Byłem chłopem i właśnie umarła moja matka. Ułożyłem jej ciało na dwukołowym wozie i pociągnąłem na wysokie wzgórze za wsią. Tam ją pogrzebałem i stałem czas jakiś czekając na coś. Nic się jednak nie wydarzyło, ani nikt więcej nie przyszedł. Okazało się natomiast, że jest piękne lato. Sama pełnia lata. Pomyślałem wtedy, że nie mam tu specjalnie nic do zrobienia, więc będzie najlepiej jeśli zostawię wszystko i pójdę w świat.
Wóz postanowiłem oddać komukolwiek, kogo spotkam po drodze. Schodząc z powrotem w kierunku wioski zauważyłem, że zanosi się na burzę i zaraz potem spotkałem innego chłopa. Przekazałem mu wóz, zwierzając się jednocześnie ze swoich planów. Zamierzałem iść przed siebie, a wieczorem rozpalić ognisko i ułożyć do snu.
Kiedy mu o tym opowiadałem, rozpoczęło się bombardowanie. Latały nad nami prymitywne dwupłatowce, z których zrzucano bomby, a więc musiał to być początek dwudziestego wieku. Ludzie wokół szukali sobie schronienia biegając w popłochu i mój rozmówca dołączył do nich, porzucając darowany mu właśnie wóz.
Pomyślałem, że będę się trzymał drzew i spróbuję dotrzeć do lasu. Wtedy z jakichś drzwi ktoś do mnie zamachał - młoda dziewczyna, której mój pomysł na przyszłość bardzo się spodobał i postanowiła iść ze mną. Potrzebowaliśmy jednak ciepłych ubrań, a ja dodatkowo butów, bo przez cały czas chodziłem boso. Jedno i drugie udało się szybko znaleźć w ogólnym zamęcie i rozgardiaszu związanym z bombardowaniem. Zdobyliśmy ciepłe damskie kurtki puchowe. Były obszerne i w kolorach pastelowych.
Chciałem zabrać dziewczynę do lasu i rozpalić ogień, ale samoloty wciąż krążyły nad nami, więc uznałem, że dym mógłby być teraz nie najlepszym pomysłem. Postanowiliśmy, tymczasowo, poszukać schronienia w pobliskim gospodarstwie. Gospodarz oponował, mówiąc że ONI już i tak są na naszym tropie i jadą tu białym samochodem. Ostatecznie jednak, zgodził się ukryć nas na strychu.
Chowając się, właściwie, przyznawałem mu rację, bo sam już ten biały samochód słyszałem. Docierał do mnie dźwięk jego silnika i trzaskanie drzwiami, kiedy barykadowałem nas od środka. Plan był teraz taki, żeby znaleźć jakieś wyjście stąd, tajny tunel, albo chociaż skrytkę, zanim oni zdołają tu wtargnąć przełamując barykadę. Niestety, nie udało się planu zrealizować i już chwilę potem udawaliśmy się na przesłuchanie.
Kiedy prowadzono nas po stukoczących dechach jakiejś wieloizbowej chaty, zajętej (zapewne tymczasowo) przez najeźdźcę, myślałem o tym, że czeka mnie za chwilę wyjątkowo nieprzyjemne doświadczenie. Za wszelką cenę jednak powinienem im nie mówić. Nie wiedziałem, co prawda, o czym, ale szukałem już w sobie jakiegoś wewnętrznego nastawienia, które by mi to niemówienie umożliwiało. Zrozumiałem, jak niefortunnie się składa, że na to całe przesłuchanie idziemy razem, ja i dziewczyna.
