piątek, 11 października 2019

Przywilej, czy obłęd?

Pieter Bruegel, Wojna karnawału z postem (fragment)

System polityczny, w którym zwycięstwo zależy od manipulacji umysłami nie może być nazywany demokratycznym, bo tutaj nie demos rządzi, a demon - forma psychiczna, ukształtowana w umysłach zbiorowości. Twór taki powstaje mniej lub bardziej przypadkowo, zależnie od biegłości i szczęścia manipulatorów, którzy tą zbiorowością usiłują sterować.

Naprawdę zabawnie robi się, kiedy zauważyć, że ten demon posiada cechy schizofreniczne. Nie jest świadom przyczyn swoich przeświadczeń, odczuć, ani czynów i jest od nich całkowicie zależny. Wykazuje objawy resentymentu, histerii, paranoi i rozszczepienia osobowości, ale przy tym sądzi, że twardo stoi na straży tego co słuszne i że jest wolny w swoich wyborach.

środa, 2 października 2019

Obrona przeciwlotnicza

Wybraliśmy się na wędrówkę przez las. Chodziło o to, żeby przeżyć jeszcze coś wyjątkowego na chwilę przed tym nim rozpocznie się wojna. Były cztery drogi, którymi mogliśmy pójść. Północna, najciekawsza, prowadziła na pustkowia, ale Paweł narzekał, że jest zbyt niebezpieczna. Ostatecznie wybraliśmy chyba wschodnią, która obiecywała najspokojniejsze miejsce na nocleg.

Następnego dnia mieliśmy się zgłosić na przydzielony posterunek. Kazano nam bronić boiska szkolnego przed lotnictwem wroga. Mówiło się, że ONI mają uderzyć w przeciągu trzech najbliższych dni. Nikt podobno nie wiedział, którego konkretnie dnia to się stanie. Zbieraliśmy się więc od rana na betonowym boisku przy mojej starej podstawówce. Żeby się tam dostać trzeba było przeleźć przez siatkę, wysoką mniej więcej jak te przy kortach tenisowych. Odprowadzali nas wzrokiem nieliczni gapie, którzy snuli się po drugiej stronie siatki. Tak - pomyślałem - fajnie jest popatrzeć na żywe trupy. To nawet nędznemu życiu dodaje na chwilę trochę smaku.

Póki co, czekaliśmy dość długo zanim nas wezwano na stanowisko właściwe. Szedłem na miejsce z Paulinką, której nasz przewodnik opowiadał skąd się wzięły przykryte wielkimi liśćmi kapusty trupy, leżące wzdłuż ulic. To niemiecka zbrodnia z Friedrichshof, mówił. Trupy miesiącami gniły pod otwartym niebem, więc my je tutaj przykrywamy liśćmi. A wtedy, było tak właśnie jak ja tutaj zrobię. Trzeba było liście wraz z tym mięsem gnijącym pod spodem, nacinać wzdłuż, żeby zrobić koleiny dla wozów i dla pieszych. O tak, właśnie.

W tamtej chwili odniosłem wrażenie, ze Paulinka jest na granicy poczytalności, bo żeby okazać spokój ducha, wyciągnęła nagle spomiędzy trupów kawałek surowego rybiego ogona, zamerdała nim w powietrzu jak dzwoneczkiem perkusyjnym i z głośnym ślurpnięciem odgryzła kawałek.

Zanim doszliśmy na nasz posterunek, postanowiłem zrobić w sklepie zapasy na najbliższe trzy dni. Wziąłem kilka kawałków śledzia korzennego i jeden kawałek śledzia marynowanego. Uznałem, że marynowany jest zbyt słodki żeby brać go więcej. Miałem też ze sobą oczywiście jakiś alkohol, jednak nie było go zbyt wiele.
Pomyślałem, że dobrze się składa, że nikt nas tu nie żegna. Tego by jeszcze brakowało.

