Czytając wciąż Spisek przeciwko ludzkiej rasie Ligottiego, tę ultra pesymistyczną filozofię, mam przeczucie, że z wolna, ale jakby organicznie, szukam w sobie kontry dla niej (być może odbywa się to we mnie w dużej mierze nieświadomie). Szukam argumentu przeciwnego. Najpierw jednak próbuję ją całkiem przeniknąć i uświadomić sobie własne źródło pesymizmu, które jest ze mną od dziecka. Pomyślałem, że być może także Nietzsche mógł swoją filozofię, swoje obrzydzenie do “człowieka” jako motłochu, do jego życia jako pustej wegetacji, budować na tego rodzaju reakcji własnej na filozofię pesymistyczną Schopenhauera, która go przecież zachwyciła, i w której początkowo odnajdował swoją wrażliwość, a którą przez całe dalsze życie starał się przezwyciężyć, wiedząc jednocześnie, że jest dla niego bazą, podstawą ujęcia świata i ludzkiego istnienia. Że jest czymś, co się wrażliwemu umysłowi narzuca samo, co jednak budzi nieufność nie tyle przez swój radykalizm, wymagający przecież odwagi otwartego, szczerego podejścia, ale przez pewnego rodzaju pierwiastek poddania się wobec przemożnej siły, która skłania do postawy całkowitego wycofania.
*Ps. W całym tym filmie (tak, wolę nazywać True Detective filmem, a nie serialem, bo jest to zamknięta całość, dzieło sztuki, a nie tasiemcowa papka do kotleta, gdzie każdy odcinek opowiada o tym samym) przewija się filozofia Ligottiego. Niekiedy są to całe zdania wyjęte z jego książki. Film pięknie obrazuje taniec bohatera z nicością, z absurdem obiektywnie "bezużytecznego życia". Metaforycznie wskazuje co jest warunkiem aktu stwórczego. Wskazuje, że dopiero spojrzenie w źrenicę pustki prowadzi do wielkiego wybuchu i jest przyczyną narodzin czegoś innego.
Kadr z filmu Czas Apokalipsy Francisa Forda Copolli
"Jeżeli Kurtz to człowiek, który po prostu zrozumiał swój potencjał niegodziwości - a zatem potencjał każdego z nas - wówczas trzeba go uznać za zaledwie kolejnego kandydata do więzienia bądź kary śmierci. Lecz jeżeli to człowiek, który zgłębił tajemnice czegoś niegodziwego w swej istocie, wówczas przekroczył granicę, zza której nie ma powrotu, zaś jego ostatnie słowa - "Zgroza! Zgroza!" - obarczone są niesłychanymi implikacjami. Nie to żeby wieloraki wydźwięk opowiadania, na który wskazywali krytycy (cywilizacja jako fasada, kolonializm europejski jako podły interes) również nie odzwierciedlał zgrozy. Niemniej nie jest to ta zgroza, którą skrywa każde najmniejsze wydarzenie opowieści. W Jądrze ciemności Conrad nie nadał "zgrozie" rysu lokalnego (jak na przykład zrobili to twórcy Potwora z Czarnej Laguny), ale umiejętnie zasugerował zło utożsamiające uśpioną podłość ludzkiej istoty z podłością przejawiającą się w samej istocie bytu.
(...)
Odchylenia od przyrodzonego kłębiły się wokół przez wszystkie dni naszego istnienia. Zachowywaliśmy względem nich dystans, nie przyznawaliśmy się do nich, tymczasem te anomalie były kluczowe dla naszego bytowania. Lecz poza nami nie ma nic nadprzyrodzonego we wszechświecie. Stanowimy aberracje - urodziliśmy się jako nieumarli: ani jedno, ani drugie, albo obie rzeczy naraz... twory niesamowite, niemające nic wspólnego z resztą stworzenia, monstra zatruwające świat ziarnem szaleństwa wszędzie tam, gdzie się zjawiamy, zanieczyszczające i światło dnia, i ciemność nocy niematerialnym plugastwem. Ściągnęliśmy nadprzyrodzone zza niezmierzonej dali i wprowadziliśmy do tego, co naoczne. Unosi się nad nami niczym delikatna mgiełka. Bratamy się z duchami. Ich nagrobki oznakowano w naszych umysłach, nikt ich nie ekshumuje z cmentarzy pamięci. Uderzenia naszych serc i kroki są policzone. Nawet jeśli walczymy o przetrwanie i rozmnażamy się, wiemy, że umieramy w ciemnym zakątku nieskończoności. Dokądkolwiek odchodzimy, nie wiemy, co oczekuje naszego przybycia; wiemy jedynie, że to tam jest.