Kiedy wreszcie dotarliśmy na miejsce, ujrzałem obrazek częściowo tylko spójny. Otóż, byli tam Niemcy. Oczywiście, kto inny chciałby bombardować wieś! Kilku schludnych świńskich blondynów i elegancka blondynka – tutaj wszystko było na miejscu. Ale dowodził nimi dwumetrowy brunet o bardzo sympatycznej fizjonomii, a wszyscy siedzieli przy suto zastawionym stole, do którego i nas dwoje zaproszono. Blondynka głaskała mnie wzrokiem tak, że poczułem się błogo, jak mały chłopiec. Zresztą, było tu ciepło i niemal jak w domu.
Jowialny brunet poprosił żebyśmy się poczęstowali i opowiedzieli coś o sobie. Postanowiłem postawić na szczerość i wyjaśnić mu istotę mojego objawienia ze wzgórza, które nakazywało mi iść na wędrówkę, ponieważ tylko porzucenie wszystkiego co miałem i wędrówka przez świat, mogą mieć dla mnie jeszcze jakiś sens. Nie wiem czy mnie zrozumiał, ale w pewnym momencie przerwał mi, pytając, czy z tego właśnie powodu oboje – ja i ta tutaj piętnastolatka - nawrzucaliśmy suchych liści do przerębli.
Hmm, nie sądziłem, że ona może mieć piętnaście lat. I te przeręble, których zupełnie nie mogłem sobie przypomnieć… Tym bardziej, że akurat było lato. Byłem jednak gotów machnąć ręką na te drobiazgi i pozwolić mu pozostać w błędzie, byle tylko móc dalej opowiadać, że oto ja i ona wybieramy się właśnie razem w świat i musimy już lecieć.
Niestety, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, przygoda, wraz z pianiem budzika, urywa się w najciekawszym momencie.
piątek, 29 marca 2019
piątek, 8 marca 2019
Sens przyrody poza ekologią
"Kto widział wiatr?
Ani ja, ani ty.
Ale gdy liście drżą na drzewach,
To wiatr przechodzi tędy.
Kto widział wiatr?
Ani ty, ani ja.
Ale gdy drzewa pochylają swe głowy,
To wiatr tutaj hula."
Christina Rossetti (tłum. Ryszard Mierzejewski)
Widziałbym wszystkie miejsca jako pozbawione człowieka. Może ktoś by mnie nazwał ekologiem radykalnym, ale widziałbym je tak ze względu na przyrodę - jej dobro - i dobro człowieka jednocześnie. Przyroda bez nas, wydaje mi się czymś czystym i godnym podziwu. Ktoś mógłby odpowiedzieć, że przecież, jeśli nie ma kto jej oglądać, to jej zachowanie mija się z celem i sensem. To po części prawda, jednak odszedłbym tutaj od ludzkiej kategorii sensu, na rzecz kategorii piękna. Zachowałbym więc przyrodę dla niej samej, ze względu na to, że stałaby się, istniejąc bez nas i po nas, pewnego rodzaju ostatnim, długim akapitem opowieści o naszym gatunku. Wiele się już zdarzyło w jego historii i myślę, że ten obraz można by w każdej chwili uznać za dokończony, lub prawie dokończony.
Pojawia się w tym miejscu tęsknota za przeszłością, która zdaje się być czymś minionym bezpowrotnie i tylko próby nieustannego jej powtarzania - zawsze w nieco innej formie - są w stanie, w pewnym sensie, ją aktualizować. Czym jest ta dziwna tęsknota? Eliade pisał: Według Platona uczenie się to przypominanie sobie. Przedmioty fizyczne pomagają duszy wycofać się w głąb siebie i – poprzez coś na kształt „wędrówki wstecz” – odkryć samą siebie na nowo, odzyskać pierwotną wiedzę, którą posiadała jako byt pozaziemski. Otóż młody Australijczyk drogą inicjacji odkrywa, że jako przodek mityczny gościł już w przeszłości mitycznej; dzięki inicjacji uczy się on robić wszystko to, co robił ongiś, na początku, gdy pojawił się po raz pierwszy w postaci istoty mitycznej.*
W tym sensie nic, co się kończy i przemija, paradoksalnie, nie przestaje istnieć, ponieważ - dopiero zakończone - dołącza do obrazu całości i w nim zyskuje znaczenie.
