Strona z Atharwawedy, "księgi czarodziejskiej" hinduizmu. Źródło: domena publiczna.
Ciekawe, że w dawnych kulturach starano się raczej przydawać znaczenia (czy może wartości) wiekowi starczemu, który tego znaczenia domaga się przecież już nawet z racji tego jak jest nieatrakcyjny... Współcześnie, inaczej - buduje się wartość młodości. Tak jakby ona potrzebowała jeszcze jakichś potwierdzeń, czy pochlebstw.
"Wedy wskazują człowiekowi, istocie z racji swej materialności związanej z materią a także istocie duchowej, cztery główne cele i zarazem cztery okresy życia. Każdy następny z tych celów jest uważany za lepszy od poprzedniego, cel zaś ostatni (podobnie jak ostatni, starczy okres życia) uważa się za lepszy i wyższy od wszystkich poprzedzających go celów razem wziętych. A oto owe cele - niejako do wyboru: k a m a - (miłość), a r t h a (dobra ziemskie), d h a r m a (cnota, obowiązek) oraz m o k s z a (wyzwolenie). M o k s z a stanowi cel najwyższy, najwznioślejszy, jak gdyby "cel celów", do którego dążyć trzeba stopniowo, nieustannie doskonaląc się duchowo. Odpowiada mu w życiu okres "leśny"."
„Dlaczego w samym sercu natury toczy się wojna?” - pytanie, które pada na początku filmu „Cienka czerwona linia”.
Cała ożywiona natura wleczona jest mocą miłości i tylko miłości. Nie ma żadnej nienawiści samej w sobie. Nienawiścią nazywamy miłość, która odpycha. Ale to wciąż miłość - jej druga strona. Poza miłością jest już tylko obojętność. I to ona - jako coś całkiem osobnego - stanowi tło dla miłości i jej kontekst.
Dlatego wojna jest dzieckiem miłości. Twórcze moce przyciągania i odpychania urzeczywistniają się w całej jej grozie. Gwałt, płodzenie, narodziny, pożeranie...
Nienawiść, odraza, obrzydzenie – to także wielkie i piękne dzieci miłości.
Kiedy sprzeciwiamy się wojnie - jej istocie - sprzeciwiamy się istocie natury. Możemy wtedy zadać sobie pytanie, na czym polega nasz stosunek do natury. Czy godzi się z nią, z prawdą o niej? Czy może woli jej zaprzeczyć? A jeśli woli jej zaprzeczyć, to czy pragnie nieistnienia, zamknięcia oczu? A może jakiegoś istnienia innego – miłego i najlepiej wiecznego istnienia, które by było przecież drwiną z natury takiej jaką ona jest.
Czym wobec tego jest ocalenie? Czym jest błogość i spokój, skoro niepokój wojny – siły przyciągania i odpychania - to właśnie moc życia? Spokój trzeba odróżnić od błogości. Spokój jest w oku cyklonu - jest w równowadze dynamicznych sił. Spokój może być pełen mocy, podczas gdy z błogości wyrasta bezwład. A bezwład już nie uczestniczy w wojnie. Musi jedynie pogodzić się z gwałtem.
"Starożytni nie przemęczali swych bogów; zanadto byli eleganccy, aby ich molestować czy robić z nich przedmiot studiów. Fatalne przejście od mitologii do teologii jeszcze się nie dokonało, toteż nie znali oni owego ustawicznego napięcia odzywającego się zarówno w słowach wielkich mistyków, jak i w katechizmowych banałach. Gdy ten tutaj świat staje się synonimem niemożności uporania się z czymkolwiek i gdy czujemy, że nasz z nim kontakt ulega fizycznemu zerwaniu - lekarstwem jest nie wiara ani odrzucenie wiary (bo jedno i drugie stanowi wyraz tej samej ułomności), lecz pogański dyletantyzm, ściśle zaś biorąc - nasze o nim wyobrażenie."
Emil Cioran, Zły demiurg
Słowa pana Ciorana można by z powodzeniem przyłożyć nie tylko do dawnych fiksacji religijnych, ale także do ich wydań współczesnych - do tych wszystkich jedynie słusznych postaw i biegunowo skrajnych przeświadczeń, które łączy dziecięco naiwna wiara, że się je z własnej woli przyjmuje, i że są czymś więcej, niż tylko wymuszonym przejawem emocjonalnej higieny, albo raczej jej braku.
