę wszystkich bez problemu i wyzbieram, jak muszelki rozrzucone po plaży. Jacyś przydrożni miejscowi kręcili głowami z niepokojem i próbowali mi odradzać. Nikt tam nie chodzi. Nikt nie wraca. I tak dalej. Szedłem pod górę łagodnym zacienionym zboczem. I wtedy podniosła się fioletowa mgła. Coś mi pokazało wyraźnie, że góra zupełnie jest pozbawiona skał, ale pokrywa ją brązowa, szczeciniasta i ciepła skóra, pod którą wyczuwa się mrowie buszującego robactwa. Jest tam życie - mówi się - dużo życia. Na powierzchni tej skóry - tam wyżej - leży wiele martwych już owadów, których pancerze pokryte są symbolami religijnymi. Głównie chrześcijańskimi, choć nie brak też innych.

Dalej zobaczyłem plamę ciemności, rozdzielającą niskie drzewa. Spodziewałem się tam stromej ścieżki w górę. Zapadł już jednak zmrok i pomyślałem, że lepiej będzie rozpytać jeszcze trochę miejscowych i wrócić tu należycie przygotowanym jutro. Myślę, że właśnie wtedy dałem się górze schwytać.

Po powrocie do miasteczka otoczył mnie tłum ludzi, którzy domagali się tego i owego, nazywając mnie inspektorem Scotland Yardu. Kiedy chodząc między nimi zbierałem informacje na temat góry i zaginionych, podszedł do mnie człowiek, który twierdził, że wysłano go za mną, by przekazał mi rozkaz powrotu. Przede wszystkim zaś, zakazano mi wspinania się na górę. A tym samym on – człowiek z rozkazem – przejmuje sprawę zaginionych. Odmówiłem i zostawiłem wszystkich na rynku, udając się na poszukiwanie jakiejś gospody.

Teraz jednak, byłem już nim – wściekłym na inspektora Scotland Yardu, człowiekiem z rozkazem. Postanowiłem tegoż inspektora powstrzymać siłą. W tym celu, wyciągając pałasz, wyzwałem go na pojedynek. Sądziłem, że jest uzbrojony we własne ostrze, i że wyjdziemy przynajmniej na ulicę. Ale on od razu podjął walkę, używając tylko czarnej szpicruty, którą miał pod ręką. Szło mu nadspodziewanie dobrze i nasz pojedynek przeciągał się długo, nie dając się rozstrzygnąć.

Naraz, znów byłem inspektorem, ale wokół zalegała fioletowo szara mgła i pełno było dużych, strzykających owadów, których pancerze pokrywały symbole religijne. Obok mnie, człowiek z rozkazem, wymachując pałaszem, odpierał ataki jakiegoś dziwnego stwora, który poruszał się niezdarnie, uzbrojony w dwa topory. Jego ruchy były bardzo powolne i bez problemu udało nam się go zabić. Mój nieoczekiwany sprzymierzeniec zachęcił mnie do przejęcia toporów. Okazały się być wykonane ze szkła. Nie wiem dlaczego ściągnąłem z nich gumową okładzinę rękojeści i podjąłem walkę ze stworami, które teraz wyglądały jak żywe trupy kobiet, obficie krwawiące z ran, lecz sprawiające dużo problemu, bo nie uginające się pod ciosami.

Całe ciemne zbocze pełne było stworów sunących w naszą stronę, niczym ruchome rozczapierzone kikuty, i strzykających owadów, pokrytych symbolami religijnymi. Wiele z nich było już martwych, ale przybywało wciąż nowych i zdawało się, że nasza wspinaczka może potrwać bardzo długo, a być może nie skończy się nigdy. Być może, jak w baśni, zostanę tu, bo zgubiło mnie wahanie, kiedy zawróciłem, zamiast iść za pierwszym wyborem - ciemną ścieżką między drzewa.

