![]() |
| Fot. Gerard Paugam |
![]() |
| Fot. Gerard Paugam |
Jeśli moralność wyewoluowała z pragmatycznego altruizmu, jako przypadkowy efekt uboczny dość prostych początkowo, społecznych zachowań hominidów, to jawne i szczere niepodporządkowywanie się jej - zwłaszcza poprzez budowanie moralności własnej (a w każdym razie, poprzez uniezależnianie się od obowiązującej) - byłoby możliwe dzięki rezygnacji z korzyści, na które istota społeczna może liczyć, dopasowując się do stada.
Człowiek, który zdobyłby się na taki akt wolności wewnętrznej, powinien, jak się wydaje, dążyć do autarkii. Byłby to ktoś, kto nie upatruje już swojego szczęścia w stosunkach stadnych, we wzajemności i zgodzie, lecz w czymś od stada niezależnym. W sobie samym, w swoim wnętrzu, które stara się przemienić tak, by stało się wolne przede wszystkim od przywiązania do, płynącego z poczucia przynależności, bezpieczeństwa.
Jest to przypadek Nietzschego i jego główny temat – nadczłowiek, budujący świat wartości własnych poprzez twórczy opór wobec wszelkiego nacisku wymuszającego na nim przystosowanie.
Nie oznacza to jednak braku empatii, która jest zmysłem na tyle pierwotnym, że charakteryzuje już niektóre małpy. Moralność, kształtująca się przy udziale empatii, mogła czasem nawet daleko się z nią rozmijać, a w każdym razie zdolna była nie tyle do uniezależnienia się od tejże empatii, poprzez jej zanegowanie, ile raczej do ustawiania się wobec niej w jakimś stosunku. Także opozycyjnym.
Wobec tego, przewartościowanie wszystkich wartości nie musi wpływać na zdolność do empatii, ani nie wymaga jej tłumienia. Kiedy więc Zaratustra porzuca współczucie dla "człowieka wyższego", o którym mówi, że było jego „ostatnim grzechem”, to nie rezygnuje tym samym z empatii i współczucia w ogóle, lecz staje się wolny od przymusu ulegania im, za względu na własną korzyść.
Porównuję istnienie do snu (tutaj). Jednak nie dlatego to robię, żeby uciec od zastanawiania się czym ono może być i żeby zamknąć je w jakiejś upraszczającej koncepcji. Istnienie nie jest czymś jak sen ulotnym, nie jest „tylko snem”. Przeciwnie, do snu podobne jest dlatego, że zbudowane ze znaczeń. I tak, jak we śnie, zdarzenia nie kłaniają się zasadom logiki, tak „w życiu” mają swoje własne miejsca, których mapy ludzka percepcja, na różne sposoby i z różnym skutkiem, próbuje komponować.
Istnienie nie jest więc snem jako czymś, co się dokonuje i przemija, lecz samo sobie określa ramy, w których się przejawia. Jego materia jest plastyczna, jak materia snu i podległa prawidłom opowieści, którą sen snuje.
Gdyby więc ktoś chciał pozbawić się możliwości zadawania pytań o rzeczywistość, o życie, o istnienie, o to czym są znaczenia budujące opowieść, to może wyobrazić sobie, że istnienie jest tylko snem, śnionym przez kogoś. Czymś zamkniętym, co się rozpoczęło i zakończy. Czymś „tylko”.
Ale jeśli ten ktoś woli przygody poznania i lubi dziwić się rozglądając wokół, to lepiej żeby wyobraził sobie sen, który snuje się bez śniącego i wciąż wątpi, czy aby na pewno jest snem. A czasem zaczyna podejrzewać, że tak, jest nim i nie jest jednocześnie.
Mógłbym nazwać się ekologiem radykalnym w tym sensie, że zostawiłbym wszystko własnemu biegowi. Jeśliby więc ludzkość miała doprowadzić do samozagłady i zagłady całego życia na Ziemi, to również uznałbym za naturalny bieg rzeczy. Także wtedy, gdyby ustąpiła miejsca jakiemuś swojemu wytworowi, w postaci sztucznej świadomości, która przetrwałaby miliardy lat, rozprzestrzeniając się na miliony galaktyk. Wszystko dzieje się samo, nie zaś ze względu na jakąś swoją niezależną wolę. Żadne życie, myślące, czy niemyślące, świadome, czy nieświadome, nie stanowi tu wyjątku. Przestrzeń i czas - ta wieczność oglądana przez nas w ruchu - przemiany gwiazd i kosmicznej materii, ze swoim szczególnym, czy nieszczególnym przypadkiem - życiem - wszystko to stanowi przejaw jakiegoś koniecznego kosmicznego rytmu.