Zapewne nie istnieją żadne elementy, które by były fundamentalne dla rzeczywistości. Elementy te wyobrażamy sobie sami. Jakiejkolwiek formy by nie przybierały, odzwierciedlają nasz aktualny paradygmat poznawczy. Czy pojawią się jako żywioły, czy jako atomy, pozostaną jedynie zasadami, albo raczej metaforami wskazującymi na zasady, wokół których obraca się nasza wyobraźnia.
*
Wszechświat nie posiada świadomości, bo jej nie potrzebuje. Świadomość jest mechanizmem, radarem powiadamiającym o stanie systemu.
Wszechświat wydaje się być bez niej lepszy, niż gdyby nie wiedzieć czemu ją posiadał.
W gruncie rzeczy świadomość wszechświata, świadomość jakiegoś boga, czy jakakolwiek „wyższa świadomość” to nasze marzenia, projekcja naszej samowizji.
Dlaczego więc miałaby istnieć jakaś większa świadomość, skoro to właśnie nieświadomość jest naturalnym stanem rzeczy?
Automatyczna natura ludzkiej świadomości wskazywałaby na fakt, że nasza jednostkowość jest czysto iluzoryczna.
W istocie, jako ludzie, jako zwierzęta, nie jesteśmy oddzielnymi cząstkami przestrzeni, ani czasu. Jaki wobec tego stosunek zachodzi między ludzką iluzoryczną jednostkowością, a równie wyobrażoną historią?
Wyobrażenia o czasie i przestrzeni jako przejawach materii również należałoby włożyć do katalogu o nazwie „historia” i uznać za naturalne i pożyteczne dla naszej świadomości fantazje, które wspomagają orientację i rozeznanie w świecie.
Ale czym wobec tego jest świat? Dopiero teraz można o tym rozmyślać z przyjemnością.
Może to właśnie podległość wobec świadomości jest czymś gorszym i wiąże człowieka z iluzjami, podczas gdy nieświadomość oznacza lepszy, „boski” sposób bycia?
Jeśli jesteśmy częściami systemu, a nie monadami, to cokolwiek zrobimy, działamy na rzecz całości, niezależnie od tego czy nasze działania powodują jakiś wzrost, czy przyspieszają jakiś koniec. Nie można być w zgodzie z naturą bardziej niż wtedy, kiedy się postępuje w zgodzie ze sobą.
Jednak w świecie znaczeń doznawanym z głębi, poprzez przeczucia z poziomu nieświadomego, rozpościerają się przestrzenie niedające się zamknąć w słowach i pojęciach, a co dopiero ocenić pod względem wartości. Czy są prawdziwe? Wobec prawdy o bycie, tak, ponieważ są przeżywane. Wobec kryterium zgodności z ideologią naukową, czy obowiązującym paradygmatem, mogą okazywać się halucynacją, lub projekcją, lecz przecież także tzw. namacalny świat rzeczywisty jest czymś takim. Jest wytwarzanym przez umysł hologramem.
Kiedy doświadczam uniesienia przez wrażenie kontaktu z tego rodzaju przestrzenią mitu, kiedy jestem w niej, a ona jest we mnie, odczuwam spokój, pewność i euforię jednocześnie. To jak nastrój przed bitwą, w której wezmą udział bogowie. Niemal fizyczne odczucie wzrastania: „serce rośnie”, „zawsze czekałem na tę chwilę”, ”cokolwiek by się nie stało, będę tutaj”.
Ważne są obrazy, muzyka i działanie. Całość misterium.
Są to rzeczy mocno doznawane, choć ulotne i wrażliwe. Nie da się ich porównać do niczego, co by próbowało wytłumaczyć je poprzez redukcję.