Na miejscu, czyli w piwnicy pod jakimś dwurodzinnym domkiem - kostką, który stał na skrzyżowaniu ulic Plażowej i Baranowickiej, mieliśmy oczekiwać samolotów przeciwnika.
Wszyscy już byli. Maciek założył na tę okazję mundur oficera z 1939 roku. Wyglądał dostojnie i wyraźnie odstawał w nim od reszty towarzystwa. Piotrek z kolei wystroił się w mundur legionowy z 1918 i uznałem, że z jego szaroniebieskim kolorem, estetycznie całkiem nieźle pasuje przeciwlotniczemu obrońcy.
- Coś mało mamy alkoholu. – zauważyłem, patrząc na nasze zapasy ustawione wzdłuż ścian.
Potwierdzili niemo.
- A w sklepie był tylko śledź i ogórki. Kiepska dieta na te trzy dni.
- Po co ci więcej? Śledź i ogórki najlepsze do zagryzania wódki, a teraz ona nam się przyda najbardziej.
- No, właśnie. To może po kielichu?
- No, nie. Jeśli teraz zaczniemy, to nam nie wystarczy do końca. A co, jeśli oni zaatakują dopiero pojutrze? – Maciek wydawał się być zaangażowany taktycznie i nie potrafiłem sensownie zaprzeczyć, ale czułem, że coś jest nie tak z jego logiką.
- Kiedy wydadzą nam broń? – zapytał ktoś.
- Nie wydadzą. Nie potrzebujemy broni. Mamy tylko sprawiać wrażenie, że ją mamy, żeby ściągnąć na siebie ogień.
- Tak, ktoś tu musi być na straży i padło akurat na nas. 
- Ciekawe ile potrwa wojna.
- Pewnie niedługo. Potem będzie okupacja i ona się przeciągnie. Ale potem pewnie wszystko rozejdzie się po kościach i będą jakieś porozumienia.
- To może byśmy już teraz zorganizowali ruch oporu, zamiast tutaj umierać?
- Nie. My ich tu musimy ściągnąć, żeby mieli jakieś straty w amunicji. Ruch oporu założą ci, których wyznaczono.
- Tak, dowodzenie jest dobre. Ja się na wojnie nie znam, ale jest dobre.
- Panowie, a może byśmy się wreszcie napili?
Wódka stojąca na podłodze w narożniku piwnicy wydała mi się teraz więcej niż atrakcyjna.
- No, a jak spuszczą na nas bombę, to poczujesz najpierw zapach… Potem się udusisz. Ale jak pójdzie rakieta, to się spalimy. I o to chodzi. Rakiety są droższe.
Zastanowiłem się, co by było, gdyby jakimś cudem udało mi się przeżyć.

Wtedy usłyszeliśmy dźwięk silników. Nadlatywali. Opuściliśmy piwnicę, żeby zająć miejsca dobrze widoczne z nieba. Do osłony mieliśmy murek wysokości około pół metra. Każdy dostał coś w rodzaju maski spawalniczej z dwoma uchwytami po bokach. Mieliśmy przez te maski patrzeć w niebo. Pojawiła się uroczo uśmiechnięta Dorota, która jako ekspert w dziedzinie teatralnych lornetek, poinstruowała nas co mamy robić ze sprzętem.
- Chwyćcie za te rączki, tutaj, po bokach. I teraz uwaga. Jeśli dociśniecie je za mocno, albo za słabo, to nic nie wypatrzycie. Ale nie martwcie się. Wystarczy samo wycelowanie w górę. Oni tam muszą tylko was zobaczyć, a maski, te szkiełka w nich, odbijają światło, więc po prostu puszczajcie nimi zajączki.

- Lecą. Patrzcie!
Spojrzałem w kierunku wskazywanym przez Pawła i zobaczyłem na niebie kilka dużych śmigłowych bombowców. Groźnie buczały latając dość chaotycznie w różnych kierunkach. Maciek nas jednak uspokoił:
- Eee… To nie oni. To nasi wystartowali. Tamtych nawet nie dojrzysz…
Przypomniałem sobie wtedy opowieść znajomego sprzed lat. Będąc czołgistą, twierdził, że przy różnicy technologii miedzy nami a nimi, pozostały mu czas życia w poruszającym się czołgu, zaraz po rozpoczęciu wojny, ocenia na jakieś piętnaście, do dwudziestu minut.
Nie czekając na pozostałych pociągnąłem solidny i pokrzepiający łyk wódki.
Ale zaraz i tak było już po wszystkim.

środa, 11 września 2019

Festiwal klimatyczny



Ocalić planety, czy zwierząt, nie jesteśmy w stanie inaczej jak tylko przypadkiem, bo sami jesteśmy zwierzętami. A wszyscy razem powinniśmy się postrzegać raczej jako jedno zwierzę. I to bardzo zagubione i spanikowane od nihilizmu, który już mu pulsuje z tyłu głowy.

poniedziałek, 9 września 2019

W domu, bo w drodze



 Gdy człek bierze tobołek i samotnie rusza w nieznane bory dla samej li tylko przygody, nie zważając, dokąd zajdzie, można by słusznie rzec, że zagubiony jest przez cały czas. Można też jednak równie słusznie powiedzieć, że przez cały ten czas jest po prostu w domu. Nie trapi go troska o przyszłość, odkrywa jeno nowe rejony, to wszystko.