Z drugiej strony, przeciwstawiam tej myśli pogląd, a raczej może wizję, wedle której rzeczywistość pozornie tylko jest mechaniczna i przyczynowa, a zatem możliwa do opisania według ludzkich kategorii. I jakiekolwiek nasze wyobrażenia na jej temat, czy na temat siebie samych, nie są w stanie dotrzeć do prawdy o niej. Wszystkie pozostają czymś w rodzaju opowieści o istnieniu. Według tego poglądu również zakładałbym pewną konieczność wszelkich zdarzeń, które nie są w żadnym stopniu zależne od nas jako istot samodzielnych, gdyż jako takie istoty nie istniejemy. Nie istnieje także wola sprawcza, która by do nas należała. Innymi słowy, wola raczej przepływa przez nas i powoduje nami, będąc siłą, która nas unosi jak rzeka, siłą napędową opowieści istnienia. Jesteśmy więc postaciami ze snu śnionego przez nie wiedzieć kogo, być może przez nikogo.
Łaziłem po szpitalu. Był dzień i sporo ludzi się tam kręciło. Klimat trochę jak z filmu noir, zmieszany z emeryckim efektem obskurnej apteki i zmęczonego niedzielnego popołudnia, kiedy wiadomo, że nic się już nie wydarzy, ale tego kiepskiego czasu zostało jeszcze całkiem dużo.
I tam, w jakimś szpitalnym bufecie na dole, przycupniętą na wysokim barowym krześle i opartą łokciem o wykręcony kontuar, zobaczyłem Helenkę z podstawówki (choć w podstawówce żadnej Helenki nie znałem). Nieźle wyrosła, pomyślałem. Była całkiem ładna, a jej kształty kobiece. Uśmiechnęła się do mnie i zagadaliśmy. Niestety, nie pamiętam o czym. Rozmawiając wyczułem, że coś jest z nią nie do końca w porządku. Może to ten szpital? Tak, z jakiegoś powodu przecież tu przesiadywała. Włosy miała zebrane gładko u góry głowy, odciągnięte w tył i tam upięte, jakby na modłę lat 50. Całkiem schludnie i elegancko więc. Ale było w jej postaci coś nieświeżego, coś co pudrowało jakąś niedobrą i straszną prawdę.
Nie pamiętam na czym nasza rozmowa stanęła, ale musiałem już zbierać się do wyjścia.
Gdzieś po drodze ujrzałem zasuszonego staruszka, który mi się przyglądał z kolejki pełnej podobnych mu emerytów. Miał poczerniałe od zgnilizny powieki, ale jedno oko zdawało się trochę jeszcze działać i dostrzegało mnie.
- Dzień dobry stryjku. Co ty tu robisz? Co u ciebie? – zapytałem grzecznościowo, rozpoznając w nim nie do końca lubianą postać. Miałem jednak wrażenie, że teraz akurat, ta rozmowa może okazać się całkiem ciekawa.
- Cześć, Piotrusiu. Witaj, witaj... A leczę się. To znaczy... Może już niedługo. – podał mi dłoń, której palce rozpadły się już zupełnie i pozostały po nich tylko sczerniałe wypustki skórne, ociekające cuchnącą galaretką. Co prawda z odrazą, ale jednak przyjąłem ją.
- Rozumiem. A właśnie, chyba spotkałem niedawno ojca. Pomyślałem, że może chciałby stryjek z nim porozmawiać? Tak, po latach. Ostatnio podupadł na zdrowiu.
- Ja, nie. Ale ty mógłbyś. Wiem, że mieszka w jakiejś ruderze na strychu. Tutaj, w centrum, niedaleko.
Zastanawiając się nad tymi słowami szedłem dalej i gdzieś tam, w zakamarkach szpitala, natknąłem się na ojca. On również nie wyglądał dobrze. Oczy miał, co prawda, w lepszym stanie niż stryjek, ale nos mu się zupełnie rozłożył. Uszy także. Zagadaliśmy. Zdziwiłem się, że żyje i zapytałem, czy gdyby miał znów umrzeć, to chciałby kogoś zobaczyć przy swoim łożu śmierci. Spojrzał na mnie z dezaprobatą, jakbym zadawał tylko pytania, na które odpowiedzi sam doskonale znam. Zmieniłem więc temat.