Hieronim Bosch, Ogród rozkoszy ziemskich, fragment
Ostatecznie, chcieć znaczy musieć chcieć. Tak jak komar chce lecieć tam, dokąd zmierza - ponieważ proste zmysły przymuszają go do tego - tak człowiek chce czegoś, ponieważ pokierował nim cały jego wewnętrzny kosmos zależności: zmysłów, sił, kompleksów mentalnych i myśli, które są tych pierwszych, prostszych mechanizmów dziećmi i powierzchnią. Ta „powierzchnia myśli” dopiero wtedy pojawia się przed zwierciadłem świadomości, gdy problem jakiś domaga się dzięki niej rozpatrzenia dodatkowego, jakby weryfikacji świadomej. Jednak zwykle odbywa się to już w podświadomości i podobne jest do obrazów sennych. Bo do nich to właśnie podobne są myśli świeżo zrodzone, które nie otrzymały jeszcze masek pojęć. Tym są myśli, których pojęcia nie sprowadziły jeszcze do form uproszczonych, ograniczających wyobrażenie. Jest to ograniczenie podyktowane zapewne ewolucyjnie przez oszczędność energetyczną, która pozwala wykorzystywać umysł przede wszystkim w działaniach praktycznych, nie zaś w celu zbliżenia się do jakiegoś bardziej subtelnego oglądu świata, albo własnego wnętrza (zakładając na potrzeby tej refleksji, że świat i wnętrze ludzkie są czymś rozdzielnym od siebie).
Aby więc do takiego poznania się zbliżyć (albo jeśli ono nie jest możliwe, to choćby umieć odnaleźć inne perspektywy oglądu rzeczy), należałoby przede wszystkim nie dowierzać swoim myślom upojęciowionym, myślom które nabrały kształtu. I trzeba by, obserwując te kształty, poszukiwać przedforemnych zjawisk wewnętrznych, z których one dopiero powstają - niejako kostniejąc - i na oglądaniu tychże zjawisk skupiać uwagę. A wtedy, dostrzegłoby się ogromny potencjał informacji, które ze sobą niosą. Albo raczej, którym to potencjałem są same w sobie.
Rzeczywistość wydaje się podobna do snu. We śnie, w którym nieustannie czegoś poszukuję - wierząc, że cel jest jeszcze przede mną - panuje niepokój. I nagle sen się urywa, a ja otwieram oczy. Okazuje się, że cała bieganina była tylko majakiem i dopiero teraz widać jej bezwartościowość. To znaczy: bezwartościowość poszukiwania celów we śnie.
„Osioł, który latami chodził wokół żaren, przeszedł wiele kilometrów ale nie dotarł nigdzie”.
***
Jestem czymś w zwierzęciu - mechanizmem powiadamiania o stanie - i temu czemuś wydaje się, że jest wolne, i że ma do tej wolności prawo. Że wolno mu nie tylko żyć tak, jak chce, ale nawet myśleć o sobie inaczej, niż ktokolwiek kiedykolwiek myślał o sobie. Że wolno myśleć o świecie zupełnie inaczej, niż się do tej pory myślało. Niż ogół myśli o świecie. Tajemnico świata, możesz być głębokim i zamglonym, niebezpiecznym lasem, zamiast banalną, nieprzenikliwą kurtyną z wyświechtanym, prowizorycznym wzorkiem, nad którym ślęczą znużeni staruszkowie.
***
"Nie ma takiego losu, którego nie przezwycięży pogarda". - Albert Camus
Jedyna wolność dostępna Syzyfowi, to pogarda swojego losu. Pogarda swojego bytu jednostkowego, jego absurdalności. Tego złudzenia, że się jest strażnikiem najcenniejszego skarbu, podczas gdy się jest jedynie trybem w maszynie, z której nie sposób umknąć. Lecz wolny już nie ucieka. Jest żywy w swojej pogardzie dla własnych złudzeń. Zatrzymuje czas poprzez wstrzymanie dążeń. I chociaż wciąż idzie naprzód, jego nadzieja wygasła. Nie ma już obietnicy spokoju. Nie ma wytchnienia, ani celu. Jest tylko teraz. Bo nikt kamieniowi toczonemu pod górę nie umknie.
„Nie należy w dzień palić świec na cmentarzu, aby nie niepokoić duchów świętych. Kto się nie dostosuje, ma być odsunięty od wspólnoty Kościoła”.*
Powyższy cytat jest jednym z postanowień synodu w Elwirze, który odbył się między rokiem 300 a 324 n. e. (być może około roku 306). Hiszpańska miejscowość o tej nazwie dziś już nie istnieje.