23.01.23. Dzisiaj dodałbym, że za milion, dwa, czy trzy miliony lat - nawet jeśli trzeba by było miliarda (świat ma na to czas) - i tak zrobi się podobnie jak teraz. Gdybyśmy bezpowrotnie zniknęli z mapy istnienia, to jakieś życie znów pewnie dojdzie do podobnego etapu. W tych warunkach to proces równie konieczny, jak to co się dzieje w gwiazdach.
Może przez jakiś czas byłoby lepiej, piękniej, mniej świadomie?
Tylko, czy ta chwilowa zmiana coś by znaczyła? Czy pustka po nas byłaby jakimś oddechem?
_______________
Przypis:
*Mircea Eliade, Okultyzm, czary, mody kulturalne, Kraków 1992, s. 8.
środa, 27 lutego 2019
Paradoks Fermiego
![]() |
| Galaktyka Andromedy, domena publiczna |
Paradoks Fermiego… Myślę o pewnej zasadzie, która teoretycznie mogłaby w sposób naturalny uniemożliwiać wszelkiemu życiu, o poziomie inteligencji zbliżonym do ludzkiego, ekspansję poza swoje przyrodzone środowisko. Mogłoby być tak, że każda lub przynajmniej prawie każda wysoko rozwinięta cywilizacja, zdolna do ekspansji, jest jednocześnie naturalnie skłonna do samozniszczenia, zanim uda jej się w sposób znaczący i wyraźny opuścić swoją planetę, czy swój układ gwiezdny.
Gdyby tak było, można by uznać nasze ludzkie dążenia autodestrukcyjne za całkowicie normalne i przypisane wszelkiemu wyżej rozwiniętemu, inteligentnemu życiu. Czyli: autodestrukcja jest mechanizmem właściwym samoświadomemu życiu.
Co, jeśli samozniszczenie gatunku jest ostatecznym sukcesem dostępnym życiu? Jeśli jest w tym sensie największym WYKROCZENIEM poza przymus zachowania siebie, przetrwania, przekazania genów, to jest to sukces perwersyjny.
czwartek, 31 stycznia 2019
31.01.2019
W całej grze życia, która tak nas pochłania, uderza mnie i nie daje spokoju fakt niedostrzegalny na co dzień: gramy w coś, czego reguł nie rozumiemy. Próbujemy więc je sobie tłumaczyć, stwarzając je. Ostatecznie, najbardziej zadziwiające jest to, że nie znamy celu gry, a mimo to dajemy się w nią wciągać. Dlaczego jednak sama gra istnienia miałaby mieć cel, skoro celowość to tylko ludzka kategoria, umożliwiająca choćby lepsze orientowanie się w „sytuacji taktycznej” swojego organizmu, czy swojego stada na polowaniu? Celowość to element systemu gry, narzucony przez jej reguły. Co więc, przy pomocy tej wewnętrznej kategorii można by opowiedzieć o samej grze, jeśli faktycznie jest to gra raczej, a nie na przykład opowieść?
Problem jest oczywiście bezzasadny tam, gdzie istnieje jakiś żywy mit tłumaczący reguły gry. Mit oparty o religię, filozofię czy ideologię.
Kiedy brak takiego oparcia, pojawia się oszałamiające zdziwienie.
Z drugiej strony, gdyby porównać wszystko co się wydarza, do opowieści raczej niż gry, okazałoby się, że celowość jest zbędna, ponieważ tym co się liczy jest już samo opowiadanie; Snucie wątku, nieustannie wyławianego z morza niepoznawalnego chaosu – oto nigdy nie kończąca się kreacja.