środa, 3 kwietnia 2019

Prosta geografia czasu

Labirynt z Rocky Valley w Kornwalii

Chwila istnienia, która jest teraz, nie może być mniej istniejąca od chwili, która nastąpi po niej i dlatego właśnie, a nie ze względu na pomysł o fizycznej czasoprzestrzeni, wszystkie chwile, wszystkie zdarzenia, istnieją w pewnym sensie równorzędnie.

Historię widzę jako szczególną geografię, gdzie zdarzenia mieszczą się zawsze na swoich własnych obszarach, niedostępnych dla innych obszarów, jednak możliwych do objęcia wyobraźnią. Stąd wyobraźnia, jako klucz do historii – narzędzie geografii czasu.

Chwila TERAZ jest zawsze istniejącym obszarem.

To, co minęło, wciąż istnieje daleko stąd – na swoim obszarze. W swoim miejscu. Podobnie coś, co dziś jeszcze nie nadeszło – pozostaje w swojej teraźniejszości.

I w tym sensie można sobie wyobrażać, że jest tak, jakby wszystkie zdarzenia miały wrócić raz i jeszcze nieskończoną ilość razy. Każde życie, każda chwila każdego życia zostanie przeżyta w tej samej postaci, na właściwych sobie regułach, bez wiedzy o przyszłości i o wszystkich innych chwilach wiecznej teraźniejszości, która widziana z jednego miejsca, wydaje się być przestrzenią, ale widziana ze wszystkich naraz, byłaby punktem.

piątek, 29 marca 2019

Samotny stażem pan młody

  Byłem chłopem i właśnie umarła moja matka. Ułożyłem jej ciało na dwukołowym wozie i pociągnąłem na wysokie wzgórze za wsią. Tam ją pogrzebałem i stałem czas jakiś czekając na coś. Nic się jednak nie wydarzyło, ani nikt więcej nie przyszedł. Okazało się natomiast, że jest piękne lato. Sama pełnia lata. Pomyślałem wtedy, że nie mam tu specjalnie nic do zrobienia, więc będzie najlepiej jeśli zostawię wszystko i pójdę w świat.

 Wóz postanowiłem oddać komukolwiek, kogo spotkam po drodze. Schodząc z powrotem w kierunku wioski zauważyłem, że zanosi się na burzę i zaraz potem spotkałem innego chłopa. Przekazałem mu wóz, zwierzając się jednocześnie ze swoich planów. Zamierzałem iść przed siebie, a wieczorem rozpalić ognisko i ułożyć do snu.

 Kiedy mu o tym opowiadałem, rozpoczęło się bombardowanie. Latały nad nami prymitywne dwupłatowce, z których zrzucano bomby, a więc musiał to być początek dwudziestego wieku. Ludzie wokół szukali sobie schronienia biegając w popłochu i mój rozmówca dołączył do nich, porzucając darowany mu właśnie wóz.

 Pomyślałem, że będę się trzymał drzew i spróbuję dotrzeć do lasu. Wtedy z jakichś drzwi ktoś do mnie zamachał - młoda dziewczyna, której mój pomysł na przyszłość bardzo się spodobał i postanowiła iść ze mną. Potrzebowaliśmy jednak ciepłych ubrań, a ja dodatkowo butów, bo przez cały czas chodziłem boso. Jedno i drugie udało się szybko znaleźć w ogólnym zamęcie i rozgardiaszu związanym z bombardowaniem. Zdobyliśmy ciepłe damskie kurtki puchowe. Były obszerne i w kolorach pastelowych.

 Chciałem zabrać dziewczynę do lasu i rozpalić ogień, ale samoloty wciąż krążyły nad nami, więc uznałem, że dym mógłby być teraz nie najlepszym pomysłem. Postanowiliśmy, tymczasowo, poszukać schronienia w pobliskim gospodarstwie. Gospodarz oponował, mówiąc że ONI już i tak są na naszym tropie i jadą tu białym samochodem. Ostatecznie jednak, zgodził się ukryć nas na strychu.

