Pójdziemy z koszami. To jakby z torbami, tylko w klimacie. Zamiast się zastanawiać się napił i nie trzeba było kombinować. Reszta jest niepotrzebną troską. Matczyną kastracją przez nadmiar kontroli. Co to będzie? Ojojoj. Pójść do Mostostalu, wypić piwo. Po co? Można lepiej. Na pewno lepiej. Lepiej będzie stonowanie. Z toną uwagi, zapobiegliwości. Zrzygać już teraz można by było gdyby. Gdyby wypadało. Ale nic nie wypadnie. Tak mama przykazali.
A dalej żyli długo i szczęśliwie. Troskali się wszystkim aż do końca swoich dni, żeby im było lepiej, a może innym także. Bo przecież nie zaszkodzi, a pomóc może. Trzeba uważać. Życie jest takie niebezpieczne. Tyle pokus czyha na panaboga. Samo sobie wyjątkiem, za wyjątkiem paru rzeczy, do których nie dorośliśmy na tyle. Piętnaście tysięcy czarnuchów, powiadam! Może więcej. Może i osiemnaście, a za rok pewnie ze dwadzieścia. Myślisz, że tak jest lepiej. A może nigdy nie było lepiej. Kto by tam wiedział. Tyle cioć już się pomyliło, że nie musimy się martwić. Zresztą, ważne żeby zrobić zakupy, a potem się zobaczy. Jakoś to będzie.
Przyszli do nich za dwa dni. Czekaj, czekaj, za trzy. Razem raźniej, po to się widzą. Inaczej oczy by nie wyewoluowały ze światła, rzecz oczywista. Piramida światła, bo skoro już rosnąć to raczej tak z czubkiem, a nie jakoś inaczej. To nawet trudno sobie wyobrazić, a przecież przyroda szuka oszczędności. Tak się mówi, więc to prawda. Wiadomo. Co by tu nie opowiadać, za jakiś czas się skończy. A co wtedy będzie? Strach pomyśleć. Może i nie warto. Zadbaliśmy o wszystko, więc teraz posiedzieć z założonymi rękami ciepło mruczeć. Znaleźć zołzę, to nie sztuka w takim cyrku. Za pięć dwunasta każda oddycha z ulgą.
Do takiego boksu trafiają tylko najlepsi. Wyselekcjonowane kurczaki na kebab walczą o życie i śmierć w najlepszym błocie. Obok jednak grzebał kogucik, jak widać, więc teraz mamy białka więcej. A to przecież nie od rzeczy jajecznica, skoro już się wylało, to się wylało. Nie ma co płakać. Lepiej więcej dosolić, byle nie za bardzo. Z drugiej strony, też mamy przerąbane, skoro już się tak mamy. Siedzimy. Stary siedział trzy razy. Oni zawsze siedzą. Tak się mówi, więc to prawda. Pytałby kto, a nikt nie odpowiada. Zajmijmy sobie jeszcze więcej momentów, byleby do śmierci. Ja, jak to były - sądzą o nim, że mógłby mieć więcej pokory. Wszystko coś znaczy przeciwnego. Przeciwtempo. Tak się mówi, choć prawie nikt nie robi, albo przynajmniej nie wie o tym. Strach nie wiedzieć, jak to mówią.
Tośmy sobie popowiadali, popa zwiodą słowa kobyły. Mają ich tam tysiące, cały legion. Więcej niż dwadzieścia tysięcy czarnuchów. Nikt nie umiera, bo tam śmieci na sprzedaż. Płynie z rzeką do morza niczym Wisła, tylko w drugą stronę. Tak też może być, choćbyśmy i dwa dni grali. Popłyniemy, a widoki będą piękne, letnie jak chleb i dęby wzrastające po burzy z samotnego hełmu. Z jedną małą dziurką na klamce. Kwitnie, kwitnie, bezkwit nocy mu się ostał. Nie za dużo? Nie za dużo. Teraz wy! Opowie pan o rycerzach, potem będą fikołki i pani z drugą głową. A nie za dużo oberwał? To straszne. Życie jest takie straszne. Tylko nie tutaj. Nie ma co się troszczyć, za to się płaci. Bezpieczeństwo albo wolność, tak powiadają. W końcu w telewizji jest wszystko za darmo. Były tam spodnie rozdarte i krwi niewiele, choć mięso wyszło białe. Obeszło się bez płaczu. Takie pogodzenie przy niedowierzaniu. Zresztą, dzień piękny, słońce, wiatr i spirytus na ranę. Wstyd ukryty, rana ukryta, strach przyszedł potem. Dzieci to są sprytne jednak. Mimo, że takie automaty proste, ale jeszcze się tam swobodnie rozchodzi. Nie wiadomo na co padnie. Potem już łatwiej przewidzieć taki przypadek.
wtorek, 10 marca 2020
środa, 19 lutego 2020
Juliusz i Lukrecja
Po śmierci matki Juliusza, jego ojciec ożenił się ponownie. Tym razem wybranką była istota dużo młodsza, powabna i wesoła, a przy tym wolna od nadmiaru refleksyjności. Juliusz szybko ją polubił, a w miarę jak lata mijały i przejawiał coraz więcej atrybutów samca, wzrastało w nim jednocześnie zrozumienie dla ojcowskiego wyboru. Trzeba przyznać, że im bliżej był pełnoletności, tym większym i nie do końca synowskim zainteresowaniem darzył Lukrecję.
Podglądając ją podczas przebierania wyobrażał sobie, że jest myśliwym, ona zaś zagubioną w lesie żoną młynarza, która, powodowana wstydliwym impulsem, ucieka w głuszę, by zmieniać się tam w łanię o niewinnych oczach i jako postać zwierzęca, oddawać bezwstydnie zwierzęcym rozkoszom. Marząc i oglądając macochę, Juliusz wykonywał czynności, o których dobrze wiedział, że nikt nie nazwałby ich godnymi dżentelmena. W myślach obłapiał jej bujne kształty, niecierpliwymi dłońmi ważył je i badał, zmierzając ku miejscom tajemnym, największym sekretom, które tylko czasem, na mgnienie oka mu się ukazywały. A wtedy czuł jak zalewa go płynny miód o barwie złota i miód ten podpala się płomieniem wolnym, lecz stałym i niegasnącym. O, jakże wtedy blisko był tajemnicy życia! Wszystkie baśnie i wszystkie w nich królowe, dobre i złe, zbierały się wokół niego, napełniając mu serce mieszaniną fascynacji i lęku. Obserwował ją, swoją królową-czarodziejkę, a ona wprowadzała go, choć nieświadomie, w świat baśni niemożliwej do pojęcia, lecz pięknej jak nic, co w świecie rzeczywistym mogłoby zaistnieć.
