środa, 5 października 2022

"Kto poznał świat, znalazł trupa" - część trzecia (Chwila nowonarodzona)

Henryk Weyssenhoff, Przeczucie

"Kto poznał świat, znalazł trupa" - część druga

 Czy to nie jest nieskończenie dziwne, że musimy pożegnać się z jedynym co znamy i powitać coś całkowicie obcego? Co prawda, śmierć to ta piękna pani, z którą nikomu niczego nie brak. Śmierć obecna jest zawsze „teraz”. Obecna jest w każdej chwili życia, tak jak każda inna chwila życia zawsze istnieje w płaszczyźnie „teraz”. Wszystkie chwile są w tym sensie razem. Ale skoro, kiedy śmierć jest, to nie ma już chwil, bo nie ma mnie - to, kiedy są chwile, nie ma śmierci. Gdzieś może majaczyć jedynie widmo jej, zanim nadejdzie chwila ostatnia. Lecz śmierci samej tam nie ma. A czy jest, kiedy śnię bez snów? Czy była zanim się urodziłem? A może była krótko nawet po moim urodzeniu, zanim jeszcze poszła w ruch maszyneria mojej świadomości?

Nieskończenie dziwne jest, że mamy naraz tylko chwilę, której nie znamy. Obcą, nową, dopiero co narodzoną chwilę. A wszystkie chwile, które poznaliśmy, chwile określone, zamknięte, wygasłe - cały ten świat wyobrażony chwil – tracimy z każdą chwilą na nowo. Zagrzebujemy w pamięci martwe chwile – wspomnienia, szczątki chwil, z których powstaje świat. Świat jest zawsze trupem, mumią skleconą ze szczątków żywych chwil. Świat nigdy nie jest „teraz”. Zawsze należał do przeszłości. Z przeszłości zrodzony - nie dla życia - lecz dla wspomnień, marzeń, obaw, trosk i pragnień. Świat, to zawsze zaświat.

Czy to nie jest nieskończenie dziwne, że musimy pożegnać tę mumię – jedyne, co znamy - i powitać coś całkowicie obcego – nowonarodzoną chwilę?

sobota, 24 września 2022

O znikaniu, którego nie widzimy

Umarł naczelnik więzienia, w którym zamknąłem się dobrowolnie. Z tej okazji początkowo nie rozmawialiśmy o nim. Potem zaczęliśmy się zastanawiać jak to możliwe, że przestał istnieć. Następnie zaś, zastanawialiśmy się, kiedy to się stało – kiedy przestał istnieć. Ostatecznie, zadawaliśmy sobie pytanie, czy istniał kiedykolwiek.

Są rzeczy uczuciowo emocjonalne i są rzeczy nie uczuciowo emocjonalne. Tych rzeczy nie odczuwa się, lecz widzi. Dostrzega się je od razu jako dziwność, jako prześwit zza zasłony znanego, ułożonego, rozumianego – zza zasłony świata.

Zniknął więc. Lecz kiedy? Czy już wtedy, kiedy przestał się pojawiać? Choć przecież dochodziły nas wieści, że żyje, że jest. Co, jeśli już wtedy go nie było, a my jedynie wierzyliśmy, że gdzieś tam, sobie samemu, czy komu innemu, jest? Przeczuwaliśmy. Czuliśmy, ufając odczuciom.

A może zniknął dopiero w tym dole wykopanym łopatami? Zniknął dla nas. Jeśli nawet wtedy dopiero - żegnany przez zgromadzenie, zamykające opowieść o nim chwilą jego uroczystego zakopania w dole ziemnym - to tam, na tym końcu opowieści o jego byciu pojawiło się coś bardzo dziwnego. Pojawiło się zniknięcie. Zniknięcie lekko stuknęło w powierzchnię świata, niczym ceramiczna kulka w szybę. I pojawiła się tam mała szczelina. Zniknięcie jednak okazało się nie być jedynym zniknięciem. I jak krople deszczu ukazywać się poczęły kolejne zniknięcia. Wszędzie wokół zadudniło i zabłysnął w tej dudniącej ciszy wszechświat zniknięć. Przez krótką zadziwiającą chwilę znikało wszystko. Znikało, ale nikt tego nie dostrzegł. Wszyscy byli odwróceni plecami. Oni nie mieli wejść w to rozszczepienie, nie mieli chcieć istnienia tej szczeliny, która rozszczepia każdą chwilę. 