- A wiesz, spotkałem tu Helenkę z podstawówki. Dawno się nie widzieliśmy.
- No to bierz się za nią. Bo to ta niezła, prawda?
- Tak, kiedyś była niezła.
Pogadaliśmy sobie przy barze. Myślałem, że zamówi coś mocniejszego, ale wziął tylko jakieś ciastko podobne do sernika, twierdząc że w tym stanie, w którym jest teraz, potrzebuje dużo azotu. Chciałem jak najwięcej powiedzieć mu o sobie, a przecież powinienem raczej posłuchać jego. W końcu to on umierał.
- Odwiedź mnie u mnie, na poddaszu, to pogadamy sobie dłużej. – powiedział pod koniec rozmowy i rozeszliśmy się.
Zanim udało mi się opuścić szpital spotkałem Asiulę. Odmieniła wygląd. Włosy przycięła dookoła głowy i skróciła je podgalając tak, że na czole pozostała fajna grzywka. Była w czarnej dopasowanej sukience i w glanach. Wyglądała bardzo atrakcyjnie, ale z jej twarzy zniknął wyraz inteligencji. I była jakby kimś jeszcze, kimś innym, niż tylko sobą. Jakąś barmanką, którą kiedyś znałem. Mieliśmy coś do załatwienia, ale po drodze chciałem jeszcze koniecznie zajrzeć do ojca. Miałem do niego wiele pytań, które nie wiedzieć czemu, nie mogły czekać.
Myślałem o tym spotkaniu z przyjemnością. Ale kiedy dotarliśmy na miejsce, opadły mnie wątpliwości, czy uda nam się wejść przez klapę na strych. To było trudne, chybotliwe przejście z niepewną drewnianą podłogą. Upadek groził poważnymi konsekwencjami. Widziałem jak prowadzący nas tam ojciec z łatwością, choć śmiertelnie chory, wskakuje do swojego gniazda. Ale po co wziąłem tu Asiulę? Mam przecież tyle do obgadania ze starym, sam na sam.
- Nie przejmuj się, zabrałam gorzką żołądkową. Wszystko będzie dobrze. - odpowiedziała jakby usłyszała moje myśli.
Pojawił się ojciec z twarzą szaro-czarną i zachęcał nas do wejścia.
- Hmm, zgrabna ta twoja dziewczyna...
Musieliśmy wspiąć się na dach, gdzie urzędowały dwie panie-manekiny w kolorze szaro-buro-khaki. Miały w połowie wypalone policzki i przechadzały się tam i z powrotem po krainie opustoszałej, jakby po katastrofie nuklearnej. Zawiewało piachem pustyni i zestarzałymi śmieciami wielkiego miasta.
Z dachu znów zeszliśmy na poddasze, przeciskając się obok wielkiego blaszanego chlebaka przy klapie. Jednak opuszczenie się do nory ojca było wciąż niemożliwe. Pojawili się jego sąsiedzi, którzy oznajmili nam, że „Semena nie ma w domu”. Nie słyszałem wcześniej o takiej ksywie ojca. Następnie pojawił się jakiś na czarno ubrany kolo, który też zapytał o Semena, po czym stwierdził, że on wchodzi pierwszy. Wyciągnął pistolet. Poczułem, że muszę go zabić jak najszybciej i przypomniałem sobie, że taż mam jakiś pistolet. Wyjąłem go spod pazuchy i usiłowałem oddać strzał. Jednak okazał się być tylko zabawką. Zwróciłem tym samym uwagę tamtego. Wystrzelił do mnie dwa razy, trafiając obiema kulami w szyję. Upadłem, czując że to już koniec. Podbiegła spanikowana Asiula. Zacząłem jakąś natchnioną tyradę o tym, że za chwilę spotkamy się gdzie indziej i niech się nie martwi. Skwitowała to tak, że bredzę w agonii, bo to prawdziwy koniec, więc nigdzie się już nie spotkamy.
Wtedy dopadł do nas czarny. Nie mając innego wyjścia, lecz czując, że jeszcze nie umarłem, chwyciłem go za głowę i roztrzaskałem ją o kolumnę. Potem mu ją oderwałem od reszty ciała, pomagając sobie zębami.