Nie wiedział wtedy Juliusz, że ta właśnie baśń stanie się dla niego złym czarem i pułapką, z której, nawet jeśli kiedykolwiek ktoś go wyzwoli, to od jej powracającego wspomnienia nie ucieknie już nigdy. Wracał więc, by czynić swój święty rytuał obcowania z królową, czarodziejką, boginią, bo tak ją w myślach tytułował. Ona zaś przychodziła do niego w snach, gdzie razem zgłębiali tajemnicę istnienia od jej najskrytszych zakamarków. I gdy początkowo to on oddawał się jej, dominującej lecz opiekuńczej, łaknącej jego podległości i chłopięcego zaskoczenia, to z wolna ich role zmieniały się.
Z czasem sam począł odnajdować Lukrecję nagą i lśniącą od potu. Spotykał ją jako łowca, gdy uciekając przed nim gubiła w lesie drogę, lub trafiała wprost do jaskini bez wyjścia, gdzie płonął ogień specjalnie dla niej przygotowany. Dopadał tam zlęknioną, z ciałem wychłostanym gałązkami i listowiem, pachnącą wiatrem i sokami ciała. I nie było już w nim dawnej nieśmiałości. Teraz posiadał swoją królową w całości, jako dziedzictwo. Jako przedmiot i zabawkę od zmierzchu do świtu. Od zachodu słońca doświadczał jej ciało rozkoszami, z których wiele mogłoby uchodzić raczej za tortury. Jednak, kiedy nad ranem mdlała umęczona jego uwielbieniem, Juliusz ukrywał Lukrecję w świętej grocie pod wodospadem, by następnego wieczora powtórzyć swój obrzęd od nowa.
Podglądając ją podczas przebierania wyobrażał sobie, że jest myśliwym, ona zaś zagubioną w lesie żoną młynarza, która, powodowana wstydliwym impulsem, ucieka w głuszę, by zmieniać się tam w łanię o niewinnych oczach i jako postać zwierzęca, oddawać bezwstydnie zwierzęcym rozkoszom. Marząc i oglądając macochę, Juliusz wykonywał czynności, o których dobrze wiedział, że nikt nie nazwałby ich godnymi dżentelmena. W myślach obłapiał jej bujne kształty, niecierpliwymi dłońmi ważył je i badał, zmierzając ku miejscom tajemnym, największym sekretom, które tylko czasem, na mgnienie oka mu się ukazywały. A wtedy czuł jak zalewa go płynny miód o barwie złota i miód ten podpala się płomieniem wolnym, lecz stałym i niegasnącym. O, jakże wtedy blisko był tajemnicy życia! Wszystkie baśnie i wszystkie w nich królowe, dobre i złe, zbierały się wokół niego, napełniając mu serce mieszaniną fascynacji i lęku. Obserwował ją, swoją królową-czarodziejkę, a ona wprowadzała go, choć nieświadomie, w świat baśni niemożliwej do pojęcia, lecz pięknej jak nic, co w świecie rzeczywistym mogłoby zaistnieć.
Nie wiedział wtedy Juliusz, że ta właśnie baśń stanie się dla niego złym czarem i pułapką, z której, nawet jeśli kiedykolwiek ktoś go wyzwoli, to od jej powracającego wspomnienia nie ucieknie już nigdy. Wracał więc, by czynić swój święty rytuał obcowania z królową, czarodziejką, boginią, bo tak ją w myślach tytułował. Ona zaś przychodziła do niego w snach, gdzie razem zgłębiali tajemnicę istnienia od jej najskrytszych zakamarków. I gdy początkowo to on oddawał się jej, dominującej lecz opiekuńczej, łaknącej jego podległości i chłopięcego zaskoczenia, to z wolna ich role zmieniały się.
Z czasem sam począł odnajdować Lukrecję nagą i lśniącą od potu. Spotykał ją jako łowca, gdy uciekając przed nim gubiła w lesie drogę, lub trafiała wprost do jaskini bez wyjścia, gdzie płonął ogień specjalnie dla niej przygotowany. Dopadał tam zlęknioną, z ciałem wychłostanym gałązkami i listowiem, pachnącą wiatrem i sokami ciała. I nie było już w nim dawnej nieśmiałości. Teraz posiadał swoją królową w całości, jako dziedzictwo. Jako przedmiot i zabawkę od zmierzchu do świtu. Od zachodu słońca doświadczał jej ciało rozkoszami, z których wiele mogłoby uchodzić raczej za tortury. Jednak, kiedy nad ranem mdlała umęczona jego uwielbieniem, Juliusz ukrywał Lukrecję w świętej grocie pod wodospadem, by następnego wieczora powtórzyć swój obrzęd od nowa.
piątek, 14 lutego 2020
Ligotti, True Detective i pesymizm raz jeszcze
![]() |
| Kadr z filmu True Detective (2014)* |
Czytając wciąż Spisek przeciwko ludzkiej rasie Ligottiego, tę ultra pesymistyczną filozofię, mam przeczucie, że z wolna, ale jakby organicznie, szukam w sobie kontry dla niej (być może odbywa się to we mnie w dużej mierze nieświadomie). Szukam argumentu przeciwnego. Najpierw jednak próbuję ją całkiem przeniknąć i uświadomić sobie własne źródło pesymizmu, które jest ze mną od dziecka. Pomyślałem, że być może także Nietzsche mógł swoją filozofię, swoje obrzydzenie do “człowieka” jako motłochu, do jego życia jako pustej wegetacji, budować na tego rodzaju reakcji własnej na filozofię pesymistyczną Schopenhauera, która go przecież zachwyciła, i w której początkowo odnajdował swoją wrażliwość, a którą przez całe dalsze życie starał się przezwyciężyć, wiedząc jednocześnie, że jest dla niego bazą, podstawą ujęcia świata i ludzkiego istnienia. Że jest czymś, co się wrażliwemu umysłowi narzuca samo, co jednak budzi nieufność nie tyle przez swój radykalizm, wymagający przecież odwagi otwartego, szczerego podejścia, ale przez pewnego rodzaju pierwiastek poddania się wobec przemożnej siły, która skłania do postawy całkowitego wycofania.
