Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 sierpnia 2026

Od teorii ciemnego lasu powrót do paradoksu


Teorię ciemnego lasu Liu Cixina, głoszącą że „każda kosmiczna cywilizacja, która robi zbyt dużo hałasu, zostanie odkryta i zniszczona przez galaktycznego drapieżnika”, uważałem kiedyś za jedno z mniej ciekawych wyjaśnień paradoksu Fermiego.

Potem trochę zmieniłem nastawienie, bo przyszło mi do głowy, że faktycznie ten kosmiczny drapieżca, ta cywilizacja, mogłaby działać z ukrycia. Bo jeśli byłaby po prostu łasa na życie innych cywilizacji i dążyłaby do zabijania, czy to żeby zdobyć surowce, czy uderzyć wyprzedzająco, by chronić siebie, to w istocie byłaby zapewne wciąż dość prymitywną cywilizacją (lub jej wytworem, np. sztuczną inteligencją niesioną maszynami). Co innego, jeśli takiego drapieżnika pomyślimy jako coś łasego informacji, przeżyć, akcji, rozrywki, tego wszystkiego co może mu zapewnić kontrola (zwłaszcza ukryta kontrola) nad cywilizacjami, na których żeruje.

Bawiła mnie myśl, że może drapieżnik już nas dopadł i żeruje na nas. I będzie to robił tak długo, aż nie rozwiniemy się by go zauważyć i zagrozić mu. Ale może nigdy nie dopuści do tego, ponieważ złapał nas sprytnie w pułapkę i dobrze dba o to, żeby jego hodowla pozostawała ślepa. Może właśnie z tego powodu żyjemy w jakiejś dziwnej, niewytłumaczalnej symulacji, będąc tylko jedną z wielu schwytanych cywilizacji galaktycznych.

Jeszcze wcześniej skłaniałem się ku tej możliwej odpowiedzi na paradoks Fermiego, że każda inteligentna forma życia znajduje swój kres właśnie w cywilizacji, odkrywając wraz z jej stopniowym rozwojem, że wolałaby raczej nie istnieć, niż istnieć. Dlatego bądź to ciąży ku gwałtownej autodestrukcji, bądź pragnie stopniowego wygaszenia i zaniku. 

A dziś podoba mi się ten pomysł nieprawdopodobny, że jesteśmy na naszej planecie wraz całą jej biosferą przypadkiem w skali kosmicznej zupełnie odosobnionym. Nie tylko jako życie inteligentne, ale jako życie w ogóle. Żywe istoty zanurzone w martwym, całkowicie obojętnym Wszechświecie. A że przeczy temu prawdopodobieństwo? Wobec czegoś tak dziwnego jak istnienie, wobec czegoś tak niewyjaśnialnego, tak niemożliwego do określenia, zdaje się ono jedynie igraszką. Z braku lepszej, tu i teraz użyteczną nam zabawką umysłu, która dla całości, dla istoty rzeczywistości nie znaczy nic. Pojawia się jak fala na powierzchni morza.

Prawdopodobieństwo... Pożyteczny błąd poznawczy. Prawdopodobnie.

Że to niemożliwe, zbyt dziwaczne, nieakceptowalne? Dlatego właśnie podoba mi się.

Życie jako wyjątek od reguły. Jedyny taki. Lecz jakie jeszcze wyjątki dałoby się pomyśleć! 


piątek, 26 maja 2023

Gra i troska

 Darwinowi przypisuje się stwierdzenie, że niekoniecznie najbardziej inteligentne osobniki danego gatunku osiągają sukces ewolucyjny, ale raczej te, które potrafią najlepiej przystosować się do zmieniających się warunków. Przy okazji tej myśli miałem refleksję taką: Sądzę, że przetrwanie nie stoi wysoko w mojej hierarchii wartości. Sukces reprodukcyjny nie jest dla mnie ważny, podobnie jak ostateczne zachowanie własnego życia. Dużo ciekawsze i piękniejsze wydaje mi się raczej zaprzeczanie tym dążeniom, którym tak bardzo ulega ogół. Co wobec tego powinienem myśleć o swoim życiu w świecie, tak by zachować wewnętrzną zgodność ze sobą samym, harmonię? Czy powinienem troszczyć się o doskonalenie, wzrost, o siłę wewnętrzną?

O ile troska o sukces w świecie, ląduje raczej pod koniec listy rzeczy ważnych, to zachowanie ostrości umysłu i poczucia wewnętrznej siły wydaje się niezbędne do tego, by nie ulec mimowolnie temu samemu, czemu ulega ogół (np. kiedy osłabnę i utracę poczucie gruntu wewnętrznego - „tego co moje”) i nie zanurzyć się w pomieszaniu i dysharmonii, gdzie można uznać za prawdziwe np. przeświadczenie, że zmarnowało się życie, bo się nie dbało o karierę zawodową, czy sukces materialny.