(...)
Czas pędzi w mroźnym pośpiechu. Czy to machające na pożegnanie drobną rączką dziecko ze starej fotografii to naprawdę niegdysiejsza wersja ciebie? Twarzyczka ani trochę nie przypomina twojego obecnego oblicza. Twarzyczka zlewa się z ciemnością, która jest za tobą, która jest przed tobą, która jest wokół ciebie. Dziecko macha, uśmiecha się i blaknie, twój samochód tymczasem sunie dalej ku urywającej się nagle przyszłości. Pa pa.
(...)
Lekarze nie łkają na salach porodowych, przynajmniej nie tak często. Nie spuszczają głów i nie mówią: "Czas start". Zapłacze co najwyżej noworodek, o ile poród przebiegł prawidłowo. Lecz czas osuszy mu oczy; czas się wszystkim zajmie. Czas zajmie się nami wszystkimi, aż w końcu nie zostanie nikt, kim mógłby się zająć. Dopiero wtedy wszystko będzie jak dawniej, kiedy jeszcze nie zapuściliśmy korzeni tam, gdzie nie nasze miejsce.
(...)
Bycie żywym: dziesiątki lat budzenia się na czas, mozolenia przez kolejne nastroje, wrażenia, myśli, żądze - przez całą gamę pobudek - a potem padania do łóżka i pocenia się w smole kamiennego snu lub gotowania w fantasmagoriach nękajacych nasze śniące umysły. Z jakiego powodu tak wielu z nas targuje się o dożywocie, kiedy ma do wyboru koniec sznura albo wylot lufy? Czy nie zasługujemy na śmierć? Takie pytania nie spędzają nam snu z powiek. Zadawanie ich nie leży w naszym interesie, podobnie udzielanie na nie odpowiedzi z ręką na sercu. Bo czy będąc w nastrojach do zadawania takich pytań nie bylibyśmy skłonni zdusić spisek przeciwko ludzkiej rasie? Wydawałoby się, że to właściwa droga: śmierć tragedii w objęciach nieistnienia. Nienarodzeni przebywajacy w swych przeludnionych światach nie musieliby więcej cierpieć, gdybyśmy odczynili to, co czyniliśmy, żeby trwać przez te wszystkie lata. Mimo to nie ma na świecie takiej wiedzy, która skłoniłaby nas do podjęcia takiego kroku. Cóż byłoby bardziej nie do pomyślenia? Jesteśmy tylko ludźmi. Spytaj kogokolwiek."
Thomas Ligotti, Spisek przeciwko ludzkiej rasie (tłum. Mateusz Kopacz)
Mgła to dobry bóg. Nie dobry w sensie jakiejś dobrotliwości, czy sprzyjania człowiekowi. Owszem, bywa że sprzyja uciekinierom, zbójom albo choćby partyzantom. Ale chodzi o coś innego. Mgła jest bogiem dobrym, bo ma swoją własną jakość. Ta jakość ją określa. Sprawia, że można mgłę ukazać na obrazie, albo obraz mgły przywołać. Jak pisze o Rusi i jej bogach anonimowy angielski autor z połowy XVI wieku: „na pytanie: >>Ilu jest bogów?<< wielu, w tym większość biedoty, odpowiedziałoby: >>Bardzo dużo<<, gdyż oni uważają za boga każdy znajdujący się u nich obraz”*. Mam więc i ja za swojego boga obraz mgły.
*Borys A. Uspieński, Kult świętego Mikołaja na Rusi, Lublin 1985
Jako że dzisiaj mamy wigilię "zimowego Mikołaja" (co ciekawe, jedną z dwóch możliwych wigilii tego święta, bo obchodzono ją także dzień po, czyli 7 grudnia!), jest to dobry moment żeby przywołać ten aspekt Mikołaja, czyli słowiańskiego boga Wołosa/Welesa, który jest duchem leśnym (niedźwiedziem) i uwielbia leśno-wodne potrawy obrzędowe, jedzone w wigilię jego święta, analogicznie do takich samych potraw wigilii bożonarodzeniowej.