Patrzyli na opowieść przyciągani hipnotyczną jej formą. Całkiem w nią wciągnięci.

I nagle, tak jakby tamto jego zniknięcie niczego nie zmieniało, zamknęło się rozszczepienie. Zamknęła się ziemia. Skończone.

Lecz przecież, kiedy zniknął? I czy znikał już wcześniej? Dlaczego nie ma go w tej chwili? A może nie zniknął nigdy, bo nigdy się nie pojawił? Widzieliśmy go, owszem...

Lecz przecież, w tej chwili nie ma go, więc jest tak, jakby nie pojawił się nigdy. Reszta jest opowieścią, która skrywa. Tak, jak hipnotyczna mantra wszechświat zniknięć skrywająca, jest opowieścią. Do niej to należy ciepłe „my razem” - wobec rozszczepienia, wobec znikania. I by mogło się utrzymać, potrzebuje wciąż odwracać się plecami do rzeczy zniknięć, od wewnątrz kruszących skorupkę świata.

Więc nie było go, choć mówi się o jego zniknięciu. I choć wszystko znika wciąż, a to najdziwniejsza z dziwnych chyba rzecz - że znika coś, co było – mantry będą powtarzane w każdym języku dzisiaj istniejącym i w każdym, który powstanie. Bo musi pozostawać ukryte przed człowiekiem to dudniące ciszą znikanie.


wtorek, 6 września 2022

Poza hyle

Rembrandt, Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem

Z wyjątkiem stanów natchnienia postrzegam świat trywialnie. Bierze się to stąd, że nieświadomie przyjmuję uwspólnioną, współczesną zupełnie i błahą jego wizję, jako czegoś w swojej fizyczności skończonego, jakiegoś odpychającego mechanizmu-pułapki, z którym jedynie walczyć warto i to na jego tylko zasadach. A walka ta z góry skazana na porażkę. I im bliżej mi tej poniedziałkowej „hyle” (która nie tylko w poniedziałku przecież mieszka), tym bardziej mnie ta perspektywa krępuje i dusi. Nie widać z niej wyjścia, wyzwolenia. Próżny trud, próżna twórczość, bo do niczego nie prowadzi ostatecznie, ani od niczego nie ratuje.

Inaczej, kiedy odczuję boskie natchnienie. Nawet to tragiczne i groźne. Wtedy nie ja już, nie mój los, i nie wyzwolenie, nie przyszłość, ale dzieło, do którego wyrywa się serce – ono to staje się ważne samo dla siebie. Na pytanie po co ten trud, odpowiada serce: Nie ma w tym trudu. To wysiłek lekki jak taniec. Nawet, gdyby był to taniec do upadłego. 

A byt - nie jak świat zamknięty ludzkich oczu – staje się wtedy sobą niepoznanym! Otwarty, niemechaniczny, nieograniczony. 

Świat? Świat traci swoją wszelką dookreśloność. Nie ma już świata. Jest byt żywy.

Więcej jeszcze chce się o tym powiedzieć, bo pod wpływem tych natchnień nie sprowadza się już wszystkiego – bogów, ludzi, zdarzeń, życia samego - do reguł ekonomiki materii, energii... Do tych upupiających schematów, pozbawiających czaru i barwy wszelki czar. Do tych kół ratunkowych ucieczkowej, rozedrganej psychiki, która uniknąć chce łatwym sposobem grozy życia. A kiedy jej już umyka, umyka też całemu tego życia pięknu i znaczeniu. Ratuje się w wydmuszkach bytu, które ją mamią pozorem spokoju. Lecz tam spokoju nie ma. Jest niepokój wieczny bezustannej ucieczki bez dna, bez celu. 

Natchnienie mówi: zawróć i przyjmij niedoskonałe, męczące, straszne - jak pełnię i doskonałość. Przestań się trudzić swoją ucieczką. Nie szukaj błogości. Nie pragnij odpoczynku.

piątek, 5 sierpnia 2022

Dionizos

Grecka amfora z maską Dionizosa, ok.520 r. p.n.e.