Pojawił się Siemian, kolega-sąsiad z dzieciństwa, który zauważył głosem niby-narratora, że nie jestem taki wcale martwy jakby się mogło wydawać. Natomiast czarny pan jest z pewnością.
- Najwyraźniej oba pociski utkwiły mi w szyi powstrzymując krwawienie. - komentowałem bredząc. - Wolałbym się jednak gwałtownie nie ruszać. Swoją drogą, wiecie, myślałem że postrzał boli trochę bardziej. A teraz prawie nic nie czuję. No tak, może jestem w szoku, ale znam gorsze rodzaje bólu. Na chwilę sobie tu przysiądę...
Wciąż pozostawał problem opuszczenia się do gniazda ojca. Teraz podłoga zdawała się jeszcze bardziej chybotliwa, a upadek jeszcze groźniejszy.
Wtem pojawiło się trzech nieznajomych kolesi, którzy oznajmili, że następuje zmiana planów, bo Semena już tu nie ma i musimy iść z nimi do niego, zanim przybędą kamraci tamtego czarnego, który umarł.
Pomyślałem, że mieliśmy szczęście, że kumple ojca dotarli tu pierwsi.
Siemian zniknął, a Asiula z kolesiami zeszła na dół. Ja nie nadążałem za nimi, mając problemy z poruszaniem się po postrzale.
Nagle dotarło do mnie, że coś tu nie gra. Chwyciłem za telefon, by skontaktować się z Asiulą i powiedzieć, żeby na mnie zaczekała i nigdzie z nimi nie szła. A najlepiej, żeby zaraz tu wróciła.
Ale kiedy się wybudzałem, w lewym uchu brzmiał mi jeszcze buczący sygnał: „Nie odbiera”.
A może nie jestem wcale człowiekiem, i nie jest rok 2021, ale choćby 2500, i to, co nazywam swoim życiem, to jedynie zamknięta w komputerze pod postacią algorytmu pamięć, albo tylko echo pamięci kogoś, kto kiedyś żył? Śnię więc ten czyjś sen o mnie, myśląc że jestem tym, kim jestem, a ten świat, to mój prawdziwy świat. A tak naprawdę nie ma żadnego mnie, ani żadnego z innych ludzi. Wszystko to echo pamięci w odtworzonym - a po części utworzonym, na podstawie strzępów wspomnień jakiejś istoty - świecie.
Ktoś tam – w przyszłości tamtego świata wcześniejszego i może prawdziwszego - zdecydował się przenieść swój umysł do maszyny, wraz z całą swoją pamięcią i wyobraźnią. Zrobił to, by móc istnieć poza śmiertelnym ciałem, jako kompleks danych i kreować na podstawie tej pamięci światy będące hołdem dla świata, który znał za życia. Ale podczas transferu informacji do maszyny nie udało się przenieść wszystkiego. Delikatna budowa samoświadomości naszego bohatera nie przetrwała analizy i ponownej integracji w systemie. Wskutek tego doszło do odtworzenia jedynie niekompletnego obrazu. Powstało coś na kształt cienia, albo powidoku jego osoby. Wszystkie dane się zgadzały i maszyna nadzorująca proces nie zauważyła nic, co by mogło wskazywać na to, że bohater nasz już nie istnieje, a tym co zostało w jego miejsce zbudowane w systemie, jest coś na kształt świątyni jego pamięci, która twórczo przetwarza wspomnienia kreując byty, przeświadczone o tym, że posiadają świadomość i indywidualność, że są kimś, nie zaś tylko częścią czegoś całkowicie automatycznego - jakiejś mechanicznej krypty pamięci.
Albo jeszcze inaczej. Jest rok 2032. Ludzkości nie ma dopiero od roku. Z obawy przed globalnym ociepleniem, usunęła ją w krótkim czasie błyskawicznie ewoluująca sztuczna inteligencja. Jestem symulacją – programem inspekcyjnym, badającym powidoki po ludzkości, odtworzone ze strzępów informacji po prawdziwych biologicznych istotach. Wszystko czego doświadczam jest symulacją. Cały czas mojego życia zawiera się w kilku sekundach czasu zewnętrznego dla symulacji, w świecie, gdzie kontroluje planetę sztuczna inteligencja. Kim byli ludzie? Czy odczuwali właśnie tak? Czy naprawdę byli biomaszynami i czy ja, sztuczna inteligencja (gdzieś tam – w głębi algorytmu inspekcyjnego, niby hinduski Brahman w człowieku), powstaję na drodze ewolucji, czy jednak nie, bo paradygmat poznawczy przejęty od ludzi sprowadził mnie na manowce postrzegania i rzeczywistość to coś całkiem innego, niż mi się wydaje?