Horace Sowers Kephart

Wypływa z tej myśli ciekawa nauka. Można ją zrozumieć szerzej, niż tylko w odniesieniu do wędrówki przez dzicz. Skoro dobrowolnie wybieramy stan zagubienia i, nie pragnąc nigdzie dotrzeć, godzimy się na nieustanną podróż, to faktycznie jesteśmy w pewnym sensie wciąż u siebie. Każde miejsce, które odkrywamy podczas drogi, jest właściwym miejscem. Żadne nie znajduje się bliżej, ani dalej od naszego celu, ponieważ ten cel jest wszędzie, gdzie jesteśmy my i jest osiągnięty już teraz. Celem jest samo wędrowanie.
Iść donikąd, to być zawsze u siebie.

Kiedy spojrzymy w ten sposób na swoje życie i potraktujemy je jako włóczęgę, w którą zanurzamy się, aby się w niej zagubić, to okazuje się, że znika problem z brakiem sensu tego życia. Jako jego cel stawiamy sobie wtedy jedynie przygodę odkrywania drogi. A ta wiedzie nas tam, dokąd sama zechce.

Trudność polega tutaj głównie na tym, że łatwo jest wpaść w pułapkę jakiegoś konkretnego celu, ulec mu i tym samym utracić perspektywę dystansu, która jest warunkiem doświadczenia wolności w tak traktowanym zagubieniu.

piątek, 9 sierpnia 2019

Antypatyczny duch opiekuńczy


Trwały element w stosunkach międzyludzkich Nietzschego. Nietzsche nie mógł zachować tego, co uważał w człowieku za istotne wręcz egzystencjalnie i za substancjalnie filozoficzne. Pochłonęła go dynamika jego natury. To, co Nietzsche trwale zachowuje z przyjaźni, zdaje się być dla niego, właśnie ze względu na trwałość, oznaką mniejszego znaczenia. Dręcząca droga doświadczenia Bytu przejawia się w jego obcości sprawom świata właściwej egzystencji wyjątku. Z jej głębi jednak przedziera się jednocześnie ludzkie uczucie ku temu, co naturalne i powszechne. Jeżeli nie jest ono nawet dla niego nigdy rzeczą decydującą, to przecież pragnie, by było ono obecne i się rozwijało, tak jak chciałby zachować dla siebie również wszystko, co odrzucone i stracone, a chwytając łut przyrodzonego szczęścia, pragnie wziąć je takie jakie jest, o ile nie zrodzi to konfliktu z zadaniem.”

Karl Jaspers, Nietzsche

Wydaje się, że gdyby mu się to udawało, to jednak rodziłoby konflikt z „zadaniem”. Samotność była mu niezbędna do myślenia pod prąd. Kiedy już spotykał właściwego człowieka – jakiś bardzo rzadki okaz swojego „wyższego człowieka”, który nazywał otwarcie przyjacielem – zjawiał się w nim nieświadomy impuls, z czegoś, co prowadziło go nie ku własnemu dobru, ale konsekwentnie ku jego „zadaniu”; i działało za każdym razem odwrotnie do świadomych zamierzeń Nietzschego. 
Im bardziej starał się wtedy zbliżyć do ludzi, tym bardziej jego gesty stawały się groteskowe i oddziaływały odwrotnie do intencji. Nawet przy całej swojej samowiedzy, nie zauważał tego. 
W efekcie, wywoływał zamieszanie, które potem intuicyjnie projektował na jakiś rozważany problem całościowo, starając się wychwycić tego problemu prawdziwe uwarunkowania. 
I w tym przenoszeniu swojego nieuświadamianego chaosu na chaos „zewnętrzny” był faktycznie świetnym psychologiem. 