Nawiasem mówiąc, pociągające mnie elementy surwiwalu (tej przecież „sztuki przetrwania”, a więc „zachowania siebie”), pociągają chyba tylko poprzez swoje skojarzenia z przygodą i ze względu na pewną atmosferę, a nie po to bym mógł rzeczywiście do tego zachowania siebie dążyć, wierząc w nie jako wartość samą w sobie. Nawet przyjemność, którą odczuwam na myśl o budowaniu jakiejś obrony, gromadzeniu zapasów i rośnięciu w siłę, na wypadek rozmaitych kryzysów – ta niewinna zabawa w przygotowywanie się – jest tym czym jest właśnie dlatego, że traktuję ją jako rodzaj gry, której zasady przyjmuję po to, by wytworzyć w sobie poczucie celu, dążenia i bliskości przygody. Służy więc ona ostatecznie podtrzymywaniu znaczenia codziennej egzystencji i umożliwia godzenie się z nią. Nie ma tu raczej niczego duchowego, a już na pewno nie ma tu woli przetrwania samej w sobie, a więc jakiejś woli „odniesienia życiowego sukcesu”. Po co więc troska, skoro traktuję te dążenia, podobnie jak życie swoje w ogóle, jako grę jedynie?

Dziecinna jest przecież i psychologicznie nieopłacalna zależność między satysfakcją z gry, a jej rezultatem. Podobnie ma się chęć udowodnienia swoich racji w dyskusji, do poczucia, że to była dobra dyskusja.

środa, 27 lutego 2019

Paradoks Fermiego

Galaktyka Andromedy, domena publiczna

Paradoks Fermiego… Myślę o pewnej zasadzie, która teoretycznie mogłaby w sposób naturalny uniemożliwiać wszelkiemu życiu, o poziomie inteligencji zbliżonym do ludzkiego, ekspansję poza swoje przyrodzone środowisko. Mogłoby być tak, że każda lub przynajmniej prawie każda wysoko rozwinięta cywilizacja, zdolna do ekspansji, jest jednocześnie naturalnie skłonna do samozniszczenia, zanim uda jej się w sposób znaczący i wyraźny opuścić swoją planetę, czy swój układ gwiezdny.

Gdyby tak było, można by uznać nasze ludzkie dążenia autodestrukcyjne za całkowicie normalne i przypisane wszelkiemu wyżej rozwiniętemu, inteligentnemu życiu. Czyli: autodestrukcja jest mechanizmem właściwym samoświadomemu życiu. 

Co, jeśli samozniszczenie gatunku jest ostatecznym sukcesem dostępnym życiu? Jeśli jest w tym sensie największym WYKROCZENIEM poza przymus zachowania siebie, przetrwania, przekazania genów, to jest to sukces perwersyjny.

czwartek, 17 listopada 2016

Radość, rzeczywistość, maszyneria woli

Zdzisław Beksiński, Bez tytułu

Prawa rządzące światem, czy to w skali mikro, czy makro nie są powszechnie znane, wobec czego nie jest zrozumiane miejsce człowieka w świecie. A miejsce to zdaje się być bardzo niekorzystne. Oszukujemy sami siebie i dajemy się oszukiwać przyrodzie. Jako zwierzęta obdarzone ograniczoną, działającą wybiórczo świadomością, zamykamy się na wiedzę o naszym rzeczywistym położeniu.

***

Czy wobec wartości przyjętych przez ludzkość, wobec uogólnionych zasad wytworzonej przez nas moralności, przedłużanie istnienia ludzkości nie jest złem, przez to że nierozerwalnie wiąże się z generowaniem zła?

***

Czy większość działań, które podejmuje człowiek na rzecz kultury, nie ma na celu jedynie rozbudowywania iluzji jakoby był jakiś sens w kontynuowaniu życia istoty, której istnienie okazuje się nieznośnie przypadkowe?

***

Co myśleć o tym, że jesteśmy biologiczną maszynerią, bez jakiejś duszy i wolnej woli? Wola to tylko ciąg decyzji, wyborów z góry przesądzonych energetycznie. Świadomość, mylona z duszą, ma więc za zadanie jedynie wspieranie naszej skończonej egzystencji, w której ostateczną wartość stanowi coś tak trywialnego, jak przekazanie genów i wychowanie potomstwa.