Dionizos przynosi szaleństwo praczasu, z którego przybywa. Dlatego wynurza się z morza. To symbol praoceanu - pierwotnego chaosu. Szalona jest w nim tajemna jedność przeciwieństw – zgiełku i ciszy, entuzjazmu i grozy. 

Kiedy stykam się z postacią Dionizosa, znajduję w sobie atmosferę swobody, lekkości względem swojego losu. Dionizos uwalnia od duszącego poczucia, że od życia należy czegoś wymagać, i że my jesteśmy swojemu życiu coś winni. Pozwala doświadczyć niewinności bytu: To jego szaleństwo - mieszanina tragedii, beztroski i upojenia – wyzwala świat z uwarunkowań, przymusów, zobowiązań, założeń... Wprowadza atmosferę niespodziewanego, w bliskości chaosu, z całą jego potencją i świętą grozą. Otwiera życie na nieznane. Każe śmiało w to nieznane wstępować. Upaja obietnicą tanecznej swobody ruchów. Może dlatego kobiety greckie, jak mało kto uwikłane zakazami, pierwsze poczuły jego zew, by uciec w góry, w dzicz, poza ekumenę... Dionizos obiecuje skarby leżące poza granicą tego, co oswojone. Dionizos, to wołanie do porzucenia troski i wkroczenia wprost w życie, w byt.

czwartek, 4 sierpnia 2022

Tak zwana "wolna wola"

Nie tylko nie ma sensu nikogo obarczać winą za cokolwiek (ponieważ musiało się stać, co się stało), ale nawet obarczanie go winą (ponieważ - na ten przykład - tak podpowiadają mi uczucia) również jest zasadne i uprawnione, kiedy przyjmiemy, że skoro coś się dzieje, to znaczy, że dziać się musi. Zatem, to nasze nierozumne uczucie i niesprawiedliwe chcenie, także jest uprawnione. Błąd przestaje być błędem, skoro nie istnieje wolny wybór. A wybór jest uwarunkowany zawsze, ponieważ nie jesteśmy rozumem absolutu. Wyobrażamy go sobie jednak wciąż, jako jakąś metaperspektywę i nazywamy ją wolną wolą, która jest rzekomo w naszym posiadaniu. To całkiem zabawne, kiedy spojrzeć na to z boku. 

Gdyby jednak istotnie coś takiego jak wolny, nieuwarunkowany wybór mogło istnieć, musiałoby być osią rzeczywistości - samą w sobie, wolną od uwarunkowań przyczyną wszelkich dalszych zdarzeń. I musiałoby w każdym swoim akcie woli wolne być także od uzależnienia od innych swoich aktów woli i ich skutków. Owszem, jest do pomyślenia taka dziwna rzeczywistość. Jednak gdyby była ona „prawdziwa”, wtedy wszelka obserwowana w niej przyczynowość musiałaby być jedynie pozorna. 

Dopóki więc wciąż chcemy wierzyć w przyczynę i skutek, które umożliwiają nam budowę maszyn i odróżnianie dnia od nocy, wola musi być zaprzeczeniem wolnego wyboru. Musi pozostawać żywiołem - siłą uwarunkowaną inną siłą.

środa, 3 sierpnia 2022

Przedmiot poza kontekstem

 

Obraz Zdzisława Beksińskiego

Wittgenstein mówi tak: 

 „Jak przedmiotów przestrzennych nie można sobie w ogóle pomyśleć poza przestrzenią, a czasowych — poza czasem, tak żadnego przedmiotu nie można pomyśleć poza możliwością jego powiązania z innymi przedmiotami. Jeżeli mogę pomyśleć sobie przedmiot w kontekście stanu rzeczy, to nie mogę go pomyśleć poza możliwością tego kontekstu”.