Patrząc na rzeczy z góry - ponad wszelkim względnym i ulotnym wartościowaniem - każda taka opowieść życia nieustannie stwarza świat, a wobec tego nie potrzebuje celu, bo jest nim sama dla siebie. Nie potrzebuje też zewnętrznego sensu, ponieważ to ona stanowi źródło wszelkiej interpretacji.
Problem jest oczywiście bezzasadny tam, gdzie istnieje jakiś żywy mit tłumaczący reguły gry. Mit oparty o religię, filozofię czy ideologię.
Kiedy brak takiego oparcia, pojawia się oszałamiające zdziwienie.
Z drugiej strony, gdyby porównać wszystko co się wydarza, do opowieści raczej niż gry, okazałoby się, że celowość jest zbędna, ponieważ tym co się liczy jest już samo opowiadanie; Snucie wątku, nieustannie wyławianego z morza niepoznawalnego chaosu – oto nigdy nie kończąca się kreacja.
Patrząc na rzeczy z góry - ponad wszelkim względnym i ulotnym wartościowaniem - każda taka opowieść życia nieustannie stwarza świat, a wobec tego nie potrzebuje celu, bo jest nim sama dla siebie. Nie potrzebuje też zewnętrznego sensu, ponieważ to ona stanowi źródło wszelkiej interpretacji.
wtorek, 15 stycznia 2019
Przemiany i aktualizacje wyobraźni zbiorowej
![]() |
| Witkacy, Fantazja (1922) |
Szamańskie działania, jeśli są skuteczne w swojej warstwie psychologicznej, to dlatego, że korzystają z łączności ze zbiorową wyobraźnią nieświadomą. Szaman łączy się z tą właśnie sferą w sposób intuicyjny, po czym dokonuje ingerencji w nią, zmieniając wzorzec spontanicznie. Robi to wykorzystując fenomen widowiska teatralnego, a raczej jego najpierwotniejsze i najgłębsze funkcje. Skąd wie co ma robić i w jaki sposób? Czy ma określony cel, konkretny efekt, do którego osiągnięcia dąży? Otóż nie wie i nie ma takiego celu na poziomie świadomym. Szaman WIE co robi jedynie jakby w cudzysłowie. Wykonuje swoją pracę, wyczuwając aktualne potrzeby zbiorowości, ponieważ jest z tą zbiorowością, z jej sferą nieświadomą, połączony w sposób quasi świadomy. Dzięki temu jest w stanie dobrać odpowiednie symbole i manipulować nimi, by doprowadzić do integracji i harmonizacji symbolicznego uniwersum danej społeczności z jej sferą codzienną i świadomą.
Dokonuje przemiany społeczności na poziomie psychologicznym, dzięki wykorzystaniu środków irracjonalnych, ponieważ środki te i tylko one, umożliwiają głębokie oddziaływanie na sferę wyobraźni nieświadomej. Dokonuje więc czegoś, co byłoby niemożliwe do zastąpienia przez jakiekolwiek działania realistyczne oparte na spekulacji, a mające prowadzić do przemiany wzorca - do reaktualizacji zbiorowej psyche.
Dokonuje przemiany społeczności na poziomie psychologicznym, dzięki wykorzystaniu środków irracjonalnych, ponieważ środki te i tylko one, umożliwiają głębokie oddziaływanie na sferę wyobraźni nieświadomej. Dokonuje więc czegoś, co byłoby niemożliwe do zastąpienia przez jakiekolwiek działania realistyczne oparte na spekulacji, a mające prowadzić do przemiany wzorca - do reaktualizacji zbiorowej psyche.
niedziela, 6 stycznia 2019
"Moon" z 2009 roku. Metafizyczna inspiracja w pozornie prostym obrazie.