*Ps. W całym tym filmie (tak, wolę nazywać True Detective filmem, a nie serialem, bo jest to zamknięta całość, dzieło sztuki, a nie tasiemcowa papka do kotleta, gdzie każdy odcinek opowiada o tym samym) przewija się filozofia Ligottiego. Niekiedy są to całe zdania wyjęte z jego książki. Film pięknie obrazuje taniec bohatera z nicością, z absurdem obiektywnie "bezużytecznego życia". Metaforycznie wskazuje co jest warunkiem aktu stwórczego. Wskazuje, że dopiero spojrzenie w źrenicę pustki prowadzi do wielkiego wybuchu i jest przyczyną narodzin czegoś innego.
wtorek, 4 lutego 2020
Kilka zdań ze "Spisku przeciwko ludzkiej rasie" Thomasa Ligottiego
![]() |
| Kadr z filmu Czas Apokalipsy Francisa Forda Copolli |
"Jeżeli Kurtz to człowiek, który po prostu zrozumiał swój potencjał niegodziwości - a zatem potencjał każdego z nas - wówczas trzeba go uznać za zaledwie kolejnego kandydata do więzienia bądź kary śmierci. Lecz jeżeli to człowiek, który zgłębił tajemnice czegoś niegodziwego w swej istocie, wówczas przekroczył granicę, zza której nie ma powrotu, zaś jego ostatnie słowa - "Zgroza! Zgroza!" - obarczone są niesłychanymi implikacjami. Nie to żeby wieloraki wydźwięk opowiadania, na który wskazywali krytycy (cywilizacja jako fasada, kolonializm europejski jako podły interes) również nie odzwierciedlał zgrozy. Niemniej nie jest to ta zgroza, którą skrywa każde najmniejsze wydarzenie opowieści. W Jądrze ciemności Conrad nie nadał "zgrozie" rysu lokalnego (jak na przykład zrobili to twórcy Potwora z Czarnej Laguny), ale umiejętnie zasugerował zło utożsamiające uśpioną podłość ludzkiej istoty z podłością przejawiającą się w samej istocie bytu.
(...)
Odchylenia od przyrodzonego kłębiły się wokół przez wszystkie dni naszego istnienia. Zachowywaliśmy względem nich dystans, nie przyznawaliśmy się do nich, tymczasem te anomalie były kluczowe dla naszego bytowania. Lecz poza nami nie ma nic nadprzyrodzonego we wszechświecie. Stanowimy aberracje - urodziliśmy się jako nieumarli: ani jedno, ani drugie, albo obie rzeczy naraz... twory niesamowite, niemające nic wspólnego z resztą stworzenia, monstra zatruwające świat ziarnem szaleństwa wszędzie tam, gdzie się zjawiamy, zanieczyszczające i światło dnia, i ciemność nocy niematerialnym plugastwem. Ściągnęliśmy nadprzyrodzone zza niezmierzonej dali i wprowadziliśmy do tego, co naoczne. Unosi się nad nami niczym delikatna mgiełka. Bratamy się z duchami. Ich nagrobki oznakowano w naszych umysłach, nikt ich nie ekshumuje z cmentarzy pamięci. Uderzenia naszych serc i kroki są policzone. Nawet jeśli walczymy o przetrwanie i rozmnażamy się, wiemy, że umieramy w ciemnym zakątku nieskończoności. Dokądkolwiek odchodzimy, nie wiemy, co oczekuje naszego przybycia; wiemy jedynie, że to tam jest.
(...)
Czas pędzi w mroźnym pośpiechu. Czy to machające na pożegnanie drobną rączką dziecko ze starej fotografii to naprawdę niegdysiejsza wersja ciebie? Twarzyczka ani trochę nie przypomina twojego obecnego oblicza. Twarzyczka zlewa się z ciemnością, która jest za tobą, która jest przed tobą, która jest wokół ciebie. Dziecko macha, uśmiecha się i blaknie, twój samochód tymczasem sunie dalej ku urywającej się nagle przyszłości. Pa pa.
(...)
Lekarze nie łkają na salach porodowych, przynajmniej nie tak często. Nie spuszczają głów i nie mówią: "Czas start". Zapłacze co najwyżej noworodek, o ile poród przebiegł prawidłowo. Lecz czas osuszy mu oczy; czas się wszystkim zajmie. Czas zajmie się nami wszystkimi, aż w końcu nie zostanie nikt, kim mógłby się zająć. Dopiero wtedy wszystko będzie jak dawniej, kiedy jeszcze nie zapuściliśmy korzeni tam, gdzie nie nasze miejsce.
(...)
Bycie żywym: dziesiątki lat budzenia się na czas, mozolenia przez kolejne nastroje, wrażenia, myśli, żądze - przez całą gamę pobudek - a potem padania do łóżka i pocenia się w smole kamiennego snu lub gotowania w fantasmagoriach nękajacych nasze śniące umysły. Z jakiego powodu tak wielu z nas targuje się o dożywocie, kiedy ma do wyboru koniec sznura albo wylot lufy? Czy nie zasługujemy na śmierć? Takie pytania nie spędzają nam snu z powiek. Zadawanie ich nie leży w naszym interesie, podobnie udzielanie na nie odpowiedzi z ręką na sercu. Bo czy będąc w nastrojach do zadawania takich pytań nie bylibyśmy skłonni zdusić spisek przeciwko ludzkiej rasie? Wydawałoby się, że to właściwa droga: śmierć tragedii w objęciach nieistnienia. Nienarodzeni przebywajacy w swych przeludnionych światach nie musieliby więcej cierpieć, gdybyśmy odczynili to, co czyniliśmy, żeby trwać przez te wszystkie lata. Mimo to nie ma na świecie takiej wiedzy, która skłoniłaby nas do podjęcia takiego kroku. Cóż byłoby bardziej nie do pomyślenia? Jesteśmy tylko ludźmi. Spytaj kogokolwiek."
Thomas Ligotti, Spisek przeciwko ludzkiej rasie (tłum. Mateusz Kopacz)
środa, 11 grudnia 2019
Mgła
![]() |
| Theodor Kittelsen, Til Den Groene Ridder |
Mgła to dobry bóg. Nie dobry w sensie jakiejś dobrotliwości, czy sprzyjania człowiekowi. Owszem, bywa że sprzyja uciekinierom, zbójom albo choćby partyzantom. Ale chodzi o coś innego. Mgła jest bogiem dobrym, bo ma swoją własną jakość. Ta jakość ją określa. Sprawia, że można mgłę ukazać na obrazie, albo obraz mgły przywołać. Jak pisze o Rusi i jej bogach anonimowy angielski autor z połowy XVI wieku: „na pytanie: >>Ilu jest bogów?<< wielu, w tym większość biedoty, odpowiedziałoby: >>Bardzo dużo<<, gdyż oni uważają za boga każdy znajdujący się u nich obraz”*. Mam więc i ja za swojego boga obraz mgły.