I ma rację z punktu widzenia logiki rzeczywistości, przyczynowości itd. Ale przecież mogę sobie pomyśleć taki przedmiot poza „możliwością jego kontekstu”. Np. samochód umieszczony w jakimś nieznanym świecie, gdzie nie ma, nigdy nie było i nie wiedzą o nim żadne istoty, i gdzie nic ze świata ludzkiego nigdy nie zdołałoby dotrzeć. Wyobrażam sobie w takim miejscu samochód. Ten samochód tam nie pasuje oczywiście, ale właśnie dlatego jego obecność w tym miejscu nabiera zupełnie innego, surrealistycznego kontekstu, niczym z obrazów Beksińskiego. I to jest pomyślenie sobie przedmiotu znacznie ciekawsze. Tak umieszczony samochód wprowadza umysł w stan pewnej niezwykłości, fascynacji, zadziwienia. Każe zapytać się, czy jakikolwiek przedmiot w swoim „kontekście stanu rzeczy” jest w nim istotnie, czy raczej odwrotnie – żaden przedmiot nie jest w swoim kontekście, a jedynie zgadzamy się zaakceptować te konteksty, które nasz umysł nam prezentuje, tak jak przedmioty, które same w sobie nie istnieją przecież, a stanowią uogólnienie jakiegoś przepływu, z którego umysł nasz halucynuje te przedmioty jako rzeczy istniejące, które dają się następnie określić i nazwać. Wobec tego, wszystkie przedmioty i wszystkie ich konteksty są swobodną grą umysłu, która uwarunkowana jest chyba tylko sobą? Chociaż... czym?

niedziela, 10 lipca 2022

Wiek starczy w wedach

Strona z Atharwawedy, "księgi czarodziejskiej" hinduizmu. Źródło: domena publiczna.

 Ciekawe, że w dawnych kulturach starano się raczej przydawać znaczenia (czy może wartości) wiekowi starczemu, który tego znaczenia domaga się przecież już nawet z racji tego jak jest nieatrakcyjny... Współcześnie, inaczej - buduje się wartość młodości. Tak jakby ona potrzebowała jeszcze jakichś potwierdzeń, czy pochlebstw.

"Wedy wskazują człowiekowi, istocie z racji swej materialności związanej z materią a także istocie duchowej, cztery główne cele i zarazem cztery okresy życia. Każdy następny z tych celów jest uważany za lepszy od poprzedniego, cel zaś ostatni (podobnie jak ostatni, starczy okres życia) uważa się za lepszy i wyższy od wszystkich poprzedzających go celów razem wziętych. A oto owe cele - niejako do wyboru: k a m a - (miłość), a r t h a (dobra ziemskie), d h a r m a (cnota, obowiązek) oraz m o k s z a (wyzwolenie). M o k s z a stanowi cel najwyższy, najwznioślejszy, jak gdyby "cel celów", do którego dążyć trzeba stopniowo, nieustannie doskonaląc się duchowo. Odpowiada mu w życiu okres "leśny"."

Andrzej Tokarczyk, Hinduizm, Warszawa 1986.


piątek, 18 marca 2022

Wojna także rodzi się z miłości




 „Dlaczego w samym sercu natury toczy się wojna?” - pytanie, które pada na początku filmu „Cienka czerwona linia”.

Cała ożywiona natura wleczona jest mocą miłości i tylko miłości. Nie ma żadnej nienawiści samej w sobie. Nienawiścią nazywamy miłość, która odpycha. Ale to wciąż miłość - jej druga strona. Poza miłością jest już tylko obojętność. I to ona - jako coś całkiem osobnego - stanowi tło dla miłości i jej kontekst.

Dlatego wojna jest dzieckiem miłości. Twórcze moce przyciągania i odpychania urzeczywistniają się w całej jej grozie. Gwałt, płodzenie, narodziny, pożeranie...

Nienawiść, odraza, obrzydzenie – to także wielkie i piękne dzieci miłości.

Kiedy sprzeciwiamy się wojnie - jej istocie - sprzeciwiamy się istocie natury. Możemy wtedy zadać sobie pytanie, na czym polega nasz stosunek do natury. Czy godzi się z nią, z prawdą o niej? Czy może woli jej zaprzeczyć? A jeśli woli jej zaprzeczyć, to czy pragnie nieistnienia, zamknięcia oczu? A może jakiegoś istnienia innego – miłego i najlepiej wiecznego istnienia, które by było przecież drwiną z natury takiej jaką ona jest.