Co ciekawego jest w tych słowach? Otóż mowa tu o paleniu za dnia świateł na cmentarzach. Wydaje się, że była to wówczas bardzo znacząca i rozpowszechniona praktyka, skoro zakazywano jej chrześcijanom pod groźbą ekskomuniki.
Magiczno-religijną obrzędowość, związaną z symboliką światła, chrześcijaństwo przejęło od religii pogańskich i późnoantycznych kultów misteryjnych, nadając jej własną interpretację. Rozpalanie świateł na grobach było w Europie przedchrześcijańskiej praktykowane, by wskazywać drogę duchom, ogrzewać je i odstraszać złe moce. Nie dziwi, że robiono to (już choćby ze względów czysto praktycznych) po zmroku, aby rozproszyć ciemności wokół grobów, na których odbywała się obrzędowa uczta, podczas której dzielono się z duchami jadłem i napojem. Ten zwyczaj wcześni chrześcijanie również zapożyczyli od pogan i w niektórych rejonach Europy przetrwał on do dziś.
Uderza jednak nacisk kładziony przez biskupów z Elwiru na zakaz palenia świec, ale też zapewne lamp i wszelkich w ogóle świateł, które ze względu na swój symboliczny kontekst mogły być wykorzystywane do - jak się wydaje - bardziej szczególnych działań magiczno-religijnych. Owa troska „aby nie niepokoić duchów świętych” wskazuje wyraźnie na wiarę, że światła rozpalane dla duchów i ze względu na nie za dnia, pełniły funkcję czegoś na kształt zaproszenia.
Przyzywano więc w ten sposób przodków, ale również inne duchy (np. duchy miejsc), by doświadczać ich obecności, dokonując z nimi pewnego rodzaju „duchowej integracji” na poziomie zbiorowości, a także na poziomie psychiki indywidualnej.
Warto o tym pamiętać nie tylko teraz, gdy zbliżają się jesienne święta ku czci zmarłych i kiedy obecność duchów jest już niemal namacalna, ale też przy innych okazjach - świątecznych, lub nie. Zawsze wtedy, gdy pojawia się potrzeba „zaktualizowania obecności” - czy to zmarłego, czy też innego jakiegoś ducha – płomień rozpalany za dnia będzie odgrywał swoją szczególną rolę.
Przypis:
*Dokumenty synodów od 50 do 381 roku, red. i tłum. A. Baron, H. Pietras, Synody i Kolekcje Praw, t. 1, seria Źródła Myśli Teologicznej, t. 37, Kraków 2006, s. 55/55.
Dario - stary gangster z filmu Krzysztofa Skoniecznego „Ślepnąc od świateł”. Granyprzez Jana Fryczagenialnie, niczym w szamańskim transie. To postać odyniczna - straszny i fascynujący mistrz wtajemniczenia, który gdzie się tylko pojawi, rozpętuje demoniczność.
„Pierwsze rzeczy! Pierwsze, Kubuś... Nie wolno nigdy niczego udawać. Nie wolno udawać. Trzeba wejść w prawdę. Prawda to wielkie, otwarte, piękne drzwi. Mówię ci. Przed nimi jest ugór, błoto... A jak się wejdzie do środka, to jest się w skarbcu, całym ze złota”. - mówi, pouczając naszego bohatera podczas strasznego misterium śmierci i ponownych narodzin, które ma miejsce w piwnicznych mrokach jego rudery. Scena ta przypomina misteria Mitry, podczas których, skrępowanym mystom przystawiano do twarzy węże i pochodnie, albo raniono ich mieczami, by wywołać iluminację.
Dario, jako mroczny aspekt archetypu Ojca (w znaczeniu koncepcji C. G. Junga), naucza poprzez grozę. Inicjuje w misterium życia, które jest wojną - wiecznym konfliktem i zmaganiem. Wreszcie, przygotowuje Kubusia na czarny deszcz, przed którym ten przez całe swoje życie uciekał. I uciekłby, zabierając swoich bliskich nawet w śmierć (jak na to wskazują jego sny).