*Borys A. Uspieński, Kult świętego Mikołaja na Rusi, Lublin 1985
czwartek, 5 grudnia 2019
Wigilia Mikołaja
Jako że dzisiaj mamy wigilię "zimowego Mikołaja" (co ciekawe, jedną z dwóch możliwych wigilii tego święta, bo obchodzono ją także dzień po, czyli 7 grudnia!), jest to dobry moment żeby przywołać ten aspekt Mikołaja, czyli słowiańskiego boga Wołosa/Welesa, który jest duchem leśnym (niedźwiedziem) i uwielbia leśno-wodne potrawy obrzędowe, jedzone w wigilię jego święta, analogicznie do takich samych potraw wigilii bożonarodzeniowej.
"Składanie ofiary duchowi leśnemu, przez pastucha lub myśliwego odpowiada składaniu ofiary Wołosowi - zgodnie z przysłowiem: "W polu i w lesie sam Mikołaj Bogiem".
(...)
Tak samo duch leśny może być w ludowej wyobraźni raz istotą złą, raz dobrą: może być traktowany jako demon lub jako duch dobroczynny, może być nazywany w oczy, czy poza oczy "świętym duchem leśnym" lub "świętym lasem". Odpowiada to rozdwojeniu obrazu Wołosa w świadomości chrześcijańskiej, gdzie jest on utożsamiany zarówno ze świętymi, takimi jak np. Błażej lub Mikołaj, jak i z diabłem.
(...)
W obrzędach związanych genetycznie z kultem niedźwiedzia odzwierciedla się również powiązanie Wołosa z bogactwem, obfitością, płodnością itp., co odpowiada, ogólnie rzecz biorąc, odbiorowi Mikołaja. W ten sposób można interpretować odwrócony na lewą stronę korzuch, tak często występujący w różnego rodzaju rytuałach pochodzenia pogańskiego."
Borys A. Uspieński, Kult świętego Mikołaja na Rusi
"Składanie ofiary duchowi leśnemu, przez pastucha lub myśliwego odpowiada składaniu ofiary Wołosowi - zgodnie z przysłowiem: "W polu i w lesie sam Mikołaj Bogiem".
(...)
Tak samo duch leśny może być w ludowej wyobraźni raz istotą złą, raz dobrą: może być traktowany jako demon lub jako duch dobroczynny, może być nazywany w oczy, czy poza oczy "świętym duchem leśnym" lub "świętym lasem". Odpowiada to rozdwojeniu obrazu Wołosa w świadomości chrześcijańskiej, gdzie jest on utożsamiany zarówno ze świętymi, takimi jak np. Błażej lub Mikołaj, jak i z diabłem.
(...)
W obrzędach związanych genetycznie z kultem niedźwiedzia odzwierciedla się również powiązanie Wołosa z bogactwem, obfitością, płodnością itp., co odpowiada, ogólnie rzecz biorąc, odbiorowi Mikołaja. W ten sposób można interpretować odwrócony na lewą stronę korzuch, tak często występujący w różnego rodzaju rytuałach pochodzenia pogańskiego."
Borys A. Uspieński, Kult świętego Mikołaja na Rusi
czwartek, 28 listopada 2019
Krótki traktat o Jasiu
Może chcielibyście poznać Jasia? Muszę przyznać, że to trudne, bo przypuszczalnie on sam siebie nie zna. Nawet nie wiem czy ma jakąś świadomość własną, poza tą, którą dzieli z nami. Dlaczego nazywam go Jasiem? Ależ dlaczego nie, skoro mógłby nosić dowolne imię? Prawdę mówiąc, skoro nie miałby własnej świadomości, to tym bardziej nie mógłby mieć osobowości. Płci także nie posiada. Nie znaczy to jednak, że ma wszystkie płcie. Można by o nim powiedzieć „bezpłciowe ono”, ale brzmi to brzydko, więc pozostańmy przy nazywaniu go Jasiem. Co jeszcze możemy o nim powiedzieć? Choćby to, że wszystko czego doświadczasz jest snem Jasia. Albo raczej czymś w rodzaju jego snu, gdzie Jaś przeżywa wszystko, co tylko jest możliwe i jeszcze więcej. Wszystko co chce i wszystko czego nie chce, a także wszystko to, co jest mu obojętne.
Tak, może posiadać umysł nie posiadając osobowości. Ale jeśli myślisz o umyśle jak o mózgu, to z pewnością nie o takim umyśle mówimy. Umysł Jasia w całości rozłożony jest poza czasem tak, że czas jest czymś w rodzaju mapy tego umysłu. Można się po niej poruszać i Jaś to robi. Na przykład teraz, kiedy czytasz te słowa, on też je czyta i jest akurat w tym miejscu na mapie swojego umysłu, w którym ty się znajdujesz czytając. Warto dodać, że dzięki swojemu rozłożeniu w czasie, umysł ten zajmuje również całą przestrzeń. Kiedy powiedziałem, że Jaś się porusza po mapie swojego umysłu, to powiedziałem źle. On właściwie nie porusza się lecz wszędzie, w każdym miejscu tej mapy, po prostu jest. Jest tam i tu, ale wszędzie jest inny lub nieco inny tak, że w kimś, kto by go widział z boku mógłby Jaś wywołać wrażenie, że jest czymś w rodzaju rysunkowej animacji, złożonej ze statycznych klatek, które obserwowane jedna po drugiej, mogą powodować wrażenie ruchu. W istocie jednak wcale nie chodzi o ruch i nie chodzi o klatki. Ich tam nie ma, a miejsca na mapie mogą leżeć niezależnie od siebie. Słowem, nic tu nie działa jak w maszynie, a już z pewnością nie jak w zegarku.
Mówi się czasem, że życie jest snem. Jest to prawda w sensie dosłownym, przy czym należy dodać, że twoje życie jest snem Jasia.