Czym wobec tego jest ocalenie? Czym jest błogość i spokój, skoro niepokój wojny – siły przyciągania i odpychania - to właśnie moc życia? Spokój trzeba odróżnić od błogości. Spokój jest w oku cyklonu - jest w równowadze dynamicznych sił. Spokój może być pełen mocy, podczas gdy z błogości wyrasta bezwład. A bezwład już nie uczestniczy w wojnie. Musi jedynie pogodzić się z gwałtem.

poniedziałek, 14 lutego 2022

Napięcie ustawiczne

 


"Starożytni nie przemęczali swych bogów; zanadto byli eleganccy, aby ich molestować czy robić z nich przedmiot studiów. Fatalne przejście od mitologii do teologii jeszcze się nie dokonało, toteż nie znali oni owego ustawicznego napięcia odzywającego się zarówno w słowach wielkich mistyków, jak i w katechizmowych banałach. Gdy ten tutaj świat staje się synonimem niemożności uporania się z czymkolwiek i gdy czujemy, że nasz z nim kontakt ulega fizycznemu zerwaniu - lekarstwem jest nie wiara ani odrzucenie wiary (bo jedno i drugie stanowi wyraz tej samej ułomności), lecz pogański dyletantyzm, ściśle zaś biorąc - nasze o nim wyobrażenie."

                                                                                                             Emil Cioran, Zły demiurg


Słowa pana Ciorana można by z powodzeniem przyłożyć nie tylko do dawnych fiksacji religijnych, ale także do ich wydań współczesnych - do tych wszystkich jedynie słusznych postaw i biegunowo skrajnych przeświadczeń, które łączy dziecięco naiwna wiara, że się je z własnej woli przyjmuje, i że są czymś więcej, niż tylko wymuszonym przejawem emocjonalnej higieny, albo raczej jej braku.

piątek, 31 grudnia 2021

Materia jest historią

Zapewne nie istnieją żadne elementy, które by były fundamentalne dla rzeczywistości. Elementy te wyobrażamy sobie sami. Jakiejkolwiek formy by nie przybierały, odzwierciedlają nasz aktualny paradygmat poznawczy. Czy pojawią się jako żywioły, czy jako atomy, pozostaną jedynie zasadami, albo raczej metaforami wskazującymi na zasady, wokół których obraca się nasza wyobraźnia.

*

Wszechświat nie posiada świadomości, bo jej nie potrzebuje. Świadomość jest mechanizmem, radarem powiadamiającym o stanie systemu.

Wszechświat wydaje się być bez niej lepszy, niż gdyby nie wiedzieć czemu ją posiadał.

W gruncie rzeczy świadomość wszechświata, świadomość jakiegoś boga, czy jakakolwiek „wyższa świadomość” to nasze marzenia, projekcja naszej samowizji.

Dlaczego więc miałaby istnieć jakaś większa świadomość, skoro to właśnie nieświadomość jest naturalnym stanem rzeczy?

Automatyczna natura ludzkiej świadomości wskazywałaby na fakt, że nasza jednostkowość jest czysto iluzoryczna.

W istocie, jako ludzie, jako zwierzęta, nie jesteśmy oddzielnymi cząstkami przestrzeni, ani czasu. Jaki wobec tego stosunek zachodzi między ludzką iluzoryczną jednostkowością, a równie wyobrażoną historią?

Wyobrażenia o czasie i przestrzeni jako przejawach materii również należałoby włożyć do katalogu o nazwie „historia” i uznać za naturalne i pożyteczne dla naszej świadomości fantazje, które wspomagają orientację i rozeznanie w świecie.

Ale czym wobec tego jest świat? Dopiero teraz można o tym rozmyślać z przyjemnością.

Może to właśnie podległość wobec świadomości jest czymś gorszym i wiąże człowieka z iluzjami, podczas gdy nieświadomość oznacza lepszy, „boski” sposób bycia?

Jeśli jesteśmy częściami systemu, a nie monadami, to cokolwiek zrobimy, działamy na rzecz całości, niezależnie od tego czy nasze działania powodują jakiś wzrost, czy przyspieszają jakiś koniec. Nie można być w zgodzie z naturą bardziej niż wtedy, kiedy się postępuje w zgodzie ze sobą.