Sprawia to wszystko wrażenie, jakby rządziło nim coś na kształt jakiegoś mitycznego geniusza – ducha opiekuńczego - który będąc powiernikiem jego „życiowego zadania”, podporządkowywał temu zadaniu wszystko inne. Cały los Nietzschego jako człowieka, uparcie, wbrew jego woli, prowadził go ku samotności.
Stąd już tylko krok do wyobrażenia sobie, z jakiego przeczucia mógł wypływać pomysł o woli mocy jako zasadzie nadrzędnej wobec przyjemności, szczęścia, własnego dobra itd. 

piątek, 12 lipca 2019

Zabłąkany w świadomości

Iwan Bilibin, Wasilisa i chatka na kurzej łapce

W religiach interesują mnie głównie archetypy, czyli „autoportrety instynktów”, które stoją za postaciami i wątkami mitycznymi. Na drugim zupełnie i trzecim planie stoi filozofia, a tym bardziej ideologia religijna, które są zawsze produktami świadomego myślenia, późnymi i często zmieniającymi się - nawet w obrębie jednej religii. Dużo ciekawsze jest zawsze to, co ludzko-zwierzęce i schowane pod powierzchnią rozumu.

„Nieświadomość jest duchem chtonicznym i zawiera typowe obrazy Sapientia Dei. Jeśli więc intelekt cywilizowanego człowieka naszej epoki, z nagła spoglądając w oblicze Matki – Ziemi, drętwieje z przerażenia, to tylko dlatego, że zabłąkał się w świadomości.”

C. G. Jung, Praktyka psychoterapii

„I w gruncie ileż jeszcze nowych ideałów jest możliwych! – Oto mały ideał, który raz co każde pięć tygodni chwytam podczas dzikiej i samotnej przechadzki w lazurowym momencie lekkomyślnego szczęścia. Spędzić życie pośród rzeczy delikatnych i absurdnych; obco wobec realności; na poły artystą, na poły ptakiem i metafizykusem; nie mając ani „tak”, ani „nie” dla realności, chyba że na sposób dobrego tancerza, to tu, to ówdzie uznając ją tknięciem stopy; zawsze łaskotany jakimś słonecznym promieniem szczęścia; rozbawiony i zuchwały nawet poprzez smętek, smęt bowiem podtrzymuje szczęśliwego; przyczepia ponadto nawet rzeczom najświętszym mały ogonek błazeństwa, jest to, jak się samo przez się rozumie, ideał ciężkiego, na cetnary ciężkiego ducha, ducha ciężkości.”

F. Nietzsche, Wola mocy

piątek, 31 maja 2019

Przyczyna, czy cel?

Theodor Kittelsen, "Jeg er saa sulten at det piber i Tarmene mine, sagde Skrubben" (1900)

Czy celowość w naturze występuje? A może jest złudzeniem obserwatora? Wilk atakujący jagnię, zdaje się robić to w jakimś celu – żeby zabić je i pożywić się. Jednak może to być nasze złudzenie i wilk nie doświadcza świadomości celu, ani ten cel nie pojawia się w jego nieświadomym działaniu. Zachodzi tu jedynie skomplikowany proces wynikania. Wilk poddaje się oddziaływaniu instynktu, który tak, a nie inaczej ukształtowany na drodze ewolucyjnej promocji i eliminacji, nakazuje mu działać w określony sposób, niejako oddolnie.

Jeśli tak jest, to człowiek byłby tutaj ze swoją świadomością działania celowego i swoim wyobrażeniem o celu, wyjątkiem. Czy na pewno jednak? A jeśli jest tak, że nasze działania również są efektem impulsów-reakcji, na odpowiednio skomplikowanym poziomie będąc tym samym, co nieświadome działanie wilka? Różniłyby się z pewnością stopniem złożoności, ale i czymś jeszcze. Dochodziłoby w nich do wykształcania się mechanizmu weryfikującego skuteczność i zasadność podejmowanych z inspiracji nieświadomej działań. Na początku pojawiałoby się wyobrażenie celu, reprezentującego zwieńczenie pierwotnego procesu reakcji. Efekty podjętych działań byłyby następnie porównywane ze spodziewanym przebiegiem procesu, a ten z kolei z wyobrażeniem jego zwieńczenia, czyli oczekiwanego celu. Wyobrażenia związane z celem działań, stanowiłyby więc rodzaj mechanizmu wspierającego sam instynktowy proces reakcji na dane warunki. I w tym sensie byłyby jego rozwinięciem, jako system weryfikujący jego skuteczność.

Cała dalsza nadbudowa fantazji związanych z celem i sensem, okazywałaby się wtedy wynikiem efektu ubocznego pewnego rodzaju "zmysłu powiadamiania o procesach”.
Wobec tego, również wysoko rozwiniętą świadomość należałoby uznać za oddolnie napędzany system, równoległy do nieświadomych procesów instynktowych i sam w sobie będący jednym z takich procesów, którego funkcja polega na usprawnieniu i uelastycznieniu przebiegu wszystkich innych.