Można by zapytać dlaczego Jaś wciąż śpi i śni. Otóż, są co do tego pewne podejrzenia. Niektórzy twierdzą, że został umyślnie uśpiony przez swoich wrogów, którzy obawiali się go ze względu na jego agresję i okrucieństwo. Dziwicie się? Powiem wam jak łatwo możecie poznać charakter Jasia. Jest on widoczny na całej powierzchni jego snu. Spójrzcie na istoty żywe, które go zasiedlają. Pożerają siebie nawzajem, ale jednocześnie wszystkie są przez ten sen zagrożone. Czyha on na nie i żadna mu nie ujdzie. Ba! Nie tylko istoty żywe, ale także nieożywiona część snu zachowuje się jakby zaprojektował ją szaleniec. Gwiazdy płoną, nieustannie spalając własne ciało, czarne dziury zasysają je i duszą w sobie, aż do osobliwości, która wywraca czasoprzestrzeń na drugą stronę, niczym skarpetkę. Zresztą, wszystkie duże rzeczy przyciągają mniejsze (czasem bardzo gwałtownie) i nie chcą ich wypuścić, za nic mając sprawiedliwość i równość rzeczy. W trawie piszczy wieczna wojna i wieczna jatka się tam odbywa. Wszystko się goni, czas goni, czas nagli, czas przemija. Ale też wszytko stoi. W zimnej pustce wieczności zna swoje miejsce każda chwila. Jest miejsce gdzie baranek jest żywy i jest takie, gdzie płacze nieustannie, bo rozrywa go wilk. No i jest miejsce gdzie nie ma baranka. Są wszystkie miejsca w tym śnie i nikt w nim nie zna siebie, tak jak nie zna siebie Jaś, kiedy śni.
A właśnie! Wróćmy do niego. Jaś nie przepuści nikomu. Każdy musi umrzeć, choć niektórzy umrą bardziej okrutną śmiercią niż inni. Ci zostali najwyraźniej obdarzeni przez niego większą uwagą. Gdyby tylko Jaś wiedział, że to jego własna natura sama go katuje! Pewnie by się obudził. Ale nie wie, więc się nie budzi. Zapytacie pewnie, dlaczego. Najwyraźniej jego głęboka drzemka została starannie zabezpieczona. Pewnie był tak niewygodny, że postanowiono zamknąć go w jego własnej głowie tak, żeby się nigdy nie zorientował i nie połapał co się z nim dzieje. Będzie tam w nieskończoność wyżywał się na sobie, realizując swój niespożyty potencjał szaleństwa. Będzie tworzył niszcząc i niszczył tworząc. Będzie pochłaniał i wydalał światy. Wariat, bez ustanku w drodze. Bezdomny, podzielony na wielu bezdomnych. Na miliardy, na niezliczone miliardy miliardów bezdomnych, zapędzonych w kołowrót życia, celowego pozornie. Nieświadomi, choć świadomi. A najbardziej schwytani ci, którzy coś wiedzą. Tych los jest nie do pozazdroszczenia. W nich się Jaś realizuje najmocniej i najokrutniej, bo ci są najbliżsi jego źrenicy, jego ciemnemu jądru. Oni wiedzą, że nie ma ucieczki. Wiedzą, że także śmierć, jak by nie była błoga, zabiera jedynie dalej, do kolejnej szarży, do kolejnej pogoni, aż przeżyją się wszystkie jasiowe pogonie, niezliczone niezliczoności przeżywań. Nawet wtedy jednak Jaś się nie przebudzi, lecz zacznie śnić to samo od nowa. Zresztą, kto wie ile to już razy powtórzył wszystkie możliwości! Przecież on sam niczego nie pamięta. Wszystko jest dla niego po raz pierwszy. Gdyby chociaż raz mógł zatrzymać się i spojrzeć w swoje oko. Tak, we własne oko, które odbija się wszędzie, w każdej kropli jego snu. Ale nie spojrzy. Nie zatrzyma się, bo jak każdy szaleniec, nie wierzy, że może być obłąkany, że wszystko sobie uroił.
Zdarza się czasem, że coś zdoła do niego przeniknąć, jakiś impuls, drżenie z zewnątrz. Tak jak teraz, kiedy podejrzewa… Kiedy ktoś tu pisze o Jasiu. Dziwne to drżenie, ale już przemija. NIEPRAWDOPODOBNE, więc sen śni się dalej, a tamto drżenie dziwne, tylko w pamięci upchane, gdzieś pod "Kto wie, kto wie?"
I sen toczy się dalej i dalej, do końca. I od nowa.
Były pomysły, żeby nazwać Jasia bogiem, Bogiem, albo Absolutem. Pierwszy, to zdecydowanie za mało. Bogów tego rodzaju Jaś wyłania z siebie miliardami. Drugi pomysł, przez duże B, to wariant pośredni. Ale już ostatni, to z kolei za dużo dla Jasia, który bądź co bądź, przecież nie jest wszystkim, ponieważ ma jeszcze coś poza sobą. Coś, na zewnątrz niego. Nie wspominając już o tym, że nie jest siebie świadom. To znaczy: nic nie wie o swojej CAŁOŚCI, bo gdzieś tam jednak, po troszku przegląda się przecież we wszystkim co mu się śni.
Tak czy inaczej, bogowie i absoluty nie nadają się, żeby ich przykładać do Jasia i mówić tym samym, czym on jest, jakoś go sobie ubierać i wyobrażać. Tym bardziej trudno podejrzewać kim mogą być jego wrogowie, którzy go - jak sądzimy - schwytali i zamknęli w jego własnej głowie, czy w jakimś innym, podobnym co do funkcji sarkofagu.
No, chyba że zamknął się w nim sam. Sam się uśpił i zaklamrował wszystkie wyjścia ze swojego snu. Czyżby był tak straszny, żeby nie móc znieść przebywania ze swoją pełną postacią? To też możliwe. To też musimy rozważyć, jakkolwiek przerażające by nam się nie wydało. Bo jeśli tak, to z pewnością gorzej jest być nim, kiedy nie śpi, niż jakąkolwiek z najgorszych postaci jego snu.
Wiem, co teraz powiecie. Że skoro to możliwe, to najpewniej Jaś przeżył kiedyś straszną chwilę w obecności siebie samego i przeraził się tak bardzo, że szybko zaplanował i wybudował swój sen - pułapkę. Tylko dlaczego wtedy nie postanowił sam siebie unicestwić? Powodów mogło być co najmniej kilka, ale dla nas, tutaj, ciekawsze od nich staje się pytanie: Co jeśli mu się to udało? Co, jeśli się zabił?