"Składanie ofiary duchowi leśnemu, przez pastucha lub myśliwego odpowiada składaniu ofiary Wołosowi - zgodnie z przysłowiem: "W polu i w lesie sam Mikołaj Bogiem". (...) Tak samo duch leśny może być w ludowej wyobraźni raz istotą złą, raz dobrą: może być traktowany jako demon lub jako duch dobroczynny, może być nazywany w oczy, czy poza oczy "świętym duchem leśnym" lub "świętym lasem". Odpowiada to rozdwojeniu obrazu Wołosa w świadomości chrześcijańskiej, gdzie jest on utożsamiany zarówno ze świętymi, takimi jak np. Błażej lub Mikołaj, jak i z diabłem. (...) W obrzędach związanych genetycznie z kultem niedźwiedzia odzwierciedla się również powiązanie Wołosa z bogactwem, obfitością, płodnością itp., co odpowiada, ogólnie rzecz biorąc, odbiorowi Mikołaja. W ten sposób można interpretować odwrócony na lewą stronę korzuch, tak często występujący w różnego rodzaju rytuałach pochodzenia pogańskiego."
Borys A. Uspieński, Kult świętego Mikołaja na Rusi
Może chcielibyście poznać Jasia? Muszę przyznać, że to trudne, bo przypuszczalnie on sam siebie nie zna. Nawet nie wiem czy ma jakąś świadomość własną, poza tą, którą dzieli z nami. Dlaczego nazywam go Jasiem? Ależ dlaczego nie, skoro mógłby nosić dowolne imię? Prawdę mówiąc, skoro nie miałby własnej świadomości, to tym bardziej nie mógłby mieć osobowości. Płci także nie posiada. Nie znaczy to jednak, że ma wszystkie płcie. Można by o nim powiedzieć „bezpłciowe ono”, ale brzmi to brzydko, więc pozostańmy przy nazywaniu go Jasiem. Co jeszcze możemy o nim powiedzieć? Choćby to, że wszystko czego doświadczasz jest snem Jasia. Albo raczej czymś w rodzaju jego snu, gdzie Jaś przeżywa wszystko, co tylko jest możliwe i jeszcze więcej. Wszystko co chce i wszystko czego nie chce, a także wszystko to, co jest mu obojętne.
Tak, może posiadać umysł nie posiadając osobowości. Ale jeśli myślisz o umyśle jak o mózgu, to z pewnością nie o takim umyśle mówimy. Umysł Jasia w całości rozłożony jest poza czasem tak, że czas jest czymś w rodzaju mapy tego umysłu. Można się po niej poruszać i Jaś to robi. Na przykład teraz, kiedy czytasz te słowa, on też je czyta i jest akurat w tym miejscu na mapie swojego umysłu, w którym ty się znajdujesz czytając. Warto dodać, że dzięki swojemu rozłożeniu w czasie, umysł ten zajmuje również całą przestrzeń. Kiedy powiedziałem, że Jaś się porusza po mapie swojego umysłu, to powiedziałem źle. On właściwie nie porusza się lecz wszędzie, w każdym miejscu tej mapy, po prostu jest. Jest tam i tu, ale wszędzie jest inny lub nieco inny tak, że w kimś, kto by go widział z boku mógłby Jaś wywołać wrażenie, że jest czymś w rodzaju rysunkowej animacji, złożonej ze statycznych klatek, które obserwowane jedna po drugiej, mogą powodować wrażenie ruchu. W istocie jednak wcale nie chodzi o ruch i nie chodzi o klatki. Ich tam nie ma, a miejsca na mapie mogą leżeć niezależnie od siebie. Słowem, nic tu nie działa jak w maszynie, a już z pewnością nie jak w zegarku.
Mówi się czasem, że życie jest snem. Jest to prawda w sensie dosłownym, przy czym należy dodać, że twoje życie jest snem Jasia.
Można by zapytać dlaczego Jaś wciąż śpi i śni. Otóż, są co do tego pewne podejrzenia. Niektórzy twierdzą, że został umyślnie uśpiony przez swoich wrogów, którzy obawiali się go ze względu na jego agresję i okrucieństwo. Dziwicie się? Powiem wam jak łatwo możecie poznać charakter Jasia. Jest on widoczny na całej powierzchni jego snu. Spójrzcie na istoty żywe, które go zasiedlają. Pożerają siebie nawzajem, ale jednocześnie wszystkie są przez ten sen zagrożone. Czyha on na nie i żadna mu nie ujdzie. Ba! Nie tylko istoty żywe, ale także nieożywiona część snu zachowuje się jakby zaprojektował ją szaleniec. Gwiazdy płoną, nieustannie spalając własne ciało, czarne dziury zasysają je i duszą w sobie, aż do osobliwości, która wywraca czasoprzestrzeń na drugą stronę, niczym skarpetkę. Zresztą, wszystkie duże rzeczy przyciągają mniejsze (czasem bardzo gwałtownie) i nie chcą ich wypuścić, za nic mając sprawiedliwość i równość rzeczy. W trawie piszczy wieczna wojna i wieczna jatka się tam odbywa. Wszystko się goni, czas goni, czas nagli, czas przemija. Ale też wszytko stoi. W zimnej pustce wieczności zna swoje miejsce każda chwila. Jest miejsce gdzie baranek jest żywy i jest takie, gdzie płacze nieustannie, bo rozrywa go wilk. No i jest miejsce gdzie nie ma baranka. Są wszystkie miejsca w tym śnie i nikt w nim nie zna siebie, tak jak nie zna siebie Jaś, kiedy śni.