***

Nawet myśl tego rodzaju jak ta, którą proponuję, jest prawdopodobnie koniecznym wykwitem jakiegoś podświadomego „programu ewolucyjnego ludzkości” na taki a nie inny czas. Przeczuwamy już wyraźnie zagrożenie przeludnieniem i kontrolę urodzeń, jako konieczność - gatunek instynktownie przewiduje zbliżający się kryzys i przygotowuje się do przetrwania go. Stąd powstające coraz częściej myśli, które mają stać się podłożem dla (prawdopodobnie) radykalnych rozwiązań.

***

Ludzka świadomość jest przereklamowana w swojej skuteczności (bo bardzo wybiórcza) i nie może stanowić dowodu na rzeczywistą autonomię jednostki ludzkiej.

***

Czy, wobec ludzkiego uogólnionego poczucia estetyki, życie - te wzajemne zależności istot- w swoich prawdziwych przejawach (czyli bez odurzenia przyjemnościami) nie są tylko obrzydliwością i groteską?

***

Prawda o naturze jest zupełnie inna od tego, co jesteśmy przyzwyczajeni nazywać pięknem natury, dostrzegając tylko pozór, fasadę, która w istocie jest projekcją naszych pragnień, rzutowaną na rzeczywistość.

***

Większość wytworów kultury synchronizuje ludzkie umysły i petryfikuje nawykowe myślenie - iluzoryczne treści, które tłumią prawdę o egzystencji. Aby poznać prawdę, móc ją do siebie dopuścić, konieczne jest wyjście poza synchronizację z nawykowym myśleniem - i co najważniejsze - odrzucenie przeświadczeń, zakwestionowanie ich, jakkolwiek by się nie wydawały „oczywistymi prawdami” (przeświadczenie, że się umrze również należy do nich!). Tak zwane "oczywiste prawdy" są maskami ukrywającymi „prawdy rzeczywiste”. Ale „prawdy rzeczywiste”, ten budulec świata, maskują byt.

poniedziałek, 14 listopada 2016

Świadomość - instynkt powiadamiania


Jestem na bagnach i przyglądam się ptakom. Samica dzikiego łabędzia czyści pióra od pół godziny. Samiec obserwuje najbliższe otoczenie. Wydaje się, że nie niepokoi go nic, co dzieje się dalej niż trzydześci metrów od gniazda. Dlaczego zajmują się tylko tym? Czy ten samiec wie, że istnieje?








Ale co to znaczy wiedzieć, że się istnieje? Czy nie jest to tylko szeroko zakrojona świadomość okolicy, wynikająca z obserwacji - pewnego rodzaju „instynkt powiadamiania” o swoim położeniu - skaner, monitorujący sytuację wewnętrzną i zewnętrzną organizmu?

Przecież ja sam wiem o sobie, że istnieję tylko wobec czegoś. I jest to efekt obserwacji podobnej do tej, której dokonuje teraz samiec łabędzia, orientując się w sytuacji i starając ją kontrolować ze względu na bezpieczeństwo swoje, samicy i gniazda.

Ludzka „okolica”, która składa się na świadomość, jest po prostu dużo szersza, natomiast mechanizm tego instynktu jest podobny - to funkcja "powiadamiania" o swoim stanie i najważniejszych uwarunkowaniach w danym czasie i przestrzeni.

Nie ma mowy o odnalezieniu w ten sposób jakiejś "istoty rzeczy", jakiejś ukrytej prawdy o świecie albo o swojej naturze, ponieważ każde postrzeżenie dokonuje się względem czegoś zewnętrznego, a więc również uwarunkowanego postrzeżeniem, przy czym sam podmiot obserwujący jest dla siebie samego postrzeżeniem "zewnętrznym".

Gdybym spojrzał na siebie tak, jak patrzę na tego samca łabędzia, będąc, powiedzmy, „bardziej świadomą istotą” od niego, uznałbym że jestem wyłącznie funkcją świadomości - mechanizmem powiadamiania. Mechanizmem, który na podstawie obserwacji sytuacji wokół, czyli tego, do czego przymuszają go instynkty, stara się wyrokować o jakiejś "istocie siebie".

Dlaczego się o to stara? Czy to nie przedłużenie tej samej woli kontrolowania otoczenia, która sprawia że łabędź czuje zadowolenie, kiedy po prostu rozgląda się wokół gniazda, z poczuciem spełnienia w swojej prostej, narzuconej instynktem, roli?

środa, 2 listopada 2016

"Idź i Patrz"

Można powiedzieć, że życie jest zadziwiającym fenomenem czegoś pośród niczego, jakiegoś bytu rozpiętego w niebycie. I jako takie warte jest by je przeżywać i dziwić się nim.