Jeszcze jeden film wzbudzający podejrzliwość wobec rzeczywistości. Kiedyś lubiłem bawić się koncepcją, w myśl której cały świat jest moją senną wizją. Oczywiście nie moją w sensie osobowym. Raczej wizją projektowaną i "wyemanowaną" przez jakiegoś nieosobowego mnie, który mnie osobowego sobie wyobraża, podobnie jak wyobraża sobie wszystkie inne osoby, wszystkie zdarzenia, rzeczy, myśli, cały czas i całą przestrzeń. Żeby to sprawdzić opowiadałem spotykanym w snach postaciom, że są wytworami mojego umysłu. Zwykle reagowały milczeniem i wpatrywały mi się w oczy. W ich oczach widziałem wtedy odbicie swoich. I coś jeszcze, coś bardzo trudnego do uchwycenia. Następowało wtedy dziwne drżenie całego sennego krajobrazu, po czym zwykle budziłem się.
I tutaj moja zabawna myśl znów do mnie zamrugała, pozwalając obracać się w innych myślach i zastanawiać co by było, gdyby z rzeczywistością faktycznie było tak, jak sobie to kiedyś wyobrażałem.
Banałem jest stwierdzenie, że wszystko jest inne niż się wydaje, ale już sam kosmos - kiedy patrzeć na niego jakby po raz pierwszy - jest tak dziwny, tak uderzająco odmienny od tego co mamy wokół, że chce się za każdym razem pytać: Co tu się właściwie dzieje? Co to jest?
wtorek, 30 października 2018
Anima mundi
"To, co widzimy i kim się zdajemy jest snem jedynie. Snem śnionym we śnie."
„Piknik pod Wiszącą Skałą” z 1975 r. w swoim niebezpośrednim oddziaływaniu przypomina „Stalkera” Tarkowskiego, ale co innego stanowi jego ukrytą treść. Kontemplacja seksualności, to kontemplacja natury. Jaszczury i ptaki wskazują już na początku, że cały kosmos jest seksualnością - niemówienie i niesłuchanie, drżenie powietrza i rozgrzanych skał. Otchłań milczy i drży w niewiedzy o sobie egzotycznych ptaków i jaszczurów. W otwartym jasnym niebie i w bezcelowości życia, która wyraża się nieskończonością funkcji jego składowych. Otchłań drży ciepłem, poza dobrem i złem. Prześwieca w zdziwieniu kolcami i rażącymi kolorami zwierząt. Prześwieca w dziwnych, zawsze inaczej widzianych przelotach stad ptaków. W skałach i białych, podartych sukienkach dziewcząt.
Nasza własna natura jest podobnie konieczna i przypisana do nas, jak właściwy nam charakter pisma, którego próba zmiany jest drogą przez mękę, gdzie ma się wrażenie przymuszania się do czegoś zupełnie nie swojego, obcego, właściwego innemu, a więc zdrożnego. Do czegoś we właściwym sensie złego.
Ale może to nie my mamy przypisaną nam naturę – każdy swoją – ale raczej ona ma nas? Chociaż czujemy, że ją posiadamy chyba już od momentu, do którego możemy sięgnąć pamięcią, to czy tak naprawdę możliwe jest posiadanie czegoś co nami kieruje, włada, warunkuje nasze odczucia, myśli, postawy?
Od kiedy zaś ją mamy (zapewne dawniej to, co tu nazywam naturą, nazwano by duszą), utożsamiamy się z nią, dzieląc świat, którego doświadczamy, na rzeczy "mniej swoje" i "bardziej swoje". W tym więc sensie, nasza natura, naprawdę będąc otchłanią natury, a zatem nie podlegając nam, decyduje całkowicie o naszej woli i o naszych losach, władczo pozwalając nam siebie jedynie podglądać, jak przez okopconą szybkę, a podglądanie to nazywać "naszym życiem".
piątek, 19 października 2018
Zwierzoludzie
I nagle znalazłem się pośród rozpoczynającej się legendarnej jesieni zwierzoludzi, którzy nie są ani ludźmi, ani zwierzętami. Zmysłowa ich religia osnuta jest wokół światów, które są wszystkie tym światem. Czasem bardziej zwierzęcym, a czasem trochę ludzkim, i tak jak oni, pięknym lub szpetnym, dzikim ale zmieszanym z plugastwem cywilizacji. Zwierzoludzie, nie wszyscy, lecz wielu z nich, oswoili się z ogniem i odnaleźli w nim swojego boga. Jednego z głównych, obok lasu i nocy. Nie ma między tymi bogami odwiecznej wojny. Nic u zwierzoludzi nie ma rangi absolutnej. Nic nie jest zakończone zupełnie i nic nie jest doskonałe.