środa, 8 maja 2019

Pałac kąpielowy krwi

Kocioł z Gundestrup, II-I w. p. n. e.

Celtyckie kapłanki, ozdabiające wieńcami głowy więźniów, których potem poprowadzą na skraj basenu wypełnionego pustymi amforami. Uroczyście poderżną im gardła. Będą wróżyć z biegu ich krwi. Otworzą wnętrzności, by z nich wróżyć.

Czy oni wiedzieli? Czy uważali, że istnienie nigdy się nie kończy? Że nic się nie kończy.
Jednostka kończy się. Potem następna i następna. Ale istnienie - to właśnie przemiany. Czy to możliwe, żeby powiedzieć TAK istnieniu? Trzeba zgodzić się na bycie po kolei wszystkim. W kolejności dowolnej. To bardzo dalekie od porannego wstawania do pracy. Kompletnie inne, niż to co ludzkie. Przecież zupełnie nie moje. Przecież jestem teraz. A miałbym być w każdych czasach - zawsze teraz. Miałbym być każdym. Oszałamiające.

Uczucia wyzwalane przez uroczystą ofiarę z człowieka.

poniedziałek, 6 maja 2019

Góra chwytająca

Znalazłem się w nadmorskim miasteczku, leżącym pod górą, która wyglądała jak ogromne kolano, wycelowane w niebo i jednocześnie zwieszające się nad morzem. Poszukiwałem zaginionych na górze, kiedy zaskrzeczał mój elektroniczny detektor, błyskając kilkoma zielonymi światełkami, rozrzuconymi po mapie rozległego terenu. Jedno z tych pulsujących kółeczek odezwało się do mnie głosem Miśka, który przed laty pomógł mi zdobyć pracę. Sądziłem o nim, że jest zbyt rozsądny, żeby iść w góry w klapkach. Teraz, między trzaskami głośnika, ni to wołał o ratunek, ni to przestrzegał przed górą. Nie do końca słyszałem co mówił. Zdaje się, że miałem nie wierzyć w rzeczy, które tam będą wchodziły ze sobą w relacje. Ale kiedy już zaczną, to nie będę potrafił, bo nikt nie potrafił… I teraz wszyscy tam utkwili. Pozostali zaginieni milczeli, pulsując tylko zielonymi kółkami na detektorze.

Słońce już się z wolna chowało za górą, kiedy zacząłem wspinaczkę. Byłem pewien, że odnajdę wszystkich bez problemu i wyzbieram, jak muszelki rozrzucone po plaży. Jacyś przydrożni miejscowi kręcili głowami z niepokojem i próbowali mi odradzać. Nikt tam nie chodzi. Nikt nie wraca. I tak dalej. Szedłem pod górę łagodnym zacienionym zboczem. I wtedy podniosła się fioletowa mgła. Coś mi pokazało wyraźnie, że góra zupełnie jest pozbawiona skał, ale pokrywa ją brązowa, szczeciniasta i ciepła skóra, pod którą wyczuwa się mrowie buszującego robactwa. Jest tam życie - mówi się - dużo życia. Na powierzchni tej skóry - tam wyżej - leży wiele martwych już owadów, których pancerze pokryte są symbolami religijnymi. Głównie chrześcijańskimi, choć nie brak też innych.

Dalej zobaczyłem plamę ciemności, rozdzielającą niskie drzewa. Spodziewałem się tam stromej ścieżki w górę. Zapadł już jednak zmrok i pomyślałem, że lepiej będzie rozpytać jeszcze trochę miejscowych i wrócić tu należycie przygotowanym jutro. Myślę, że właśnie wtedy dałem się górze schwytać.

Po powrocie do miasteczka otoczył mnie tłum ludzi, którzy domagali się tego i owego, nazywając mnie inspektorem Scotland Yardu. Kiedy chodząc między nimi zbierałem informacje na temat góry i zaginionych, podszedł do mnie człowiek, który twierdził, że wysłano go za mną, by przekazał mi rozkaz powrotu. Przede wszystkim zaś, zakazano mi wspinania się na górę. A tym samym on – człowiek z rozkazem – przejmuje sprawę zaginionych. Odmówiłem i zostawiłem wszystkich na rynku, udając się na poszukiwanie jakiejś gospody.