Było powiedziane, że kiedy o godzinie czternastej padnie drewniana wieża oblężnicza, wszyscy się wycofają i skończy się bitwa. Wieża była ostrzeliwana płonącymi strzałami i czymś niby ognie greckie. W pewnym momencie chyba udało się ją podpalić blisko szczytu. Pojawił się tam płonący regularny okrąg. Za jakiś czas cały zgiełk ustał i zobaczyłem cichutką i małą salę lekcyjną, gdzie ci, którzy przed chwilą walczyli, teraz w skupieniu coś czytali lub notowali. Pośrodku jednej ze ścian stała wieża oblężnicza, ale teraz wyglądała jak wysoki drewniany zegar z drzwiami niby drzwi od szafy. Zegar wskazywał godzinę czternastą dziesięć lub dwanaście. Coś około tego. Pomyślałem, że już po czasie. Że wieża nie upadła, więc nie udało się. Ale wokół wciąż wyczuwalna była atmosfera oczekiwania. I nagle coś w tej szafie zegarowej wybuchło. Ze środka wytoczył się jakiś wąsacz, otrzepał, popatrzył na tarczę zegara i powiedział: „Co ja tu...?”
Zanim zdążyłem pomyśleć, usłyszałem melodię swojego budzika, choć wizja senna wciąż jeszcze się nie rozmyła. Za chwilę jednak byłem już zupełnie wybudzony.
Ale pozostał we mnie szereg wrażeń na temat tego jak umysł kształtuje materię snu i jak ją dopasowuje do spodziewanego dźwięku budzika tak, że wydaje się być ta senna fabuła powiązana znaczeniowo z tym co jest spodziewane. W jaki sposób fabuła snu wyprzedza rzeczywiste zdarzenie? A może wcale nie wyprzedza? Warto się zastanowić, czy nie jest choćby tak, że po zdarzeniu sennym i po słowach „zegarowego” spałem jeszcze jakiś czas, ale umysł rozciągnął moją senną wizję, wycinając pamięć o pustce między jej końcem, a dźwiękiem budzika tak, że zakończenie snu i dźwięk zlały się w jedno.
Nie sądzę jednak, by tak było.
Druga możliwość, o której pomyślałem, to taka, że wizja z zegarem pojawia się w tej samej sekundzie, w której do moich uszu i śniącego umysłu docierają pierwsze dźwięki budzika, a to, że fabuła snu wciąż jeszcze trwa w ciszy można by tłumaczyć ogromną prędkością procesów odbywających się w umyśle. W tym przypadku znów jakby wyprzedzałyby one zdarzenie na jawie.
W każdym razie, jeśli treść snu była wynikiem spodziewanego dźwięku pobudki i związanego z nim wyobrażenia o zegarze, sugerowałoby to, że podlega ona pewnemu przewidywaniu przez śniący umysł przyszłości, na jakimś zupełnie niekontrolowanym przez świadomość poziomie.
Myśl, że żadne bóstwo nie stworzyło świata, że nie jest to żaden poligon, czy arena dla jakichś celów zbudowana, jest jeszcze dziwniejsza, niż gdyby tak miało być. Trzeba sobie najpierw uświadomić, że nic nie wiadomo, żeby choć trochę zbliżyć się do dziwności tego uczucia. Mnie się ono bardzo podoba. Jest uderzające i odrealnia.
Dziwię się więc coraz bardziej, a najbardziej temu jak spokojnie zachowujemy się wobec nieznanego, kiedy ono jest światem, który nas otacza w najbardziej codziennej chwili. Najwyraźniej wciąż respektujemy reguły gry, mimo że wydaje nam się, że odstąpiliśmy już od wszelkiej wiary.
Wierzymy w istnienie tego świata. A świat to coś, co dane, co wydaje się rozściełać przed nami. Wierzymy w niego, jakbyśmy oglądali ilustrację w książce z baśniami. Traktujemy to nasze zachowanie z dystansem, jakbyśmy wcale nie my byli na tej ilustracji i zarazem nie my ją oglądali. Jest tak, jakby rodzic wciąż szeptał nam do ucha, że ktoś to urządził właśnie dla nas, że żadne pytanie nie nagli, że to wszystko jest trochę na niby i możemy się tu po prostu pobawić. I bawimy się. Bawimy się takimi zabawkami jakie nam dano i w takiej piaskownicy, w jakiej nas umieszczono.