 Chowając się, właściwie, przyznawałem mu rację, bo sam już ten biały samochód słyszałem. Docierał do mnie dźwięk jego silnika i trzaskanie drzwiami, kiedy barykadowałem nas od środka. Plan był teraz taki, żeby znaleźć jakieś wyjście stąd, tajny tunel, albo chociaż skrytkę, zanim oni zdołają tu wtargnąć przełamując barykadę. Niestety, nie udało się planu zrealizować i już chwilę potem udawaliśmy się na przesłuchanie.

 Kiedy prowadzono nas po stukoczących dechach jakiejś wieloizbowej chaty, zajętej (zapewne tymczasowo) przez najeźdźcę, myślałem o tym, że czeka mnie za chwilę wyjątkowo nieprzyjemne doświadczenie. Za wszelką cenę jednak powinienem im nie mówić. Nie wiedziałem, co prawda, o czym, ale szukałem już w sobie jakiegoś wewnętrznego nastawienia, które by mi to niemówienie umożliwiało. Zrozumiałem, jak niefortunnie się składa, że na to całe przesłuchanie idziemy razem, ja i dziewczyna.

 Kiedy wreszcie dotarliśmy na miejsce, ujrzałem obrazek częściowo tylko spójny. Otóż, byli tam Niemcy. Oczywiście, kto inny chciałby bombardować wieś! Kilku schludnych świńskich blondynów i elegancka blondynka – tutaj wszystko było na miejscu. Ale dowodził nimi dwumetrowy brunet o bardzo sympatycznej fizjonomii, a wszyscy siedzieli przy suto zastawionym stole, do którego i nas dwoje zaproszono. Blondynka głaskała mnie wzrokiem tak, że poczułem się błogo, jak mały chłopiec. Zresztą, było tu ciepło i niemal jak w domu.

 Jowialny brunet poprosił żebyśmy się poczęstowali i opowiedzieli coś o sobie. Postanowiłem postawić na szczerość i wyjaśnić mu istotę mojego objawienia ze wzgórza, które nakazywało mi iść na wędrówkę, ponieważ tylko porzucenie wszystkiego co miałem i wędrówka przez świat, mogą mieć dla mnie jeszcze jakiś sens. Nie wiem czy mnie zrozumiał, ale w pewnym momencie przerwał mi, pytając, czy z tego właśnie powodu oboje – ja i ta tutaj piętnastolatka - nawrzucaliśmy suchych liści do przerębli.

 Hmm, nie sądziłem, że ona może mieć piętnaście lat. I te przeręble, których zupełnie nie mogłem sobie przypomnieć… Tym bardziej, że akurat było lato. Byłem jednak gotów machnąć ręką na te drobiazgi i pozwolić mu pozostać w błędzie, byle tylko móc dalej opowiadać, że oto ja i ona wybieramy się właśnie razem w świat i musimy już lecieć.

Niestety, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, przygoda, wraz z pianiem budzika, urywa się w najciekawszym momencie.

piątek, 8 marca 2019

Sens przyrody poza ekologią


 
"Kto widział wiatr? Ani ja, ani ty. Ale gdy liście drżą na drzewach, To wiatr przechodzi tędy. Kto widział wiatr? Ani ty, ani ja. Ale gdy drzewa pochylają swe głowy, To wiatr tutaj hula."
Christina Rossetti (tłum. Ryszard Mierzejewski)

Widziałbym wszystkie miejsca jako pozbawione człowieka. Może ktoś by mnie nazwał ekologiem radykalnym, ale widziałbym je tak ze względu na przyrodę - jej dobro - i dobro człowieka jednocześnie. Przyroda bez nas, wydaje mi się czymś czystym i godnym podziwu. Ktoś mógłby odpowiedzieć, że przecież, jeśli nie ma kto jej oglądać, to jej zachowanie mija się z celem i sensem. To po części prawda, jednak odszedłbym tutaj od ludzkiej kategorii sensu, na rzecz kategorii piękna. Zachowałbym więc przyrodę dla niej samej, ze względu na to, że stałaby się, istniejąc bez nas i po nas, pewnego rodzaju ostatnim, długim akapitem opowieści o naszym gatunku. Wiele się już zdarzyło w jego historii i myślę, że ten obraz można by w każdej chwili uznać za dokończony, lub prawie dokończony.