A właśnie! Wróćmy do niego. Jaś nie przepuści nikomu. Każdy musi umrzeć, choć niektórzy umrą bardziej okrutną śmiercią niż inni. Ci zostali najwyraźniej obdarzeni przez niego większą uwagą. Gdyby tylko Jaś wiedział, że to jego własna natura sama go katuje! Pewnie by się obudził. Ale nie wie, więc się nie budzi. Zapytacie pewnie, dlaczego. Najwyraźniej jego głęboka drzemka została starannie zabezpieczona. Pewnie był tak niewygodny, że postanowiono zamknąć go w jego własnej głowie tak, żeby się nigdy nie zorientował i nie połapał co się z nim dzieje. Będzie tam w nieskończoność wyżywał się na sobie, realizując swój niespożyty potencjał szaleństwa. Będzie tworzył niszcząc i niszczył tworząc. Będzie pochłaniał i wydalał światy. Wariat, bez ustanku w drodze. Bezdomny, podzielony na wielu bezdomnych. Na miliardy, na niezliczone miliardy miliardów bezdomnych, zapędzonych w kołowrót życia, celowego pozornie. Nieświadomi, choć świadomi. A najbardziej schwytani ci, którzy coś wiedzą. Tych los jest nie do pozazdroszczenia. W nich się Jaś realizuje najmocniej i najokrutniej, bo ci są najbliżsi jego źrenicy, jego ciemnemu jądru. Oni wiedzą, że nie ma ucieczki. Wiedzą, że także śmierć, jak by nie była błoga, zabiera jedynie dalej, do kolejnej szarży, do kolejnej pogoni, aż przeżyją się wszystkie jasiowe pogonie, niezliczone niezliczoności przeżywań. Nawet wtedy jednak Jaś się nie przebudzi, lecz zacznie śnić to samo od nowa. Zresztą, kto wie ile to już razy powtórzył wszystkie możliwości! Przecież on sam niczego nie pamięta. Wszystko jest dla niego po raz pierwszy. Gdyby chociaż raz mógł zatrzymać się i spojrzeć w swoje oko. Tak, we własne oko, które odbija się wszędzie, w każdej kropli jego snu. Ale nie spojrzy. Nie zatrzyma się, bo jak każdy szaleniec, nie wierzy, że może być obłąkany, że wszystko sobie uroił.
Zdarza się czasem, że coś zdoła do niego przeniknąć, jakiś impuls, drżenie z zewnątrz. Tak jak teraz, kiedy podejrzewa… Kiedy ktoś tu pisze o Jasiu. Dziwne to drżenie, ale już przemija. NIEPRAWDOPODOBNE, więc sen śni się dalej, a tamto drżenie dziwne, tylko w pamięci upchane, gdzieś pod "Kto wie, kto wie?"
I sen toczy się dalej i dalej, do końca. I od nowa.
Były pomysły, żeby nazwać Jasia bogiem, Bogiem, albo Absolutem. Pierwszy, to zdecydowanie za mało. Bogów tego rodzaju Jaś wyłania z siebie miliardami. Drugi pomysł, przez duże B, to wariant pośredni. Ale już ostatni, to z kolei za dużo dla Jasia, który bądź co bądź, przecież nie jest wszystkim, ponieważ ma jeszcze coś poza sobą. Coś, na zewnątrz niego. Nie wspominając już o tym, że nie jest siebie świadom. To znaczy: nic nie wie o swojej CAŁOŚCI, bo gdzieś tam jednak, po troszku przegląda się przecież we wszystkim co mu się śni.
Tak czy inaczej, bogowie i absoluty nie nadają się, żeby ich przykładać do Jasia i mówić tym samym, czym on jest, jakoś go sobie ubierać i wyobrażać. Tym bardziej trudno podejrzewać kim mogą być jego wrogowie, którzy go - jak sądzimy - schwytali i zamknęli w jego własnej głowie, czy w jakimś innym, podobnym co do funkcji sarkofagu.
No, chyba że zamknął się w nim sam. Sam się uśpił i zaklamrował wszystkie wyjścia ze swojego snu. Czyżby był tak straszny, żeby nie móc znieść przebywania ze swoją pełną postacią? To też możliwe. To też musimy rozważyć, jakkolwiek przerażające by nam się nie wydało. Bo jeśli tak, to z pewnością gorzej jest być nim, kiedy nie śpi, niż jakąkolwiek z najgorszych postaci jego snu.