Dario, paradoksalnie, pomaga Kubusiowi odnaleźć życie. A robi to, krzyżując jego marzenia o komforcie i bezpieczeństwie. Siłą przeprowadza go przez piekło prób inicjacyjnych. I w tym sensie może być postrzegany jako zbawiciel - soter starożytnych kultów misteryjnych. Nie jest przy tym istotne, czy istnieje jako żywy człowiek, czy jest raczej częścią umysłu Kubusia - reprezentacją jego instynktu, archetypem, który pojawiając się i działając, pozwala mu dojrzeć.
„Ludzie
może myślą, że przyszedłem, aby przynieść pokój na świat, a
nie wiedzą, że przyszedłem, aby przynieść rozdarcia, ogień,
miecz, walkę. Gdy bowiem pięciu będzie w domu, trzech powstanie
przeciw dwom, a dwu przeciwko trzem, ojciec przeciw synowi, a syn
przeciwko ojcu. I staną się wobec siebie samotni. (…) Przyniosłem
ogień na świat i oto podtrzymuję go, aż zapłonie".* - To z kolei słowa Jezusa z apokryficznej Ewangelii Tomasza z II w. n. e. Ten
Jezus także jest mistrzem wtajemniczeń i, podobnie jak Dario,
inicjuje swoich uczniów w misterium życia wyzbytego obaw,
lęku przed śmiercią i wszelkich przywiązań. Ukazuje im jedyną
dostępną człowiekowi wolność:
„Kto odnajdzie znaczenie tych słów, nie zakosztuje śmierci.
Niech ten, który szuka, nie ustaje w poszukiwaniu aż znajdzie. I gdy znajdzie, zadrży, a jeśli zadrży, będzie się dziwił i będzie panował nad Pełnią.
Gdy wasi przywódcy powiedzą wam: 'to królestwo jest w niebie, wtedy ptaki niebieskie będą pierwsze przed wami'. Gdy powiedzą wam, że ono jest w morzu, wtedy ryby będą pierwsze przed wami. Ale królestwo jest tym, co jest w was i tym, co jest poza wami. Skoro poznacie samych siebie, wtedy będziecie poznani i będziecie wiedzieć, że jesteście synami Ojca żywego. Jeśli zaś nie poznacie siebie, wtedy istniejecie w nędzy i sami jesteście nędzą".*
Ale Dario jest bardziej jeszcze Tricksterem, niż Ojcem. To jungowski archetyp Błazna. A może należałoby powiedzieć, że oba archetypy sobą reprezentuje. Nie przeczy temu jego monolog o prawdzie, ponieważ wszystkie oszustwa i podstępy archetypowego Trickstera prowadzić mają ostatecznie do odsłonięcia prawdy życia.
I tutaj ukazuje się podobieństwo do skandynawskiego Odyna (czy germańskiego Wodana), który był ojcem bogów, bogiem śmierci, wojny, poezji, magii i wiedzy, a co dla nas najistotniejsze – mistrzem wtajemniczenia wojowników.
Był bogiem szalonym i nieprzewidywalnym – przebiegłym manipulatorem. Tricksterem.
Jego główną cechę stanowiła ambiwalencja.
I Dario taki właśnie jest - przerażający, ale także fascynujący dla swoich „wojowników” - skrytych przed ludzkim wzrokiem „wilkołaków”, zebranych w tajemnym męskim stowarzyszeniu, poza prawem i poza moralnością (mannerbund). Bo przecież, to właśnie gangsterzy są grupą społeczną, która współcześnie najbliższa jest możliwości zobrazowania, czym były dawne, tajne stowarzyszenia wojowników.
Ów pierwiastek fascynacji i grozy, który ten mistrz podziemnych inicjacji roztacza wokół siebie, jest przejawem jego demonicznej sakralności. Jak pisał Rudolf Otto o doświadczeniu świętości - mysterium tremendum et fascinans:
„Jest to strach pełen wewnętrznego drżenia, jako że nie może wzbudzić go nic stworzonego, nawet to, co najgroźniejsze i wszechmocne. Ma on w sobie coś <<upiornego>>. (…) szczególny urok tego, co upiorne, polega raczej na tym, że jest ono czymś dziwnym (mirum) i jako takie, działając samo przez się na wyobraźnię, rozbudza zainteresowanie i ogromną ciekawość”.