Pojawia się w tym miejscu tęsknota za przeszłością, która zdaje się być czymś minionym bezpowrotnie i tylko próby nieustannego jej powtarzania - zawsze w nieco innej formie - są w stanie, w pewnym sensie, ją aktualizować. Czym jest ta dziwna tęsknota? Eliade pisał: Według Platona uczenie się to przypominanie sobie. Przedmioty fizyczne pomagają duszy wycofać się w głąb siebie i – poprzez coś na kształt „wędrówki wstecz” – odkryć samą siebie na nowo, odzyskać pierwotną wiedzę, którą posiadała jako byt pozaziemski. Otóż młody Australijczyk drogą inicjacji odkrywa, że jako przodek mityczny gościł już w przeszłości mitycznej; dzięki inicjacji uczy się on robić wszystko to, co robił ongiś, na początku, gdy pojawił się po raz pierwszy w postaci istoty mitycznej.*

W tym sensie nic, co się kończy i przemija, paradoksalnie, nie przestaje istnieć, ponieważ - dopiero zakończone - dołącza do obrazu całości i w nim zyskuje znaczenie.

23.01.23. Dzisiaj dodałbym, że za milion, dwa, czy trzy miliony lat - nawet jeśli trzeba by było miliarda (świat ma na to czas) - i tak zrobi się podobnie jak teraz. Gdybyśmy bezpowrotnie zniknęli z mapy istnienia, to jakieś życie znów pewnie dojdzie do podobnego etapu. W tych warunkach to proces równie konieczny, jak to co się dzieje w gwiazdach.
Może przez jakiś czas byłoby lepiej, piękniej, mniej świadomie?

Tylko, czy ta chwilowa zmiana coś by znaczyła? Czy pustka po nas byłaby jakimś oddechem?

_______________
Przypis:

*Mircea Eliade, Okultyzm, czary, mody kulturalne, Kraków 1992, s. 8.

środa, 27 lutego 2019

Paradoks Fermiego

Galaktyka Andromedy, domena publiczna

Paradoks Fermiego… Myślę o pewnej zasadzie, która teoretycznie mogłaby w sposób naturalny uniemożliwiać wszelkiemu życiu, o poziomie inteligencji zbliżonym do ludzkiego, ekspansję poza swoje przyrodzone środowisko. Mogłoby być tak, że każda lub przynajmniej prawie każda wysoko rozwinięta cywilizacja, zdolna do ekspansji, jest jednocześnie naturalnie skłonna do samozniszczenia, zanim uda jej się w sposób znaczący i wyraźny opuścić swoją planetę, czy swój układ gwiezdny.

Gdyby tak było, można by uznać nasze ludzkie dążenia autodestrukcyjne za całkowicie normalne i przypisane wszelkiemu wyżej rozwiniętemu, inteligentnemu życiu. Czyli: autodestrukcja jest mechanizmem właściwym samoświadomemu życiu. 

Co, jeśli samozniszczenie gatunku jest ostatecznym sukcesem dostępnym życiu? Jeśli jest w tym sensie największym WYKROCZENIEM poza przymus zachowania siebie, przetrwania, przekazania genów, to jest to sukces perwersyjny.

czwartek, 31 stycznia 2019

31.01.2019

W całej grze życia, która tak nas pochłania, uderza mnie i nie daje spokoju fakt niedostrzegalny na co dzień: gramy w coś, czego reguł nie rozumiemy. Próbujemy więc je sobie tłumaczyć, stwarzając je. Ostatecznie, najbardziej zadziwiające jest to, że nie znamy celu gry, a mimo to dajemy się w nią wciągać. Dlaczego jednak sama gra istnienia miałaby mieć cel, skoro celowość to tylko ludzka kategoria, umożliwiająca choćby lepsze orientowanie się w „sytuacji taktycznej” swojego organizmu, czy swojego stada na polowaniu? Celowość to element systemu gry, narzucony przez jej reguły. Co więc, przy pomocy tej wewnętrznej kategorii można by opowiedzieć o samej grze, jeśli faktycznie jest to gra raczej, a nie na przykład opowieść?
Problem jest oczywiście bezzasadny tam, gdzie istnieje jakiś żywy mit tłumaczący reguły gry. Mit oparty o religię, filozofię czy ideologię.