środa, 19 września 2018
2018.09.19
Patrzę na poranne słońce i wyobrażam sobie co jest dalej. Przestrzeń kosmiczna. Myślę, jak bym się tam czuł. Pewnie niespecjalnie dobrze. Jestem przykuty do Ziemi, całkowicie zależny od tego pęcherzyka światła i ciepła, gdzie czasem pojawiają się i znikają takie poranki.
I jak każde życie, przykuty do swojego czasu.
Zawsze tylko tutaj.
A ci, którzy chcieliby istnieć wiecznie, w jakiejś sztucznie wyprodukowanej osobowości? Co oni na bezczas?
Czyli: Zawsze tylko wszędzie, a nigdy Tutaj.
Czy wyobrażali sobie siebie w choćby bezczasie maszyny, albo menhiru?
Czy życie nie jest grą - układem w konkretnych, wymuszonych i nienaruszalnych warunkach?
Nie możemy być wszędzie i zawsze. Nie możemy być wszystkim. Istniejemy w tym tylko, co nam się przytrafia. Cała względność czasu i nasza zależność od niej…
Uwiązanie do narzuconej gry - do tego jedynego co mamy, albo raczej do tego, co ma nas.
poniedziałek, 20 sierpnia 2018
2018.08.20
Kiedy rozlegał się większy łoskot, wszystko wokół iskrzyło, tonęło w oślepiającej jasności i pachniało spalenizną. Dom był okopcony, a instalacja elektryczna zniszczona. Gdzieniegdzie tańczyły złote ogniki.
I nagle wszystko ucichło, a w tej ciszy na niebo wylały się odcienie czerwieni i rozżarzone łuny. Na ich tle zobaczyłem zarys zrujnowanej fabryki. Ktoś powiedział, że już po wszystkim i teraz będzie czas na ocenę zniszczeń i strat. Ale wtedy jakiś gigantyczny ciemny kształt zjawił się na niebie. Budynek z masy betonu, stali i szkła, spadł wprost na fabryczną ruinę. Coś mi powiedziało, że do świata przedostają się teraz części innych światów. Kiedy o tym pomyślałem, spodziewałem się już dalszego rozwoju wypadków. Chaos się nasilił. Powietrzem wstrząsnął podmuch gorącego wiatru, z którym wędrowały rozpędzone iskry. Wiedziałem, że rozpoczęło się spalanie świata, i że niedługo dotrze tu morze ognia. Zastanawiała mnie przyczyna tych wszystkich przemian i zrozumiałem, że spodziewając się ich, sam je wywoływałem.
Postanowiłem ratować się od śmierci w płomieniach tego kończącego się świata. Razem z innymi, bo było nas pięć osób - czterech mężczyzn i kobieta (kelnerka, lub stewardessa) - wsiedliśmy do małego busa, który poddając się mojemu spodziewaniu, po chwili okazał się być myśliwcem, zdolnym do błyskawicznych przelotów i zawisania nieruchomo nad ziemią, dzięki wykorzystaniu pola antygrawitacyjnego. W ten sposób udało nam się uciec przed kataklizmem.