Teraz jednak, byłem już nim – wściekłym na inspektora Scotland Yardu, człowiekiem z rozkazem. Postanowiłem tegoż inspektora powstrzymać siłą. W tym celu, wyciągając pałasz, wyzwałem go na pojedynek. Sądziłem, że jest uzbrojony we własne ostrze, i że wyjdziemy przynajmniej na ulicę. Ale on od razu podjął walkę, używając tylko czarnej szpicruty, którą miał pod ręką. Szło mu nadspodziewanie dobrze i nasz pojedynek przeciągał się długo, nie dając się rozstrzygnąć.

Naraz, znów byłem inspektorem, ale wokół zalegała fioletowo szara mgła i pełno było dużych, strzykających owadów, których pancerze pokrywały symbole religijne. Obok mnie, człowiek z rozkazem, wymachując pałaszem, odpierał ataki jakiegoś dziwnego stwora, który poruszał się niezdarnie, uzbrojony w dwa topory. Jego ruchy były bardzo powolne i bez problemu udało nam się go zabić. Mój nieoczekiwany sprzymierzeniec zachęcił mnie do przejęcia toporów. Okazały się być wykonane ze szkła. Nie wiem dlaczego ściągnąłem z nich gumową okładzinę rękojeści i podjąłem walkę ze stworami, które teraz wyglądały jak żywe trupy kobiet, obficie krwawiące z ran, lecz sprawiające dużo problemu, bo nie uginające się pod ciosami.

Całe ciemne zbocze pełne było stworów sunących w naszą stronę, niczym ruchome rozczapierzone kikuty, i strzykających owadów, pokrytych symbolami religijnymi. Wiele z nich było już martwych, ale przybywało wciąż nowych i zdawało się, że nasza wspinaczka może potrwać bardzo długo, a być może nie skończy się nigdy. Być może, jak w baśni, zostanę tu, bo zgubiło mnie wahanie, kiedy zawróciłem, zamiast iść za pierwszym wyborem - ciemną ścieżką między drzewa.

środa, 3 kwietnia 2019

Prosta geografia czasu

Labirynt z Rocky Valley w Kornwalii

Chwila istnienia, która jest teraz, nie może być mniej istniejąca od chwili, która nastąpi po niej i dlatego właśnie, a nie ze względu na pomysł o fizycznej czasoprzestrzeni, wszystkie chwile, wszystkie zdarzenia, istnieją w pewnym sensie równorzędnie.

Historię widzę jako szczególną geografię, gdzie zdarzenia mieszczą się zawsze na swoich własnych obszarach, niedostępnych dla innych obszarów, jednak możliwych do objęcia wyobraźnią. Stąd wyobraźnia, jako klucz do historii – narzędzie geografii czasu.

Chwila TERAZ jest zawsze istniejącym obszarem.

To, co minęło, wciąż istnieje daleko stąd – na swoim obszarze. W swoim miejscu. Podobnie coś, co dziś jeszcze nie nadeszło – pozostaje w swojej teraźniejszości.

I w tym sensie można sobie wyobrażać, że jest tak, jakby wszystkie zdarzenia miały wrócić raz i jeszcze nieskończoną ilość razy. Każde życie, każda chwila każdego życia zostanie przeżyta w tej samej postaci, na właściwych sobie regułach, bez wiedzy o przyszłości i o wszystkich innych chwilach wiecznej teraźniejszości, która widziana z jednego miejsca, wydaje się być przestrzenią, ale widziana ze wszystkich naraz, byłaby punktem.

piątek, 29 marca 2019

Samotny stażem pan młody

  Byłem chłopem i właśnie umarła moja matka. Ułożyłem jej ciało na dwukołowym wozie i pociągnąłem na wysokie wzgórze za wsią. Tam ją pogrzebałem i stałem czas jakiś czekając na coś. Nic się jednak nie wydarzyło, ani nikt więcej nie przyszedł. Okazało się natomiast, że jest piękne lato. Sama pełnia lata. Pomyślałem wtedy, że nie mam tu specjalnie nic do zrobienia, więc będzie najlepiej jeśli zostawię wszystko i pójdę w świat.

 Wóz postanowiłem oddać komukolwiek, kogo spotkam po drodze. Schodząc z powrotem w kierunku wioski zauważyłem, że zanosi się na burzę i zaraz potem spotkałem innego chłopa. Przekazałem mu wóz, zwierzając się jednocześnie ze swoich planów. Zamierzałem iść przed siebie, a wieczorem rozpalić ognisko i ułożyć do snu.