Otóż, moi drodzy, to by w efekcie nie zmieniło niczego. Dla niektórych teraz dopiero powiało grozą, prawda? Jaś zniszczył siebie w przypływie mocy i woli stwórczej, ale zanim to zrobił, więcej niż pewne, że zdążył przetestować wariant z pułapką snu. I dlatego wciąż tu jesteśmy. Bo jeżeli potem, po tym teście, samego Jasia już nie ma (ot, przebudził się i zniszczył… Zniknął!), to wcześniej, kiedy jeszcze pułapkę testował, jesteśmy my i obracamy się wraz z nią w nieskończoność, zawsze w takiej samej formie. Dlaczego? Dlatego, że Jaś nie mógł się oprzeć sprawdzeniu możliwości takiego wielokrotnego, nieskończonego powrotu, jako najlepszej możliwej pułapki na siebie. Z tego wniosek, że mimo, że tam gdzie nie ma nas i nie ma czasu, nie ma też Jasia, to tutaj, gdzie wciąż kotłujemy się w czasie, jest niestety także złapany, nieznający siebie, Jaś.
Chociaż jest tak, jakby go nie było.
czwartek, 21 listopada 2019
Sam sobie ojcem
Objawiło mi się dlaczego od dziecka miałem kryzys wieku średniego i nie chciałem mieć dzieci. Otóż, niemal od początku byłem swoim własnym ojcem. Chyba czułem, że ktoś musi tę rolę przyjąć, bo tego drugiego, właściwego, zazwyczaj w okolicy nie było.
Tak więc, wszystko co najważniejsze udało mi się osiągnąć już na początku życiowej drogi. Miałem dom, dwoje dzieci (w tym siebie) i żonę. Niby nie zachowywała się jak żona i nazywałem ją matką, ale... Generalnie, mogłem już wtedy czuć się spełniony życiowo i zacząć szukać czegoś więcej, jakichś głębszych sensów albo przynajmniej przygód (choćby z młodymi panienkami), które by mogły uzasadnić potrzebę mojego dalszego bytu.
Niestety, szybko mi się ta rola znudziła i obrzydła. W moim wieku mogła być dosyć frustrująca. Efekty są jednak żywe do dziś, bo kryzys nie minął i pewnie nie minie nigdy. Ale na ojcostwo nikt mnie już nie namówi. Raz wystarczy. Dużo zabawniej jest szukać przygód i sensów.
Tak więc, wszystko co najważniejsze udało mi się osiągnąć już na początku życiowej drogi. Miałem dom, dwoje dzieci (w tym siebie) i żonę. Niby nie zachowywała się jak żona i nazywałem ją matką, ale... Generalnie, mogłem już wtedy czuć się spełniony życiowo i zacząć szukać czegoś więcej, jakichś głębszych sensów albo przynajmniej przygód (choćby z młodymi panienkami), które by mogły uzasadnić potrzebę mojego dalszego bytu.
Niestety, szybko mi się ta rola znudziła i obrzydła. W moim wieku mogła być dosyć frustrująca. Efekty są jednak żywe do dziś, bo kryzys nie minął i pewnie nie minie nigdy. Ale na ojcostwo nikt mnie już nie namówi. Raz wystarczy. Dużo zabawniej jest szukać przygód i sensów.
środa, 13 listopada 2019
22.01.2015
Oglądając reportaż o Czarnobylu i patrząc na biegnącego po śniegu napromieniowanego wilka, pomyślałem, że może warto żyć tak, jakby się było całym światem, ale teraz - żyjąc swoim życiem - w każdej chwili doznawało poprzez swoje pojedyncze istnienie tylko jego jednego małego wycinka. Przyjmując taki pogląd, nawet kiedy słabniemy i umieramy, nie tracimy wszystkiego. Dobiega końca akurat to jedno konkretne przeżywanie. Jeden fragment z nieskończoności równolegle istniejących fragmentów świata. Tak, jakby każda istota, w tym ja sam, w każdej chwili była nieruchomym zdarzeniem, myślą "we mnie".
piątek, 18 października 2019
Superbakteria
![]() |
| Salvador Dali, Bez tytułu. Krajobraz |
piątek, 11 października 2019
Przywilej, czy obłęd?
![]() |
| Pieter Bruegel, Wojna karnawału z postem (fragment) |
System polityczny, w którym zwycięstwo zależy od manipulacji umysłami nie może być nazywany demokratycznym, bo tutaj nie demos rządzi, a demon - forma psychiczna, ukształtowana w umysłach zbiorowości. Twór taki powstaje mniej lub bardziej przypadkowo, zależnie od biegłości i szczęścia manipulatorów, którzy tą zbiorowością usiłują sterować.
Naprawdę zabawnie robi się, kiedy zauważyć, że ten demon posiada cechy schizofreniczne. Nie jest świadom przyczyn swoich przeświadczeń, odczuć, ani czynów i jest od nich całkowicie zależny. Wykazuje objawy resentymentu, histerii, paranoi i rozszczepienia osobowości, ale przy tym sądzi, że twardo stoi na straży tego co słuszne i że jest wolny w swoich wyborach.
Naprawdę zabawnie robi się, kiedy zauważyć, że ten demon posiada cechy schizofreniczne. Nie jest świadom przyczyn swoich przeświadczeń, odczuć, ani czynów i jest od nich całkowicie zależny. Wykazuje objawy resentymentu, histerii, paranoi i rozszczepienia osobowości, ale przy tym sądzi, że twardo stoi na straży tego co słuszne i że jest wolny w swoich wyborach.
środa, 2 października 2019
Obrona przeciwlotnicza
Wybraliśmy się na wędrówkę przez las. Chodziło o to, żeby przeżyć jeszcze coś wyjątkowego na chwilę przed tym nim rozpocznie się wojna. Były cztery drogi, którymi mogliśmy pójść. Północna, najciekawsza, prowadziła na pustkowia, ale Paweł narzekał, że jest zbyt niebezpieczna. Ostatecznie wybraliśmy chyba wschodnią, która obiecywała najspokojniejsze miejsce na nocleg.
Następnego dnia mieliśmy się zgłosić na przydzielony posterunek. Kazano nam bronić boiska szkolnego przed lotnictwem wroga. Mówiło się, że ONI mają uderzyć w przeciągu trzech najbliższych dni. Nikt podobno nie wiedział, którego konkretnie dnia to się stanie. Zbieraliśmy się więc od rana na betonowym boisku przy mojej starej podstawówce. Żeby się tam dostać trzeba było przeleźć przez siatkę, wysoką mniej więcej jak te przy kortach tenisowych. Odprowadzali nas wzrokiem nieliczni gapie, którzy snuli się po drugiej stronie siatki. Tak - pomyślałem - fajnie jest popatrzeć na żywe trupy. To nawet nędznemu życiu dodaje na chwilę trochę smaku.