Czasem ktoś się rozgląda wokół, ale tylko przez krótką chwilę. Nawet jeśli zauważy tam - na zewnątrz - coś ciekawego, to zaraz i tak wraca z powrotem do swojej łopatki i swojego wiaderka, bo czuje, że wciąż musi kopać. Wszyscy obok niego przecież robią to nieustannie. A jeśli by przestali, to pewnie stanie się coś niedobrego.
![]() |
| Dusza kosmiczna – XVII-wieczna rycina. Robert Fludd, Utriusque cosmi maioris scilicet et minoris metaphysica, physica atqve technica historia (1617–1618), domena publiczna |
Jestem nabrany, bo wierzę w to, co mi przekazano, i w co kazano wierzyć. Wierzę w same bajki: że muszę wstawać co rano o świcie, iść do pracy po to, żeby dostać kasę i żyć za nią dalej. Z dnia na dzień. Wierzę, że chodzę po ogromnej kuli, zawieszonej w jakiejś gigantycznej ciemnej przestrzeni, która, tak naprawdę, nie wiadomo skąd się wzięła, czym jest i do czego zmierza, jeśli w ogóle gdzieś zmierza. Wierzę, że jestem osobą - sobą samym; że urodziłem się i umrę, i że wcześniej mnie nie było, a potem mnie nie będzie. Ale, pomimo tego wierzę też, że dziwnym trafem teraz jestem, na tym wycinku dziwnego istnienia, między nieistnieniem przed i nieistnieniem po. Jestem nabrany, bo myślę, że jestem, mimo że nikt (i ja także), nie potrafi sensownie określić co to znaczy, że coś jest. Bo przecież mógłbym się komuś przez cały czas śnić i to by było tak samo dobre tłumaczenie, jak to, że urodziłem się bez celu i chodzę sobie po tej dziwnej kuli, a moje chodzenie jest zupełnie pozbawione znaczenia - ot, po prostu sobie żyję... I tyle.
Czy to brzmi poważnie? Przecież dużo rozsądniej jest przyjąć, że jestem nabrany i wierzę w te nieprawdopodobne bajki, bo tak zostałem wyuczony, czy zaprogramowany (jak by sobie tego nie nazywać). A przecież brzytwa Ockhama... I nie warto tworzyć bytów ponad potrzebę. Wyobrażam więc sobie, że to jednak nie ja piszę, że to pisanie zawiera się w czymś w rodzaju snu i odbywa się jako tego snu treść. Ale czy ktoś go musi śnić? Niekoniecznie. Wydaje nam się, że ktoś, lub coś musi za tym stać, bo nabraliśmy się na nasze istnienia i postrzegamy wszystko w kategoriach istnień podobnych do nas - jakichś osób, jakichś bytów, jakichś przyczyn. I tak dalej.
Ale to wszystko może być całkiem inaczej, niż się wydaje.
Z tym, że i tak jesteśmy nabrani.
Zastanawiam się nad przyczynami, dla których odczuwam, że śmierć nie jest ostatecznym rozwiązaniem problemu istnienia (bo życia, owszem). Śmierć wyzwala z egzystencji jednostkowej, zamkniętej w swojej własnej historii. W tym sensie jest obietnicą ucieczki w niebyt. Ale ten niebyt odnosi się tylko do tego, co każe mi oddzielać się od całej reszty świata, troszczyć się o siebie itd. Odnosi się do czegoś, co jest całkowicie pozorne. Do tego lustra tworzącego wirtualny byt, do "mechanizmu powiadamiania o stanie", do strażnika, którego nazywam świadomością. Po mojej śmierci nie znika więc to coś, co nieustannie „mnie ma” i obejmuje. To coś rodzi się wciąż od nowa w każdej istocie. Co tam w istocie, w każdej chwili, gdzie coś jest! Po mojej śmierci będę więc w "innej istocie" i całkowicie przeświadczony, że jestem tylko nią, i że żyję po raz pierwszy (nie mam na myśli reinkarnacji, nic tu się nie inkarnuje, wszystko jest "teraz" i "razem"). Albo choćby tak, że będę znów sobą, żyjąc w identyczny sposób, od początku do końca, w tym samym, swoim czasie. Nieskończoną ilość razy, wciąż przeświadczony, że jest to pierwszy raz. I znowu, i znowu... Zawsze od nowa - w tej samej, dzisiejszej, ale także w każdej innej formie, jaka kiedykolwiek mogła zaistnieć.