Wiem, co teraz powiecie. Że skoro to możliwe, to najpewniej Jaś przeżył kiedyś straszną chwilę w obecności siebie samego i przeraził się tak bardzo, że szybko zaplanował i wybudował swój sen - pułapkę. Tylko dlaczego wtedy nie postanowił sam siebie unicestwić? Powodów mogło być co najmniej kilka, ale dla nas, tutaj, ciekawsze od nich staje się pytanie: Co jeśli mu się to udało? Co, jeśli się zabił?
Otóż, moi drodzy, to by w efekcie nie zmieniło niczego. Dla niektórych teraz dopiero powiało grozą, prawda? Jaś zniszczył siebie w przypływie mocy i woli stwórczej, ale zanim to zrobił, więcej niż pewne, że zdążył przetestować wariant z pułapką snu. I dlatego wciąż tu jesteśmy. Bo jeżeli potem, po tym teście, samego Jasia już nie ma (ot, przebudził się i zniszczył… Zniknął!), to wcześniej, kiedy jeszcze pułapkę testował, jesteśmy my i obracamy się wraz z nią w nieskończoność, zawsze w takiej samej formie. Dlaczego? Dlatego, że Jaś nie mógł się oprzeć sprawdzeniu możliwości takiego wielokrotnego, nieskończonego powrotu, jako najlepszej możliwej pułapki na siebie. Z tego wniosek, że mimo, że tam gdzie nie ma nas i nie ma czasu, nie ma też Jasia, to tutaj, gdzie wciąż kotłujemy się w czasie, jest niestety także złapany, nieznający siebie, Jaś.
Objawiło mi się dlaczego od dziecka miałem kryzys wieku średniego i nie chciałem mieć dzieci. Otóż, niemal od początku byłem swoim własnym ojcem. Chyba czułem, że ktoś musi tę rolę przyjąć, bo tego drugiego, właściwego, zazwyczaj w okolicy nie było.
Tak więc, wszystko co najważniejsze udało mi się osiągnąć już na początku życiowej drogi. Miałem dom, dwoje dzieci (w tym siebie) i żonę. Niby nie zachowywała się jak żona i nazywałem ją matką, ale... Generalnie, mogłem już wtedy czuć się spełniony życiowo i zacząć szukać czegoś więcej, jakichś głębszych sensów albo przynajmniej przygód (choćby z młodymi panienkami), które by mogły uzasadnić potrzebę mojego dalszego bytu.
Niestety, szybko mi się ta rola znudziła i obrzydła. W moim wieku mogła być dosyć frustrująca. Efekty są jednak żywe do dziś, bo kryzys nie minął i pewnie nie minie nigdy. Ale na ojcostwo nikt mnie już nie namówi. Raz wystarczy. Dużo zabawniej jest szukać przygód i sensów.
Oglądając reportaż o Czarnobylu i patrząc na biegnącego po śniegu napromieniowanego wilka, pomyślałem, że może warto żyć tak, jakby się było całym światem, ale teraz - żyjąc swoim życiem - w każdej chwili doznawało poprzez swoje pojedyncze istnienie tylko jego jednego małego wycinka. Przyjmując taki pogląd, nawet kiedy słabniemy i umieramy, nie tracimy wszystkiego. Dobiega końca akurat to jedno konkretne przeżywanie. Jeden fragment z nieskończoności równolegle istniejących fragmentów świata. Tak, jakby każda istota, w tym ja sam, w każdej chwili była nieruchomym zdarzeniem, myślą "we mnie".
Wynaleziono superbakterię, która zabija ludzki organizm ze stuprocentową pewnością. Choroba trwa około dwóch tygodni, może dłużej. W efekcie organizm jest wyniszczony i słaby, ale towarzyszy temu rozkosz zamiast bólu. Bakteria eutanazyjna szybko staje się popularna wśród samobójców i zainspirowanych nią kultów śmierci. Jeden z samobójców, codziennie obserwując w lustrze postępy choroby, odkrywa, że jest mu teraz dobrze i błogo ze świadomością, że odchodzi powoli. W takim stanie chciałby nawet jeszcze pożyć. Jego perwersyjna fiksacja na swoim stopniowym rozkładzie, pogłębia się z dnia na dzień. Opisuje dziwne doznania przyjemnego smutku. Wreszcie doświadcza wizji, które przenoszą go na poziomy uczuć, których istnienia, będąc zdrowym, nigdy by się nie domyślał. Zastanawia się co to znaczy, że nie istnieje żaden sposób na podzielenie się nimi z innym człowiekiem. Ta samotność wydaje mu się tak absurdalna, że niemożliwe, żeby miała prawo istnienia. A jednak istnieje. Teraz ma wrażenie, że wszystkie rzeczy zgromadziły się razem w jednym, bardzo kameralnym miejscu i umawiają się ze sobą dla zabawy, co do swoich właściwości. Potem, śmiejąc się, odchodzą, żeby zebrać się znów po skończonej grze. Ale lustro pokazuje już szarozieloną twarz ze stopionego wosku. Twarz spływa miękko w dół odsłaniając wreszcie słoneczne powietrza.