Dario, jako Trickster, jest czynnikiem chaosu, jego heroldem. I jako taki wyzwala od automatyzmów. Od tego, do czego się nawykło i w czym uwiło się bezpieczne gniazdko codzienności. Jego język i styl bycia stanowią poetyckie połączenie baśni, grypsery i wulgarności. Bywa niesamowity, jak wtedy, gdy niespodziewanie zmienia ton na pełen ciepła. I spokojnie, niczym wyrozumiały dziadek-gawędziarz, poucza głupka, który nieopatrznie wszedł mu w słowo:
„Nigdy nie przerywaj opowieści. Nigdy nie przerywa się temu, kto opowiada. Gdybyśmy byli przy ognisku, tysiące lat temu, jeszcze przed Etruskami – mógłbym przebić cię włócznią. Wiesz jaki z tego morał? Wiem, że nie wiesz, bo morały są dwa: falenicki i otwocki. Otwocki jest taki, że wspólnik, to zawsze wspólnik. Nad wspólnikiem tylko matka - Matka Boska Częstochowska! A falenicki jest taki, że to, co znalezione, dalej należy do tego, kto zgubił.”
Dario
szokuje, bo jego naturę stanowi chaos, ale ważniejsza tutaj jest
funkcja jaką sprawuje jako przejaw archetypu Trickstera - Dario to
nośnik mocy przemiany. Dzięki niemu, dzięki jego brutalnym „magicznym”
zabiegom, Kubuś jest w stanie spojrzeć na świat bez lęku,
odpowiadając na ostatnią groźbę: „Ty nie istniejesz. Nie ma
cię.”
Pochłania lwa, który jest w nim i tym samym zaczyna żyć
„Szczęśliwy lew, którego zje człowiek. I lew stanie się człowiekiem. Przeklęty człowiek, którego zje lew. I człowiek stanie się lwem".*
*Wszystkie cytaty z Ewangelii Tomasza przytaczam w przekładzie Albertyny Dembskiej i Wincentego Myszora.
Poruszałem się po domu rodzinnym, który rozrastał się w głąb i wszerz. W pokoju babci, gdzie w rzeczywistości powinno być okno na podwórko, teraz okno to prowadziło do ukrytego, ciemnego pokoju bez wyjść. Takich okien było więcej. Także niektóre drzwi prowadziły nienaturalnie w dół, pod ziemię. Jednak było tam jasno, bo te pokoje w głąb domu oświetlone były światłem dnia, jakby wcale pod ziemią się nie znajdowały. Miałem wrażenie, że rozlokowane są pod różnymi kątami w pionie, poziomie i na ukos. Znajdowałem jakieś igły do szycia, walające się w stertach rozrzuconych tkanin i rozmawiałem z siostrą, która była czasem tu, czasem tam - w różnych pokojach. Najczęściej wołałem do niej, stojącej w pokoju położonym poniżej drzwi.
Potem nastąpiła scena dziwnego wspinania się po ścianach. Jakiś stary Indianin wydawał polecenia. Mnie i towarzyszącemu mi młodemu Indianinowi w czerwonej opasce na głowie, kazał "wstępować". Ruszyliśmy więc w stronę różowej ściany naprzeciw. Poczułem wyraźnie, jak coś w mojej perspektywie ulega przesunięciu i wkroczyłem na ścianę, tak jakby to była podłoga. Potem na kolejną i na jeszcze jedną. Wiedziałem przy tym, że muszę utrzymać skupienie na patrzeniu nieustannie przed siebie i przede wszystkim na tej nowej, odmienionej perspektywie. Nie było to trudne, bo odczuwałem ją niemal fizycznie - świat przemienił się tak, jakby był moim ciałem, moją dłonią, wewnątrz której stąpam. Każda ze ścian zawierała ciasne kraty, przez które przeciśnięcie się, z jakiegoś powodu, nie stanowiło dla nas problemu. Śmialiśmy się przy tym głośno i rozmawialiśmy o czymś. Znów się zdziwiłem, bo z moich ust wydobywały się słowa zupełnie mi nieznane, ale przez cały czas utrzymywałem dzięki nim kontakt z młodym Indianinem. On zaś zdawał się rozumieć je doskonale.