 Kiedy mu o tym opowiadałem, rozpoczęło się bombardowanie. Latały nad nami prymitywne dwupłatowce, z których zrzucano bomby, a więc musiał to być początek dwudziestego wieku. Ludzie wokół szukali sobie schronienia biegając w popłochu i mój rozmówca dołączył do nich, porzucając darowany mu właśnie wóz.

 Pomyślałem, że będę się trzymał drzew i spróbuję dotrzeć do lasu. Wtedy z jakichś drzwi ktoś do mnie zamachał - młoda dziewczyna, której mój pomysł na przyszłość bardzo się spodobał i postanowiła iść ze mną. Potrzebowaliśmy jednak ciepłych ubrań, a ja dodatkowo butów, bo przez cały czas chodziłem boso. Jedno i drugie udało się szybko znaleźć w ogólnym zamęcie i rozgardiaszu związanym z bombardowaniem. Zdobyliśmy ciepłe damskie kurtki puchowe. Były obszerne i w kolorach pastelowych.

 Chciałem zabrać dziewczynę do lasu i rozpalić ogień, ale samoloty wciąż krążyły nad nami, więc uznałem, że dym mógłby być teraz nie najlepszym pomysłem. Postanowiliśmy, tymczasowo, poszukać schronienia w pobliskim gospodarstwie. Gospodarz oponował, mówiąc że ONI już i tak są na naszym tropie i jadą tu białym samochodem. Ostatecznie jednak, zgodził się ukryć nas na strychu.

 Chowając się, właściwie, przyznawałem mu rację, bo sam już ten biały samochód słyszałem. Docierał do mnie dźwięk jego silnika i trzaskanie drzwiami, kiedy barykadowałem nas od środka. Plan był teraz taki, żeby znaleźć jakieś wyjście stąd, tajny tunel, albo chociaż skrytkę, zanim oni zdołają tu wtargnąć przełamując barykadę. Niestety, nie udało się planu zrealizować i już chwilę potem udawaliśmy się na przesłuchanie.

 Kiedy prowadzono nas po stukoczących dechach jakiejś wieloizbowej chaty, zajętej (zapewne tymczasowo) przez najeźdźcę, myślałem o tym, że czeka mnie za chwilę wyjątkowo nieprzyjemne doświadczenie. Za wszelką cenę jednak powinienem im nie mówić. Nie wiedziałem, co prawda, o czym, ale szukałem już w sobie jakiegoś wewnętrznego nastawienia, które by mi to niemówienie umożliwiało. Zrozumiałem, jak niefortunnie się składa, że na to całe przesłuchanie idziemy razem, ja i dziewczyna.

 Kiedy wreszcie dotarliśmy na miejsce, ujrzałem obrazek częściowo tylko spójny. Otóż, byli tam Niemcy. Oczywiście, kto inny chciałby bombardować wieś! Kilku schludnych świńskich blondynów i elegancka blondynka – tutaj wszystko było na miejscu. Ale dowodził nimi dwumetrowy brunet o bardzo sympatycznej fizjonomii, a wszyscy siedzieli przy suto zastawionym stole, do którego i nas dwoje zaproszono. Blondynka głaskała mnie wzrokiem tak, że poczułem się błogo, jak mały chłopiec. Zresztą, było tu ciepło i niemal jak w domu.

 Jowialny brunet poprosił żebyśmy się poczęstowali i opowiedzieli coś o sobie. Postanowiłem postawić na szczerość i wyjaśnić mu istotę mojego objawienia ze wzgórza, które nakazywało mi iść na wędrówkę, ponieważ tylko porzucenie wszystkiego co miałem i wędrówka przez świat, mogą mieć dla mnie jeszcze jakiś sens. Nie wiem czy mnie zrozumiał, ale w pewnym momencie przerwał mi, pytając, czy z tego właśnie powodu oboje – ja i ta tutaj piętnastolatka - nawrzucaliśmy suchych liści do przerębli.

 Hmm, nie sądziłem, że ona może mieć piętnaście lat. I te przeręble, których zupełnie nie mogłem sobie przypomnieć… Tym bardziej, że akurat było lato. Byłem jednak gotów machnąć ręką na te drobiazgi i pozwolić mu pozostać w błędzie, byle tylko móc dalej opowiadać, że oto ja i ona wybieramy się właśnie razem w świat i musimy już lecieć.