Pieter Bruegel, Wojna karnawału z postem (fragment)
System polityczny, w którym zwycięstwo zależy od manipulacji umysłami nie może być nazywany demokratycznym, bo tutaj nie demos rządzi, a demon - forma psychiczna, ukształtowana w umysłach zbiorowości. Twór taki powstaje mniej lub bardziej przypadkowo, zależnie od biegłości i szczęścia manipulatorów, którzy tą zbiorowością usiłują sterować.
Naprawdę zabawnie robi się, kiedy zauważyć, że ten demon posiada cechy schizofreniczne. Nie jest świadom przyczyn swoich przeświadczeń, odczuć, ani czynów i jest od nich całkowicie zależny. Wykazuje objawy resentymentu, histerii, paranoi i rozszczepienia osobowości, ale przy tym sądzi, że twardo stoi na straży tego co słuszne i że jest wolny w swoich wyborach.
Wybraliśmy się na wędrówkę przez las. Chodziło o to, żeby przeżyć jeszcze coś wyjątkowego na chwilę przed tym nim rozpocznie się wojna. Były cztery drogi, którymi mogliśmy pójść. Północna, najciekawsza, prowadziła na pustkowia, ale Paweł narzekał, że jest zbyt niebezpieczna. Ostatecznie wybraliśmy chyba wschodnią, która obiecywała najspokojniejsze miejsce na nocleg.
Następnego dnia mieliśmy się zgłosić na przydzielony posterunek. Kazano nam bronić boiska szkolnego przed lotnictwem wroga. Mówiło się, że ONI mają uderzyć w przeciągu trzech najbliższych dni. Nikt podobno nie wiedział, którego konkretnie dnia to się stanie. Zbieraliśmy się więc od rana na betonowym boisku przy mojej starej podstawówce. Żeby się tam dostać trzeba było przeleźć przez siatkę, wysoką mniej więcej jak te przy kortach tenisowych. Odprowadzali nas wzrokiem nieliczni gapie, którzy snuli się po drugiej stronie siatki. Tak - pomyślałem - fajnie jest popatrzeć na żywe trupy. To nawet nędznemu życiu dodaje na chwilę trochę smaku.
Póki co, czekaliśmy dość długo zanim nas wezwano na stanowisko właściwe. Szedłem na miejsce z Paulinką, której nasz przewodnik opowiadał skąd się wzięły przykryte wielkimi liśćmi kapusty trupy, leżące wzdłuż ulic. To niemiecka zbrodnia z Friedrichshof, mówił. Trupy miesiącami gniły pod otwartym niebem, więc my je tutaj przykrywamy liśćmi. A wtedy, było tak właśnie jak ja tutaj zrobię. Trzeba było liście wraz z tym mięsem gnijącym pod spodem, nacinać wzdłuż, żeby zrobić koleiny dla wozów i dla pieszych. O tak, właśnie.
W tamtej chwili odniosłem wrażenie, ze Paulinka jest na granicy poczytalności, bo żeby okazać spokój ducha, wyciągnęła nagle spomiędzy trupów kawałek surowego rybiego ogona, zamerdała nim w powietrzu jak dzwoneczkiem perkusyjnym i z głośnym ślurpnięciem odgryzła kawałek.
Zanim doszliśmy na nasz posterunek, postanowiłem zrobić w sklepie zapasy na najbliższe trzy dni. Wziąłem kilka kawałków śledzia korzennego i jeden kawałek śledzia marynowanego. Uznałem, że marynowany jest zbyt słodki żeby brać go więcej. Miałem też ze sobą oczywiście jakiś alkohol, jednak nie było go zbyt wiele.
Pomyślałem, że dobrze się składa, że nikt nas tu nie żegna. Tego by jeszcze brakowało.
Na miejscu, czyli w piwnicy pod jakimś dwurodzinnym domkiem - kostką, który stał na skrzyżowaniu ulic Plażowej i Baranowickiej, mieliśmy oczekiwać samolotów przeciwnika.