W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie ukazano nam jak wygląda taktyka walki oddziału niziołków. Otóż, niziołki te, by bronić się przeciwko potężniejszemu przeciwnikowi, stosowały rodzaj marszu z wyprzedzaniem i wymijaniem szeregów przednich i zewnętrznych, tak aby zwiększać ich ilość z każdej strony, budując wokół swojej formacji rozszerzający się kwadrat. Kolejne szeregi ich wojska wychodziły z tyłów i zajmowały miejsca na zewnątrz, wchodząc jednocześnie w rodzaj uścisku zapaśniczego z większymi od siebie przeciwnikami. Każdy niziołek unieruchamiał w ten sposób jednego z przeciwników. Na koniec wolne pozostało tylko centrum kwadratu, w którym pozostałych siedmiu niezwiązanych z przeciwnikiem niziołków poruszało się swobodnie w jakimś tańcu. Zostało wtedy powiedziane: „Zadziwiające! Na koniec pozostali tylko pierwsi.”
Potem, na polecenie starego Indianina powtórzyło się przekraczanie ścian i krat, lecz tym razem starzec zwrócił się tylko do mnie, mówiąc że teraz dostąpię "tego" ja.: „Wypijesz.... (coś), dasz jej upojny dar.”
Tym razem, po wspinaczce, dotarliśmy, wraz z młodym, do jakiejś jaskini, gdzie czekając na nas siedziała na kamieniu młoda kobieta. To tutaj miałem czegoś dostąpić. Wiedza o tym w jakiś sposób mnie wypełniała. Trochę obawiałem się czy to, co mam wypić nie okaże się niszczące, ale odnalazłem spokój i pewność w tej dziwnej perspektywie, której doświadczałem nieustannie od momentu wkroczenia na pierwszą ścianę. Coś mi sugerowało, że nie stanie się ze mną nic innego, niż to, co działo się już teraz, lecz że stan mój znacznie się pogłębi.
I wtedy obudziłem się. A kiedy się obudziłem, przeszły mnie ciarki. Najbardziej na wspomnienie domu rodzinnego, rozszerzającego się w głąb siebie samego. A potem, drugi raz, kiedy sobie uświadomiłem, że ruch i formy pojawiające się w tym śnie nawiązywały do kształtu spirali, tak że pomimo wędrowania wciąż przed siebie i wrażenia, że zmierzamy do góry - w istocie, po pełnym obrocie, schodziliśmy na dół. Pod powierzchnię.
Dlaczego te istoty naśladują stare formy i szukają ich? Rekonstrukcja historyczna jest przejawem dekadentyzmu, który dotyka całą współczesność. Te istoty nie akceptują znaczenia swojego czasu. Muszą swój czas uprawomocnić, poprzeć czymś dawnym, więc znaczącym, może mitycznym. Ich czas zdaje im się niepełnowartościowy. Być może to kompleks wojny – braku wojny po wielkiej wojnie, wielkim znaczeniu wielkich strasznych czasów, po których nic już nie może nastąpić mocniej.
Jeśli moralność wyewoluowała z pragmatycznego altruizmu, jako przypadkowy efekt uboczny dość prostych początkowo, społecznych zachowań hominidów, to jawne i szczere niepodporządkowywanie się jej - zwłaszcza poprzez budowanie moralności własnej (a w każdym razie, poprzez uniezależnianie się od obowiązującej) - byłoby możliwe dzięki rezygnacji z korzyści, na które istota społeczna może liczyć, dopasowując się do stada.
Człowiek, który zdobyłby się na taki akt wolności wewnętrznej, powinien, jak się wydaje, dążyć do autarkii. Byłby to ktoś, kto nie upatruje już swojego szczęścia w stosunkach stadnych, we wzajemności i zgodzie, lecz w czymś od stada niezależnym. W sobie samym, w swoim wnętrzu, które stara się przemienić tak, by stało się wolne przede wszystkim od przywiązania do, płynącego z poczucia przynależności, bezpieczeństwa.
Jest to przypadek Nietzschego i jego główny temat – nadczłowiek, budujący świat wartości własnych poprzez twórczy opór wobec wszelkiego nacisku wymuszającego na nim przystosowanie.