Kiedy brak takiego oparcia, pojawia się oszałamiające zdziwienie.

Z drugiej strony, gdyby porównać wszystko co się wydarza, do opowieści raczej niż gry, okazałoby się, że celowość jest zbędna, ponieważ tym co się liczy jest już samo opowiadanie; Snucie wątku, nieustannie wyławianego z morza niepoznawalnego chaosu – oto nigdy nie kończąca się kreacja.
Patrząc na rzeczy z góry - ponad wszelkim względnym i ulotnym wartościowaniem - każda taka opowieść życia nieustannie stwarza świat, a wobec tego nie potrzebuje celu, bo jest nim sama dla siebie. Nie potrzebuje też zewnętrznego sensu, ponieważ to ona stanowi źródło wszelkiej interpretacji.

wtorek, 15 stycznia 2019

Przemiany i aktualizacje wyobraźni zbiorowej

Witkacy, Fantazja (1922)

Szamańskie działania, jeśli są skuteczne w swojej warstwie psychologicznej, to dlatego, że korzystają z łączności ze zbiorową wyobraźnią nieświadomą. Szaman łączy się z tą właśnie sferą w sposób intuicyjny, po czym dokonuje ingerencji w nią, zmieniając wzorzec spontanicznie. Robi to wykorzystując fenomen widowiska teatralnego, a raczej jego najpierwotniejsze i najgłębsze funkcje. Skąd wie co ma robić i w jaki sposób? Czy ma określony cel, konkretny efekt, do którego osiągnięcia dąży? Otóż nie wie i nie ma takiego celu na poziomie świadomym. Szaman WIE co robi jedynie jakby w cudzysłowie. Wykonuje swoją pracę, wyczuwając aktualne potrzeby zbiorowości, ponieważ jest z tą zbiorowością, z jej sferą nieświadomą, połączony w sposób quasi świadomy. Dzięki temu jest w stanie dobrać odpowiednie symbole i manipulować nimi, by doprowadzić do integracji i harmonizacji symbolicznego uniwersum danej społeczności z jej sferą codzienną i świadomą.

Dokonuje przemiany społeczności na poziomie psychologicznym, dzięki wykorzystaniu środków irracjonalnych, ponieważ środki te i tylko one, umożliwiają głębokie oddziaływanie na sferę wyobraźni nieświadomej. Dokonuje więc czegoś, co byłoby niemożliwe do zastąpienia przez jakiekolwiek działania realistyczne oparte na spekulacji, a mające prowadzić do przemiany wzorca - do reaktualizacji zbiorowej psyche.

niedziela, 6 stycznia 2019

"Moon" z 2009 roku. Metafizyczna inspiracja w pozornie prostym obrazie.


Jeszcze jeden film wzbudzający podejrzliwość wobec rzeczywistości. Kiedyś lubiłem bawić się koncepcją, w myśl której cały świat jest moją senną wizją. Oczywiście nie moją w sensie osobowym. Raczej wizją projektowaną i "wyemanowaną" przez jakiegoś nieosobowego mnie, który mnie osobowego sobie wyobraża, podobnie jak wyobraża sobie wszystkie inne osoby, wszystkie zdarzenia, rzeczy, myśli, cały czas i całą przestrzeń. Żeby to sprawdzić opowiadałem spotykanym w snach postaciom, że są wytworami mojego umysłu. Zwykle reagowały milczeniem i wpatrywały mi się w oczy. W ich oczach widziałem wtedy odbicie swoich. I coś jeszcze, coś bardzo trudnego do uchwycenia. Następowało wtedy dziwne drżenie całego sennego krajobrazu, po czym zwykle budziłem się.