Wszyscy już byli. Maciek założył na tę okazję mundur oficera z 1939 roku. Wyglądał dostojnie i wyraźnie odstawał w nim od reszty towarzystwa. Piotrek z kolei wystroił się w mundur legionowy z 1918 i uznałem, że z jego szaroniebieskim kolorem, estetycznie całkiem nieźle pasuje przeciwlotniczemu obrońcy.
- Coś mało mamy alkoholu. – zauważyłem, patrząc na nasze zapasy ustawione wzdłuż ścian.
Potwierdzili niemo.
- A w sklepie był tylko śledź i ogórki. Kiepska dieta na te trzy dni.
- Po co ci więcej? Śledź i ogórki najlepsze do zagryzania wódki, a teraz ona nam się przyda najbardziej.
- No, właśnie. To może po kielichu?
- No, nie. Jeśli teraz zaczniemy, to nam nie wystarczy do końca. A co, jeśli oni zaatakują dopiero pojutrze? – Maciek wydawał się być zaangażowany taktycznie i nie potrafiłem sensownie zaprzeczyć, ale czułem, że coś jest nie tak z jego logiką.
- Kiedy wydadzą nam broń? – zapytał ktoś.
- Nie wydadzą. Nie potrzebujemy broni. Mamy tylko sprawiać wrażenie, że ją mamy, żeby ściągnąć na siebie ogień.
- Tak, ktoś tu musi być na straży i padło akurat na nas.
- Ciekawe ile potrwa wojna.
- Pewnie niedługo. Potem będzie okupacja i ona się przeciągnie. Ale potem pewnie wszystko rozejdzie się po kościach i będą jakieś porozumienia.
- To może byśmy już teraz zorganizowali ruch oporu, zamiast tutaj umierać?
- Nie. My ich tu musimy ściągnąć, żeby mieli jakieś straty w amunicji. Ruch oporu założą ci, których wyznaczono.
- Tak, dowodzenie jest dobre. Ja się na wojnie nie znam, ale jest dobre.
- Panowie, a może byśmy się wreszcie napili?
Wódka stojąca na podłodze w narożniku piwnicy wydała mi się teraz więcej niż atrakcyjna.
- No, a jak spuszczą na nas bombę, to poczujesz najpierw zapach… Potem się udusisz. Ale jak pójdzie rakieta, to się spalimy. I o to chodzi. Rakiety są droższe.
Zastanowiłem się, co by było, gdyby jakimś cudem udało mi się przeżyć.
Wtedy usłyszeliśmy dźwięk silników. Nadlatywali. Opuściliśmy piwnicę, żeby zająć miejsca dobrze widoczne z nieba. Do osłony mieliśmy murek wysokości około pół metra. Każdy dostał coś w rodzaju maski spawalniczej z dwoma uchwytami po bokach. Mieliśmy przez te maski patrzeć w niebo. Pojawiła się uroczo uśmiechnięta Dorota, która jako ekspert w dziedzinie teatralnych lornetek, poinstruowała nas co mamy robić ze sprzętem.
- Chwyćcie za te rączki, tutaj, po bokach. I teraz uwaga. Jeśli dociśniecie je za mocno, albo za słabo, to nic nie wypatrzycie. Ale nie martwcie się. Wystarczy samo wycelowanie w górę. Oni tam muszą tylko was zobaczyć, a maski, te szkiełka w nich, odbijają światło, więc po prostu puszczajcie nimi zajączki.
- Lecą. Patrzcie!
Spojrzałem w kierunku wskazywanym przez Pawła i zobaczyłem na niebie kilka dużych śmigłowych bombowców. Groźnie buczały latając dość chaotycznie w różnych kierunkach. Maciek nas jednak uspokoił:
- Eee… To nie oni. To nasi wystartowali. Tamtych nawet nie dojrzysz…
Przypomniałem sobie wtedy opowieść znajomego sprzed lat. Będąc czołgistą, twierdził, że przy różnicy technologii miedzy nami a nimi, pozostały mu czas życia w poruszającym się czołgu, zaraz po rozpoczęciu wojny, ocenia na jakieś piętnaście, do dwudziestu minut.
Nie czekając na pozostałych pociągnąłem solidny i pokrzepiający łyk wódki.
Ale zaraz i tak było już po wszystkim.
Ocalić planety, czy zwierząt, nie jesteśmy w stanie inaczej jak tylko przypadkiem, bo sami jesteśmy zwierzętami. A wszyscy razem powinniśmy się postrzegać raczej jako jedno zwierzę. I to bardzo zagubione i spanikowane od nihilizmu, który już mu pulsuje z tyłu głowy.