Niestety, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, przygoda, wraz z pianiem budzika, urywa się w najciekawszym momencie.

piątek, 8 marca 2019

Sens przyrody poza ekologią


 
"Kto widział wiatr? Ani ja, ani ty. Ale gdy liście drżą na drzewach, To wiatr przechodzi tędy. Kto widział wiatr? Ani ty, ani ja. Ale gdy drzewa pochylają swe głowy, To wiatr tutaj hula."
Christina Rossetti (tłum. Ryszard Mierzejewski)

Widziałbym wszystkie miejsca jako pozbawione człowieka. Może ktoś by mnie nazwał ekologiem radykalnym, ale widziałbym je tak ze względu na przyrodę - jej dobro - i dobro człowieka jednocześnie. Przyroda bez nas, wydaje mi się czymś czystym i godnym podziwu. Ktoś mógłby odpowiedzieć, że przecież, jeśli nie ma kto jej oglądać, to jej zachowanie mija się z celem i sensem. To po części prawda, jednak odszedłbym tutaj od ludzkiej kategorii sensu, na rzecz kategorii piękna. Zachowałbym więc przyrodę dla niej samej, ze względu na to, że stałaby się, istniejąc bez nas i po nas, pewnego rodzaju ostatnim, długim akapitem opowieści o naszym gatunku. Wiele się już zdarzyło w jego historii i myślę, że ten obraz można by w każdej chwili uznać za dokończony, lub prawie dokończony.

Pojawia się w tym miejscu tęsknota za przeszłością, która zdaje się być czymś minionym bezpowrotnie i tylko próby nieustannego jej powtarzania - zawsze w nieco innej formie - są w stanie, w pewnym sensie, ją aktualizować. Czym jest ta dziwna tęsknota? Eliade pisał: Według Platona uczenie się to przypominanie sobie. Przedmioty fizyczne pomagają duszy wycofać się w głąb siebie i – poprzez coś na kształt „wędrówki wstecz” – odkryć samą siebie na nowo, odzyskać pierwotną wiedzę, którą posiadała jako byt pozaziemski. Otóż młody Australijczyk drogą inicjacji odkrywa, że jako przodek mityczny gościł już w przeszłości mitycznej; dzięki inicjacji uczy się on robić wszystko to, co robił ongiś, na początku, gdy pojawił się po raz pierwszy w postaci istoty mitycznej.*

W tym sensie nic, co się kończy i przemija, paradoksalnie, nie przestaje istnieć, ponieważ - dopiero zakończone - dołącza do obrazu całości i w nim zyskuje znaczenie.

23.01.23. Dzisiaj dodałbym, że za milion, dwa, czy trzy miliony lat - nawet jeśli trzeba by było miliarda (świat ma na to czas) - i tak zrobi się podobnie jak teraz. Gdybyśmy bezpowrotnie zniknęli z mapy istnienia, to jakieś życie znów pewnie dojdzie do podobnego etapu. W tych warunkach to proces równie konieczny, jak to co się dzieje w gwiazdach.
Może przez jakiś czas byłoby lepiej, piękniej, mniej świadomie?

Tylko, czy ta chwilowa zmiana coś by znaczyła? Czy pustka po nas byłaby jakimś oddechem?

_______________
Przypis:

*Mircea Eliade, Okultyzm, czary, mody kulturalne, Kraków 1992, s. 8.

środa, 27 lutego 2019

Paradoks Fermiego

Galaktyka Andromedy, domena publiczna

Paradoks Fermiego… Myślę o pewnej zasadzie, która teoretycznie mogłaby w sposób naturalny uniemożliwiać wszelkiemu życiu, o poziomie inteligencji zbliżonym do ludzkiego, ekspansję poza swoje przyrodzone środowisko. Mogłoby być tak, że każda lub przynajmniej prawie każda wysoko rozwinięta cywilizacja, zdolna do ekspansji, jest jednocześnie naturalnie skłonna do samozniszczenia, zanim uda jej się w sposób znaczący i wyraźny opuścić swoją planetę, czy swój układ gwiezdny.

Gdyby tak było, można by uznać nasze ludzkie dążenia autodestrukcyjne za całkowicie normalne i przypisane wszelkiemu wyżej rozwiniętemu, inteligentnemu życiu. Czyli: autodestrukcja jest mechanizmem właściwym samoświadomemu życiu. 

Co, jeśli samozniszczenie gatunku jest ostatecznym sukcesem dostępnym życiu? Jeśli jest w tym sensie największym WYKROCZENIEM poza przymus zachowania siebie, przetrwania, przekazania genów, to jest to sukces perwersyjny.