Ale kiedy przyłożymy taką naiwną afirmację do znanych obrazków zła i cierpienia - głodujących dzieci, kalectwa, zarazy, nędzy, raka, niewinnej głupoty, terroru… itd. itd. - to wydaje się ona jakąś ślepotą.

Jak można cieszyć się życiem i godzić na nie, wiedząc czym życie jest?
A jest pożeraniem mocy: jeden korzysta, gdzie drugi traci. Bez przemocy życia nie ma. A jeśli wydaje się inaczej - to tylko złudzenie wynikające z niewiedzy.

Afirmacja życia oznacza więc zawsze ustawianie się po stronie kata.

I taką myślą uderza "Idź i Patrz" z 1985 r.
Zwierzęce pragnienie młodej dziewczyny, by "kochać i rodzić" staje się kompostem, na którym wyrosnąć muszą kiedyś kwiaty zła. Niewinne, z początku w swojej naiwności. Tak samo niewinne pozostaną w swoim ślepym okrucieństwie.
Bo wszystko jest wolą mocy.


sobota, 22 października 2016

Krzepiący kieliszek pesymizmu



Bardzo mi się ten monolog Rusta podoba i ciarki mnie przeszły, kiedy pierwszy raz oglądałem tę scenę parę lat temu. To jest myśl Thomasa Ligottiego - jego pesymistyczna filozofia - o czym, swoją drogą, milczą twórcy serialu True Detective.

Uważam jednak, że świadomość czekającej nas ostatecznie śmierci nie odbiera tak jednoznacznie znaczenia życiu, a nawet przesuwa to znaczenie głębiej. Wyciąga je z teraźniejszości. Wywołuje poczucie, że gdzieś w TERAZ jest do odnalezienia coś cennego, co nie zawiera się w przedłużaniu życia, ale w wyjściu poza czas w jakiejś wyjątkowej chwili, kiedy udaje się wyzwolić od nadziei.

Świadomość końca może rodzić przeczucie, że jest możliwe dotarcie do takich płaszczyzn przeżywania, które nie są dostępne umysłowi nastawionemu zachowawczo. I to pragnienie zatracenia się, zniknięcia, otwiera na przeżywanie chwili.

W tym sensie chwila może stać się wiecznością - kiedy wiadomo już, że nigdzie się nie dojdzie, bo droga nie ma końca, a tylko upadnie się gdzieś tam... i zniknie. Odwraca się wtedy oś czasu, z poziomej na pionową. I idzie się w głąb teraźniejszości.

piątek, 21 października 2016

O wiecznym życiu... bez wieczności

Odsuwając na bok maski, które kultura nakłada na postać śmierci, Bernt Heinrich przygląda się jej przez pryzmat świata zwierząt. I ukazuje, że śmierć w tym świecie nie istnieje.

W ciągu wieków istnienia ludzkiej kultury, prawdę o zjadaniu się nawzajem istot żywych obłaskawiano na różne sposoby. Była ze świadomości wypierana, a refleksję na jej temat odrzucano, nakładając na nią religijne znaczenia, które zawsze w jakiś sposób starały się maskować tę nieznośnie brutalną podstawę życia.

To wypieranie przyniosło jednak pewien skutek negatywny - poczucie izolacji. 

Oddzielenie człowieka od reszty przyrody.


Tymczasem, postawienie się w pozycji zjadacza i zjadanego - ta akceptacja grozy i obrzydliwości życia - jest być może w stanie na powrót zintegrować człowieka ze światem. Ukazuje bowiem naszą rzeczywistą, całkiem cielesną, wręcz "mięsną" bliskość z naturą.

I chociaż Heinrich tego nie robi, pozostając dosyć neutralny w swoich osądach, to można wyciągnąć z lektury "Wiecznego życia" wnioski bardzo różne od siebie i daleko idące. Taki, chociażby: Światopoglądy propagujące np. wegetarianizm ze względu na współczucie wobec zwierząt, wywodzą się z pewnego rodzaju ucieczki od niewygodnej prawdy o człowieku, jako całkowicie naturalnym i być może koniecznym niszczycielu biosfery.

Niszczycielu, który poprzez swoją ekspansywność i przypadkowo wynoszące go układy ewolucyjne, stał się gatunkiem dominującym i przynieść może Ziemi katastrofę - zagładę, z szerszego punktu widzenia całkiem naturalną, gdyż każde życie musi mieć swój kres, tak żeby na jego szczątkach mogło wyrastać coś nowego.