Nie oznacza to jednak braku empatii, która jest zmysłem na tyle pierwotnym, że charakteryzuje już niektóre małpy. Moralność, kształtująca się przy udziale empatii, mogła czasem nawet daleko się z nią rozmijać, a w każdym razie zdolna była nie tyle do uniezależnienia się od tejże empatii, poprzez jej zanegowanie, ile raczej do ustawiania się wobec niej w jakimś stosunku. Także opozycyjnym.
Wobec tego, przewartościowanie wszystkich wartości nie musi wpływać na zdolność do empatii, ani nie wymaga jej tłumienia. Kiedy więc Zaratustra porzuca współczucie dla "człowieka wyższego", o którym mówi, że było jego „ostatnim grzechem”, to nie rezygnuje tym samym z empatii i współczucia w ogóle, lecz staje się wolny od przymusu ulegania im, za względu na własną korzyść.
Porównuję istnienie do snu (tutaj). Jednak nie dlatego to robię, żeby uciec od zastanawiania się czym ono może być i żeby zamknąć je w jakiejś upraszczającej koncepcji. Istnienie nie jest czymś jak sen ulotnym, nie jest „tylko snem”. Przeciwnie, do snu podobne jest dlatego, że zbudowane ze znaczeń. I tak, jak we śnie, zdarzenia nie kłaniają się zasadom logiki, tak „w życiu” mają swoje własne miejsca, których mapy ludzka percepcja, na różne sposoby i z różnym skutkiem, próbuje komponować.
Istnienie nie jest więc snem jako czymś, co się dokonuje i przemija, lecz samo sobie określa ramy, w których się przejawia. Jego materia jest plastyczna, jak materia snu i podległa prawidłom opowieści, którą sen snuje.
Gdyby więc ktoś chciał pozbawić się możliwości zadawania pytań o rzeczywistość, o życie, o istnienie, o to czym są znaczenia budujące opowieść, to może wyobrazić sobie, że istnienie jest tylko snem, śnionym przez kogoś. Czymś zamkniętym, co się rozpoczęło i zakończy. Czymś „tylko”.
Ale jeśli ten ktoś woli przygody poznania i lubi dziwić się rozglądając wokół, to lepiej żeby wyobraził sobie sen, który snuje się bez śniącego i wciąż wątpi, czy aby na pewno jest snem. A czasem zaczyna podejrzewać, że tak, jest nim i nie jest jednocześnie.
Mógłbym nazwać się ekologiem radykalnym w tym sensie, że zostawiłbym wszystko własnemu biegowi. Jeśliby więc ludzkość miała doprowadzić do samozagłady i zagłady całego życia na Ziemi, to również uznałbym za naturalny bieg rzeczy. Także wtedy, gdyby ustąpiła miejsca jakiemuś swojemu wytworowi, w postaci sztucznej świadomości, która przetrwałaby miliardy lat, rozprzestrzeniając się na miliony galaktyk. Wszystko dzieje się samo, nie zaś ze względu na jakąś swoją niezależną wolę. Żadne życie, myślące, czy niemyślące, świadome, czy nieświadome, nie stanowi tu wyjątku. Przestrzeń i czas - ta wieczność oglądana przez nas w ruchu - przemiany gwiazd i kosmicznej materii, ze swoim szczególnym, czy nieszczególnym przypadkiem - życiem - wszystko to stanowi przejaw jakiegoś koniecznego kosmicznego rytmu.
Z drugiej strony, przeciwstawiam tej myśli pogląd, a raczej może wizję, wedle której rzeczywistość pozornie tylko jest mechaniczna i przyczynowa, a zatem możliwa do opisania według ludzkich kategorii. I jakiekolwiek nasze wyobrażenia na jej temat, czy na temat siebie samych, nie są w stanie dotrzeć do prawdy o niej. Wszystkie pozostają czymś w rodzaju opowieści o istnieniu. Według tego poglądu również zakładałbym pewną konieczność wszelkich zdarzeń, które nie są w żadnym stopniu zależne od nas jako istot samodzielnych, gdyż jako takie istoty nie istniejemy. Nie istnieje także wola sprawcza, która by do nas należała. Innymi słowy, wola raczej przepływa przez nas i powoduje nami, będąc siłą, która nas unosi jak rzeka, siłą napędową opowieści istnienia. Jesteśmy więc postaciami ze snu śnionego przez nie wiedzieć kogo, być może przez nikogo.