Ostatecznie znalazłem się na torach, pijąc herbatę przy niewielkim stoliku i prowadząc rozmowy na jakieś zupełnie nieistotne tematy, związane z pracą i życiem codziennym. Wokół torów rozciągała się łąka, zanurzona w atmosferze leniwego letniego popołudnia.
piątek, 10 sierpnia 2018
2018.08.10
Przyśniło mi się, że zmartwychwstał mój ojciec. Leżał w trumnie i żegnaliśmy go. Miał na sobie dosyć barwny, kraciasty garnitur. Ale kiedy przyszedł czas na zamknięcie wieka, spadła na niego do środka jakaś drewniana płyta i przekrzywiła zwłoki. Zakląłem w duchu. Pomyślałem, że zaraz trzeba będzie go prostować, a przecież jest zamrożony, bo leżał w chłodni. Wtedy zauważyłem jakieś minimalne poruszenie i na policzkach pojawiły mu się kolory. Wydaje mi się, że to chyba ja go „obudziłem”, przez to, że się takiego jego zachowania spodziewałem. A mogłem się spodziewać, bo wokół panowała atmosfera tajemnicy i niezwykłości, która zapowiadała jakieś dziwne zjawisko. Nagle więc, ojciec poruszył się i otworzył szeroko oczy. Był zaskoczony, nie mniej niż my. Pomyślałem wtedy, że musiał być w jakimś letargu i jakoś tak ciepło ucieszyłem się z jego "powrotu" i obecności. Potem chodziłem z nim i zajmowaliśmy się różnymi sprawami. Ojciec był tak samo chudy jak go zapamiętałem, ale okazało się, że zapuścił długie włosy. W pewnym momencie coś mu opowiadałem o tym co się działo w latach, kiedy był nieobecny. A on się zaśmiał wesoło i powiedział mi, że wszystko widział, bo wciąż tu był, chociaż ja nie wiedziałem, że on tu jest. I że wszystko robiłem dobrze. Zdziwiłem się, ale jeszcze raz to potwierdził. No i chyba wtedy mnie przytulił. Na koniec wyjął klucze i otwierał drzwi do jakiegoś domu. Wtedy już trochę mnie pouczał.
piątek, 3 sierpnia 2018
2018.08.03
Cokolwiek zrobię, czy nie zrobię, będzie to konieczna realizacja czegoś potencjalnego, czego jestem, jak wszystko inne, przejawem. Z zewnętrznego punktu widzenia może się wydawać, że mam wybór i mogę coś zrobić lub nie, ale już w tym punkcie widzenia, w przyjmowaniu go, jest wychodzenie poza siebie i spoglądanie na siebie jak na kogoś zewnętrznego wobec podmiotu wychodzącego. Utracony zostaje związek „ja” z podmiotem oceniającym, który będąc już na zewnątrz „ja”, planuje dla niego i określa wartości, patrząc na „ja” jakby było kimś innym, kogo uznaje się za siebie samego dlatego tylko, że ten "ktoś" jest najbliższy podmiotowi widzącemu. Ten ktoś jest właściwie przeświadczeniem o zbiorze wartości zatytułowanym „ja”.
piątek, 20 lipca 2018
Błogosławieństwo
![]() |
| Salvador Dali, Uporczywość pamięci |
Umiejętność patrzenia na rzeczy – do tego trzeba się dopiero przyznać. Mam to przed oczami i w sobie, ale zaraz zamieniam spostrzeżenie w coś obcego. Pakuję własne rzeczy w cudze foremki. Zamykam je w nich i stawiam na półce z podpisem: „Znane – historia”. W ten sposób stwarzam sobie wyblakłą fikcję, pozlepianą z przejętych obrazów, narzuconych skojarzeń, uogólnień, spłaszczeń. A potem… Potem? Nieustannie wyrywam się do tych właściwych - moich własnych rzeczy; do pochmurnych, kameralnych dni swojej duszy, kiedy świat staje się jak scena małego teatru. Tam szukam ścieżek, zaczarowując przymus przystosowania realizowaniem fantazji tak dziwnych, by możliwe było oderwanie od kolein, po których pozwoliłem sobie powoli się toczyć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