Gdy człek bierze tobołek i samotnie rusza w nieznane bory dla samej li tylko przygody, nie zważając, dokąd zajdzie, można by słusznie rzec, że zagubiony jest przez cały czas. Można też jednak równie słusznie powiedzieć, że przez cały ten czas jest po prostu w domu. Nie trapi go troska o przyszłość, odkrywa jeno nowe rejony, to wszystko.
Horace Sowers Kephart
Wypływa z tej myśli ciekawa nauka. Można ją zrozumieć szerzej, niż tylko w odniesieniu do wędrówki przez dzicz. Skoro dobrowolnie wybieramy stan zagubienia i, nie pragnąc nigdzie dotrzeć, godzimy się na nieustanną podróż, to faktycznie jesteśmy w pewnym sensie wciąż u siebie. Każde miejsce, które odkrywamy podczas drogi, jest właściwym miejscem. Żadne nie znajduje się bliżej, ani dalej od naszego celu, ponieważ ten cel jest wszędzie, gdzie jesteśmy my i jest osiągnięty już teraz. Celem jest samo wędrowanie.
Iść donikąd, to być zawsze u siebie.
Kiedy spojrzymy w ten sposób na swoje życie i potraktujemy je jako włóczęgę, w którą zanurzamy się, aby się w niej zagubić, to okazuje się, że znika problem z brakiem sensu tego życia. Jako jego cel stawiamy sobie wtedy jedynie przygodę odkrywania drogi. A ta wiedzie nas tam, dokąd sama zechce.
Trudność polega tutaj głównie na tym, że łatwo jest wpaść w pułapkę jakiegoś konkretnego celu, ulec mu i tym samym utracić perspektywę dystansu, która jest warunkiem doświadczenia wolności w tak traktowanym zagubieniu.
„Trwały element w stosunkach międzyludzkich Nietzschego. Nietzsche nie mógł zachować tego, co uważał w człowieku za istotne wręcz egzystencjalnie i za substancjalnie filozoficzne. Pochłonęła go dynamika jego natury. To, co Nietzsche trwale zachowuje z przyjaźni, zdaje się być dla niego, właśnie ze względu na trwałość, oznaką mniejszego znaczenia. Dręcząca droga doświadczenia Bytu przejawia się w jego obcości sprawom świata właściwej egzystencji wyjątku. Z jej głębi jednak przedziera się jednocześnie ludzkie uczucie ku temu, co naturalne i powszechne. Jeżeli nie jest ono nawet dla niego nigdy rzeczą decydującą, to przecież pragnie, by było ono obecne i się rozwijało, tak jak chciałby zachować dla siebie również wszystko, co odrzucone i stracone, a chwytając łut przyrodzonego szczęścia, pragnie wziąć je takie jakie jest, o ile nie zrodzi to konfliktu z zadaniem.”
Karl Jaspers, Nietzsche
Wydaje się, że gdyby mu się to udawało, to jednak rodziłoby konflikt z „zadaniem”. Samotność była mu niezbędna do myślenia pod prąd. Kiedy już spotykał właściwego człowieka – jakiś bardzo rzadki okaz swojego „wyższego człowieka”, który nazywał otwarcie przyjacielem – zjawiał się w nim nieświadomy impuls, z czegoś, co prowadziło go nie ku własnemu dobru, ale konsekwentnie ku jego „zadaniu”; i działało za każdym razem odwrotnie do świadomych zamierzeń Nietzschego.
Im bardziej starał się wtedy zbliżyć do ludzi, tym bardziej jego gesty stawały się groteskowe i oddziaływały odwrotnie do intencji. Nawet przy całej swojej samowiedzy, nie zauważał tego.
W efekcie, wywoływał zamieszanie, które potem intuicyjnie projektował na jakiś rozważany problem całościowo, starając się wychwycić tego problemu prawdziwe uwarunkowania.
I w tym przenoszeniu swojego nieuświadamianego chaosu na chaos „zewnętrzny” był faktycznie świetnym psychologiem.
Sprawia to wszystko wrażenie, jakby rządziło nim coś na kształt jakiegoś mitycznego geniusza – ducha opiekuńczego - który będąc powiernikiem jego „życiowego zadania”, podporządkowywał temu zadaniu wszystko inne. Cały los Nietzschego jako człowieka, uparcie, wbrew jego woli, prowadził go ku samotności.
Stąd już tylko krok do wyobrażenia sobie, z jakiego przeczucia mógł wypływać pomysł o woli mocy jako zasadzie nadrzędnej wobec przyjemności, szczęścia, własnego dobra itd.