Póki co, czekaliśmy dość długo zanim nas wezwano na stanowisko właściwe. Szedłem na miejsce z Paulinką, której nasz przewodnik opowiadał skąd się wzięły przykryte wielkimi liśćmi kapusty trupy, leżące wzdłuż ulic. To niemiecka zbrodnia z Friedrichshof, mówił. Trupy miesiącami gniły pod otwartym niebem, więc my je tutaj przykrywamy liśćmi. A wtedy, było tak właśnie jak ja tutaj zrobię. Trzeba było liście wraz z tym mięsem gnijącym pod spodem, nacinać wzdłuż, żeby zrobić koleiny dla wozów i dla pieszych. O tak, właśnie.
W tamtej chwili odniosłem wrażenie, ze Paulinka jest na granicy poczytalności, bo żeby okazać spokój ducha, wyciągnęła nagle spomiędzy trupów kawałek surowego rybiego ogona, zamerdała nim w powietrzu jak dzwoneczkiem perkusyjnym i z głośnym ślurpnięciem odgryzła kawałek.
Zanim doszliśmy na nasz posterunek, postanowiłem zrobić w sklepie zapasy na najbliższe trzy dni. Wziąłem kilka kawałków śledzia korzennego i jeden kawałek śledzia marynowanego. Uznałem, że marynowany jest zbyt słodki żeby brać go więcej. Miałem też ze sobą oczywiście jakiś alkohol, jednak nie było go zbyt wiele.
Pomyślałem, że dobrze się składa, że nikt nas tu nie żegna. Tego by jeszcze brakowało.
Na miejscu, czyli w piwnicy pod jakimś dwurodzinnym domkiem - kostką, który stał na skrzyżowaniu ulic Plażowej i Baranowickiej, mieliśmy oczekiwać samolotów przeciwnika.
Wszyscy już byli. Maciek założył na tę okazję mundur oficera z 1939 roku. Wyglądał dostojnie i wyraźnie odstawał w nim od reszty towarzystwa. Piotrek z kolei wystroił się w mundur legionowy z 1918 i uznałem, że z jego szaroniebieskim kolorem, estetycznie całkiem nieźle pasuje przeciwlotniczemu obrońcy.
- Coś mało mamy alkoholu. – zauważyłem, patrząc na nasze zapasy ustawione wzdłuż ścian.
Potwierdzili niemo.
- A w sklepie był tylko śledź i ogórki. Kiepska dieta na te trzy dni.
- Po co ci więcej? Śledź i ogórki najlepsze do zagryzania wódki, a teraz ona nam się przyda najbardziej.
- No, właśnie. To może po kielichu?
- No, nie. Jeśli teraz zaczniemy, to nam nie wystarczy do końca. A co, jeśli oni zaatakują dopiero pojutrze? – Maciek wydawał się być zaangażowany taktycznie i nie potrafiłem sensownie zaprzeczyć, ale czułem, że coś jest nie tak z jego logiką.
- Kiedy wydadzą nam broń? – zapytał ktoś.
- Nie wydadzą. Nie potrzebujemy broni. Mamy tylko sprawiać wrażenie, że ją mamy, żeby ściągnąć na siebie ogień.
- Tak, ktoś tu musi być na straży i padło akurat na nas.
- Ciekawe ile potrwa wojna.
- Pewnie niedługo. Potem będzie okupacja i ona się przeciągnie. Ale potem pewnie wszystko rozejdzie się po kościach i będą jakieś porozumienia.
- To może byśmy już teraz zorganizowali ruch oporu, zamiast tutaj umierać?
- Nie. My ich tu musimy ściągnąć, żeby mieli jakieś straty w amunicji. Ruch oporu założą ci, których wyznaczono.
- Tak, dowodzenie jest dobre. Ja się na wojnie nie znam, ale jest dobre.
- Panowie, a może byśmy się wreszcie napili?
Wódka stojąca na podłodze w narożniku piwnicy wydała mi się teraz więcej niż atrakcyjna.
- No, a jak spuszczą na nas bombę, to poczujesz najpierw zapach… Potem się udusisz. Ale jak pójdzie rakieta, to się spalimy. I o to chodzi. Rakiety są droższe.
Zastanowiłem się, co by było, gdyby jakimś cudem udało mi się przeżyć.
Wtedy usłyszeliśmy dźwięk silników. Nadlatywali. Opuściliśmy piwnicę, żeby zająć miejsca dobrze widoczne z nieba. Do osłony mieliśmy murek wysokości około pół metra. Każdy dostał coś w rodzaju maski spawalniczej z dwoma uchwytami po bokach. Mieliśmy przez te maski patrzeć w niebo. Pojawiła się uroczo uśmiechnięta Dorota, która jako ekspert w dziedzinie teatralnych lornetek, poinstruowała nas co mamy robić ze sprzętem.
- Chwyćcie za te rączki, tutaj, po bokach. I teraz uwaga. Jeśli dociśniecie je za mocno, albo za słabo, to nic nie wypatrzycie. Ale nie martwcie się. Wystarczy samo wycelowanie w górę. Oni tam muszą tylko was zobaczyć, a maski, te szkiełka w nich, odbijają światło, więc po prostu puszczajcie nimi zajączki.
- Lecą. Patrzcie!
Spojrzałem w kierunku wskazywanym przez Pawła i zobaczyłem na niebie kilka dużych śmigłowych bombowców. Groźnie buczały latając dość chaotycznie w różnych kierunkach. Maciek nas jednak uspokoił:
- Eee… To nie oni. To nasi wystartowali. Tamtych nawet nie dojrzysz…
Przypomniałem sobie wtedy opowieść znajomego sprzed lat. Będąc czołgistą, twierdził, że przy różnicy technologii miedzy nami a nimi, pozostały mu czas życia w poruszającym się czołgu, zaraz po rozpoczęciu wojny, ocenia na jakieś piętnaście, do dwudziestu minut.
Nie czekając na pozostałych pociągnąłem solidny i pokrzepiający łyk wódki.
Ale zaraz i tak było już po wszystkim.
Następnego dnia mieliśmy się zgłosić na przydzielony posterunek. Kazano nam bronić boiska szkolnego przed lotnictwem wroga. Mówiło się, że ONI mają uderzyć w przeciągu trzech najbliższych dni. Nikt podobno nie wiedział, którego konkretnie dnia to się stanie. Zbieraliśmy się więc od rana na betonowym boisku przy mojej starej podstawówce. Żeby się tam dostać trzeba było przeleźć przez siatkę, wysoką mniej więcej jak te przy kortach tenisowych. Odprowadzali nas wzrokiem nieliczni gapie, którzy snuli się po drugiej stronie siatki. Tak - pomyślałem - fajnie jest popatrzeć na żywe trupy. To nawet nędznemu życiu dodaje na chwilę trochę smaku.