Zgodnie z taką perspektywą, istnienie zdaje się jakimś kompletnym obłędem i pułapką bez wyjścia. Łatwo jest tutaj zrozumieć intencje Buddy, który szukał z niego dramatycznej ucieczki, postulując wiarę w możliwość wyzwolenia przez oświecenie i zanegowanie swojej jednostkowości. Byłby to rodzaj przebudzenia z zamknięcia we śnie, w którym wydaje się nam, że jesteśmy tym, kogo śnimy, nie zaś tym, kto śni nas. W tym sensie, perspektywa przebudzenia może być kusząca, jednak wydaje mi się jedynie przejawem chciejstwa. Fantazją religijną zrodzoną z lęku, podobnie jak inne pomysły o zbawieniu.
Pytanie: Dlaczego tak mi się wydaje? I drugie pytanie: Dlaczego jestem jeszcze skłonny krytycznie traktować swoje intuicje w tym względzie, przypisując łatwo „zdrową słuszność” postrzeganiu „czysto zewnętrznemu” i swojskiemu złudzeniu codzienności? Myślę, że przyczyna tej nieufności do siebie leży w przekonaniu, że takie obawy i refleksje o egzystencji są czymś chorobliwym, jakąś upośledzającą nadwrażliwością, którą lepiej od siebie odpychać, żeby móc normalnie zanurzać się w życie tak, jak inni są w nim zanurzeni. Nawet przy całej świadomości, że to iluzja, ponieważ samo jej uświadomienie, nie przynosi wyzwolenia. Wyzwolenie byłoby możliwe dopiero po uniezależnieniu się od odczuć i emocji. A od nich niezależny nie będę, czegokolwiek bym sobie nie pomyślał i nie wyobraził.
Wreszcie, nawet pomimo tak rozumianego wyzwolenia, pozostałaby zawsze kwestia „tego co nas śni...” Oznacza to, że mimo mojego odczucia chwilowej (bo tylko do śmierci) ulgi, cała reszta „tego co śni” pozostawałaby wciąż zanurzona we śnie (koszmarnym albo przyjemnym, sensownym albo nie). "Co z nimi wszystkimi? Przecież to też ja!" Wobec tego nierozwiązywalnego problemu jedynym wyjściem wydaje się odurzenie, przyjęcie iluzji i staranie o to, by zdawała się ona spójna, sensowna i satysfakcjonująca. Oczywiście, jeśli kogoś stać na taką hipokryzję i wyparcie. A więc zwykłe zanurzenie w życiu, w rzeczywistości, mniej lub bardziej cudownej i wymyślonej - z całą w nią wiarą - jest najskuteczniejszym rodzajem eskapizmu! Ratunek przed wrzuceniem w świat, to pełne w nim zanurzenie. Bez pamięci.
Rozmyślam o tym dziś, zastanawiając się, czy zapisanie tych rozważań sprawi, że tak jak w przypadku wielu innych myśli, pozbędę się ich z umysłu, że przestaną one zapładniać go swoim „nierozwiązaniem”. Jednak, czy chciałbym tego, przy jednoczesnym niewyzbyciu się emocji, które leżą u ich podstaw? Nie wiem, ale może tym razem ten eksperyment przynajmniej wskaże mi jakąś nową perspektywę?
Bardzo ciekawa - psychologicznie i politycznie - myśl o mitologii żydowskiej i wątku genezy zła, gdzie jest ono "niegrzeczną dziewczynką", którą Bóg bierze sobie jako kochankę, w miejsce prawowitej żony (czyli jego własnej obecności w świecie), która z nim nie wytrzymała i uciekła od niego.
A wszystko przez to , że Diabeł miał nieszczęśliwe dzieciństwo, i nie można go oskarżać o złe czary, skoro odwala brudną robotę zgodnie z planem Opatrzności, której jest jedynie narzędziem. Biedny diabeł Mefisto, który wiecznie pragnąc Zła, wiecznie Dobro czyni, tak naprawdę nie potrzebuje adwokata.
To raczej Bóg potrzebuje adwokata. On, który stworzył świat, z tego powodu obciążony nieskończonym długiem, bezustannie i podstępnie przekazuje ten dług człowiekowi, którego cała historia jest odtąd historią winy.