I tutaj moja zabawna myśl znów do mnie zamrugała, pozwalając obracać się w innych myślach i zastanawiać co by było, gdyby z rzeczywistością faktycznie było tak, jak sobie to kiedyś wyobrażałem.
Banałem jest stwierdzenie, że wszystko jest inne niż się wydaje, ale już sam kosmos - kiedy patrzeć na niego jakby po raz pierwszy - jest tak dziwny, tak uderzająco odmienny od tego co mamy wokół, że chce się za każdym razem pytać: Co tu się właściwie dzieje? Co to jest?

wtorek, 30 października 2018

Anima mundi




"To, co widzimy i kim się zdajemy jest snem jedynie. Snem śnionym we śnie."

„Piknik pod Wiszącą Skałą” z 1975 r. w swoim niebezpośrednim oddziaływaniu przypomina „Stalkera” Tarkowskiego, ale co innego stanowi jego ukrytą treść. Kontemplacja seksualności, to kontemplacja natury. Jaszczury i ptaki wskazują już na początku, że cały kosmos jest seksualnością - niemówienie i niesłuchanie, drżenie powietrza i rozgrzanych skał. Otchłań milczy i drży w niewiedzy o sobie egzotycznych ptaków i jaszczurów. W otwartym jasnym niebie i w bezcelowości życia, która wyraża się nieskończonością funkcji jego składowych. Otchłań drży ciepłem, poza dobrem i złem. Prześwieca w zdziwieniu kolcami i rażącymi kolorami zwierząt. Prześwieca w dziwnych, zawsze inaczej widzianych przelotach stad ptaków. W skałach i białych, podartych sukienkach dziewcząt.

Nasza własna natura jest podobnie konieczna i przypisana do nas, jak właściwy nam charakter pisma, którego próba zmiany jest drogą przez mękę, gdzie ma się wrażenie przymuszania się do czegoś zupełnie nie swojego, obcego, właściwego innemu, a więc zdrożnego. Do czegoś we właściwym sensie złego.
Ale może to nie my mamy przypisaną nam naturę – każdy swoją – ale raczej ona ma nas? Chociaż czujemy, że ją posiadamy chyba już od momentu, do którego możemy sięgnąć pamięcią, to czy tak naprawdę możliwe jest posiadanie czegoś co nami kieruje, włada, warunkuje nasze odczucia, myśli, postawy?
Od kiedy zaś ją mamy (zapewne dawniej to, co tu nazywam naturą, nazwano by duszą), utożsamiamy się z nią, dzieląc świat, którego doświadczamy, na rzeczy "mniej swoje" i "bardziej swoje". W tym więc sensie, nasza natura, naprawdę będąc otchłanią natury, a zatem nie podlegając nam, decyduje całkowicie o naszej woli i o naszych losach, władczo pozwalając nam siebie jedynie podglądać, jak przez okopconą szybkę, a podglądanie to nazywać "naszym życiem".

piątek, 19 października 2018

Zwierzoludzie


I nagle znalazłem się pośród rozpoczynającej się legendarnej jesieni zwierzoludzi, którzy nie są ani ludźmi, ani zwierzętami. Zmysłowa ich religia osnuta jest wokół światów, które są wszystkie tym światem. Czasem bardziej zwierzęcym, a czasem trochę ludzkim, i tak jak oni, pięknym lub szpetnym, dzikim ale zmieszanym z plugastwem cywilizacji. Zwierzoludzie, nie wszyscy, lecz wielu z nich, oswoili się z ogniem i odnaleźli w nim swojego boga. Jednego z głównych, obok lasu i nocy. Nie ma między tymi bogami odwiecznej wojny. Nic u zwierzoludzi nie ma rangi absolutnej. Nic nie jest zakończone zupełnie i nic nie jest doskonałe.