Póki co, czekaliśmy dość długo zanim nas wezwano na stanowisko właściwe. Szedłem na miejsce z Paulinką, której nasz przewodnik opowiadał skąd się wzięły przykryte wielkimi liśćmi kapusty trupy, leżące wzdłuż ulic. To niemiecka zbrodnia z Friedrichshof, mówił. Trupy miesiącami gniły pod otwartym niebem, więc my je tutaj przykrywamy liśćmi. A wtedy, było tak właśnie jak ja tutaj zrobię. Trzeba było liście wraz z tym mięsem gnijącym pod spodem, nacinać wzdłuż, żeby zrobić koleiny dla wozów i dla pieszych. O tak, właśnie.
W tamtej chwili odniosłem wrażenie, ze Paulinka jest na granicy poczytalności, bo żeby okazać spokój ducha, wyciągnęła nagle spomiędzy trupów kawałek surowego rybiego ogona, zamerdała nim w powietrzu jak dzwoneczkiem perkusyjnym i z głośnym ślurpnięciem odgryzła kawałek.
Zanim doszliśmy na nasz posterunek, postanowiłem zrobić w sklepie zapasy na najbliższe trzy dni. Wziąłem kilka kawałków śledzia korzennego i jeden kawałek śledzia marynowanego. Uznałem, że marynowany jest zbyt słodki żeby brać go więcej. Miałem też ze sobą oczywiście jakiś alkohol, jednak nie było go zbyt wiele.
Pomyślałem, że dobrze się składa, że nikt nas tu nie żegna. Tego by jeszcze brakowało.
Na miejscu, czyli w piwnicy pod jakimś dwurodzinnym domkiem - kostką, który stał na skrzyżowaniu ulic Plażowej i Baranowickiej, mieliśmy oczekiwać samolotów przeciwnika.
Wszyscy już byli. Maciek założył na tę okazję mundur oficera z 1939 roku. Wyglądał dostojnie i wyraźnie odstawał w nim od reszty towarzystwa. Piotrek z kolei wystroił się w mundur legionowy z 1918 i uznałem, że z jego szaroniebieskim kolorem, estetycznie całkiem nieźle pasuje przeciwlotniczemu obrońcy.
- Coś mało mamy alkoholu. – zauważyłem, patrząc na nasze zapasy ustawione wzdłuż ścian.
Potwierdzili niemo.
- A w sklepie był tylko śledź i ogórki. Kiepska dieta na te trzy dni.
- Po co ci więcej? Śledź i ogórki najlepsze do zagryzania wódki, a teraz ona nam się przyda najbardziej.
- No, właśnie. To może po kielichu?
- No, nie. Jeśli teraz zaczniemy, to nam nie wystarczy do końca. A co, jeśli oni zaatakują dopiero pojutrze? – Maciek wydawał się być zaangażowany taktycznie i nie potrafiłem sensownie zaprzeczyć, ale czułem, że coś jest nie tak z jego logiką.
- Kiedy wydadzą nam broń? – zapytał ktoś.
- Nie wydadzą. Nie potrzebujemy broni. Mamy tylko sprawiać wrażenie, że ją mamy, żeby ściągnąć na siebie ogień.
- Tak, ktoś tu musi być na straży i padło akurat na nas.
- Ciekawe ile potrwa wojna.
- Pewnie niedługo. Potem będzie okupacja i ona się przeciągnie. Ale potem pewnie wszystko rozejdzie się po kościach i będą jakieś porozumienia.
- To może byśmy już teraz zorganizowali ruch oporu, zamiast tutaj umierać?
- Nie. My ich tu musimy ściągnąć, żeby mieli jakieś straty w amunicji. Ruch oporu założą ci, których wyznaczono.
- Tak, dowodzenie jest dobre. Ja się na wojnie nie znam, ale jest dobre.
- Panowie, a może byśmy się wreszcie napili?
Wódka stojąca na podłodze w narożniku piwnicy wydała mi się teraz więcej niż atrakcyjna.
- No, a jak spuszczą na nas bombę, to poczujesz najpierw zapach… Potem się udusisz. Ale jak pójdzie rakieta, to się spalimy. I o to chodzi. Rakiety są droższe.
Zastanowiłem się, co by było, gdyby jakimś cudem udało mi się przeżyć.
Wtedy usłyszeliśmy dźwięk silników. Nadlatywali. Opuściliśmy piwnicę, żeby zająć miejsca dobrze widoczne z nieba. Do osłony mieliśmy murek wysokości około pół metra. Każdy dostał coś w rodzaju maski spawalniczej z dwoma uchwytami po bokach. Mieliśmy przez te maski patrzeć w niebo. Pojawiła się uroczo uśmiechnięta Dorota, która jako ekspert w dziedzinie teatralnych lornetek, poinstruowała nas co mamy robić ze sprzętem.
- Chwyćcie za te rączki, tutaj, po bokach. I teraz uwaga. Jeśli dociśniecie je za mocno, albo za słabo, to nic nie wypatrzycie. Ale nie martwcie się. Wystarczy samo wycelowanie w górę. Oni tam muszą tylko was zobaczyć, a maski, te szkiełka w nich, odbijają światło, więc po prostu puszczajcie nimi zajączki.
- Lecą. Patrzcie!
Spojrzałem w kierunku wskazywanym przez Pawła i zobaczyłem na niebie kilka dużych śmigłowych bombowców. Groźnie buczały latając dość chaotycznie w różnych kierunkach. Maciek nas jednak uspokoił:
- Eee… To nie oni. To nasi wystartowali. Tamtych nawet nie dojrzysz…
Przypomniałem sobie wtedy opowieść znajomego sprzed lat. Będąc czołgistą, twierdził, że przy różnicy technologii miedzy nami a nimi, pozostały mu czas życia w poruszającym się czołgu, zaraz po rozpoczęciu wojny, ocenia na jakieś piętnaście, do dwudziestu minut.
Nie czekając na pozostałych pociągnąłem solidny i pokrzepiający łyk wódki.
Ale zaraz i tak było już po wszystkim.
środa, 11 września 2019
Festiwal klimatyczny
Ocalić planety, czy zwierząt, nie jesteśmy w stanie inaczej jak tylko przypadkiem, bo sami jesteśmy zwierzętami. A wszyscy razem powinniśmy się postrzegać raczej jako jedno zwierzę. I to bardzo zagubione i spanikowane od nihilizmu, który już mu pulsuje z tyłu głowy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