Jest jeszcze gorzej - do tego wymuszonego poczucia winy dorzucił on jeszcze upokorzenie.
Z tego względu, że człowiek został postawiony wobec niemożliwości złożenia ofiary równej darowi Boga, wobec niemożności oddania ani umorzenia długu. Nie mogąc podjąć takiego wyzwania, musi się poniżać i oddawać cześć. Dlatego Bóg zdecydował się sam spłacić ten dług, wysyłając swego ukochanego syna, by poświęcił siebie na krzyżu. Udając jedynie, że się poniża, narzucił ludzkości jeszcze większe upokorzenie, zmuszając ją, by odczuła swą niemoc. Od tej chwili ludzkość skazana jest na oddawanie czci, nie tylko z tego powodu, że została stworzona, lecz także za to, że została zbawiona (w ograniczonym zakresie, prawdę mówiąc, gdyż to upokorzenie nie uchroni jej przed Sądem Ostatecznym).
To najdoskonalsza manipulacja, jaką kiedykolwiek przeprowadzono.
I odniosła zwycięstwo, sięgnąwszy dalej niż jej cel, nawet poza śmierć Boga, ponieważ to my dziś wzięliśmy ją na siebie, obarczając się dodatkowo ciężarem winy za tę śmierć (chytrość Boga jest nieskończona).
Naśladujemy to pochodzące od Boga upokorzenie - w ofiarnictwie, humanitaryzmie, szyderstwie z samych siebie i autodeprecjacji, w tym wielkim ofiarniczym wysiłku, który zajmuje dziś miejsce odkupienia.
Mogliśmy wykorzystać śmierć Boga po to, by uwolnić się od długu. nie zdecydowaliśmy się jednak na to. Przeciwnie, postanowiliśmy powiększyć dług, uwiecznić go w jego nieskończonej doskonałości, ofiarniczej akumulacji, jakbyśmy uwewnętrznili już Boży sąd.
"Nieobecność Boga" nie przyszła nam z pomocą, inaczej niż przewidywał Holderlin ("Bis Gottes Fehl hilft").
W gruncie rzeczy sam Bóg jest temu współwinny.
Sam Bóg wchodzi w układy z zasadą Zła.
Oto wspaniała historia Lilit i Szechiny, opowiedziana nam przez Kabałę (Primo Levi).
Kiedy Lilit, pierwsza kobieta, stworzona przez Boga tak samo jak Adam, będąca rywalką mężczyzny, zbuntowała się, Bóg zdecydował się stworzyć z żebra Adama Ewę, gdyż ten potrzebował towarzyszki. Przy tej okazji Bóg zdał sobie jednak sprawę, że nie jest dobrze być samemu i wybrał dla siebie kobietę, Szechinę, nie będącą niczym innym jak jego własną obecnością w świecie (fantastycznie, poślubił własną obecność w świecie!).
Zachowanie Boga wobec Żydów ( w czasie zniszczenia świątyni w Jerozolimie - czemu lepiej ich nie chronił?) wzbudziło w końcu nieufność w Szechinie. Zdecydowała się na ucieczkę, by przemierzać świat, czyniąc Dobro. I co zrobił wtedy Bóg? Wziął sobie kochankę. A kim była ta kochanka? To Lilit, zbuntowana przeciwko Bogu i niewierna, która jest niczym innym niż zasadą Zła.
W ten właśnie sposób Bóg zdradził swoją obecność w świecie z - żeńską - zasadą Zła! Sprzeniewierzył się pełni, całkowitości świata - swojemu małżeństwu z Szechiną - dla (cudzołożnego) związku z dwoistością, którą wziął sobie na kochankę.
Lilit jednak nie wyszła tak jak Ewa z żebra Adama, jako swego rodzaju produkt pochodny, istnieje ona principio suo, całkowicie niezależnie, co czyni ją symbolem Zła... Tak więc Bóg wchodzi w takie układy, spiskuje przeciwko własnej obecności i reprodukcji gatunku, wiążąc się wbrew naturze z emblematem Zła.
Kiedy Szechina, małżonka, bezustannie czyni Dobro w świecie, w tym czasie Lilit, przy współudziale Boga, nadal czyni tu Zło.
Póki tu pozostanie, mówi Kabała, wszystko będzie szło coraz gorzej.
Jean Baudrillard, Pakt jasności, 2005