Jednak w świecie znaczeń doznawanym z głębi, poprzez przeczucia z poziomu nieświadomego, rozpościerają się przestrzenie niedające się zamknąć w słowach i pojęciach, a co dopiero ocenić pod względem wartości. Czy są prawdziwe? Wobec prawdy o bycie, tak, ponieważ są przeżywane. Wobec kryterium zgodności z ideologią naukową, czy obowiązującym paradygmatem, mogą okazywać się halucynacją, lub projekcją, lecz przecież także tzw. namacalny świat rzeczywisty jest czymś takim. Jest wytwarzanym przez umysł hologramem. 

Kiedy doświadczam uniesienia przez wrażenie kontaktu z tego rodzaju przestrzenią mitu, kiedy jestem w niej, a ona jest we mnie, odczuwam spokój, pewność i euforię jednocześnie. To jak nastrój przed bitwą, w której wezmą udział bogowie. Niemal fizyczne odczucie wzrastania: „serce rośnie”, „zawsze czekałem na tę chwilę”, ”cokolwiek by się nie stało, będę tutaj”.

Ważne są obrazy, muzyka i działanie. Całość misterium.

Są to rzeczy mocno doznawane, choć ulotne i wrażliwe. Nie da się ich porównać do niczego, co by próbowało wytłumaczyć je poprzez redukcję.

środa, 22 grudnia 2021

Strzęp snu, który kroczy przed myślą

 

Hieronim Bosch, Ogród rozkoszy ziemskich, fragment


Ostatecznie, chcieć znaczy musieć chcieć. Tak jak komar chce lecieć tam, dokąd zmierza - ponieważ proste zmysły przymuszają go do tego - tak człowiek chce czegoś, ponieważ pokierował nim cały jego wewnętrzny kosmos zależności: zmysłów, sił, kompleksów mentalnych i myśli, które są tych pierwszych, prostszych mechanizmów dziećmi i powierzchnią. Ta „powierzchnia myśli” dopiero wtedy pojawia się przed zwierciadłem świadomości, gdy problem jakiś domaga się dzięki niej rozpatrzenia dodatkowego, jakby weryfikacji świadomej. Jednak zwykle odbywa się to już w podświadomości i podobne jest do obrazów sennych. Bo do nich to właśnie podobne są myśli świeżo zrodzone, które nie otrzymały jeszcze masek pojęć. Tym są myśli, których pojęcia nie sprowadziły jeszcze do form uproszczonych, ograniczających wyobrażenie. Jest to ograniczenie podyktowane zapewne ewolucyjnie przez oszczędność energetyczną, która pozwala wykorzystywać umysł przede wszystkim w działaniach praktycznych, nie zaś w celu zbliżenia się do jakiegoś bardziej subtelnego oglądu świata, albo własnego wnętrza (zakładając na potrzeby tej refleksji, że świat i wnętrze ludzkie są czymś rozdzielnym od siebie).

Aby więc do takiego poznania się zbliżyć (albo jeśli ono nie jest możliwe, to choćby umieć odnaleźć inne perspektywy oglądu rzeczy), należałoby przede wszystkim nie dowierzać swoim myślom upojęciowionym, myślom które nabrały kształtu. I trzeba by, obserwując te kształty, poszukiwać przedforemnych zjawisk wewnętrznych, z których one dopiero powstają - niejako kostniejąc - i na oglądaniu tychże zjawisk skupiać uwagę. A wtedy, dostrzegłoby się ogromny potencjał informacji, które ze sobą niosą. Albo raczej, którym to potencjałem są same w sobie.


piątek, 29 października 2021

Parę starszych myśli

 


Rzeczywistość wydaje się podobna do snu. We śnie, w którym nieustannie czegoś poszukuję - wierząc, że cel jest jeszcze przede mną - panuje niepokój. I nagle sen się urywa, a ja otwieram oczy. Okazuje się, że cała bieganina była tylko majakiem i dopiero teraz widać jej bezwartościowość. To znaczy: bezwartościowość poszukiwania celów we śnie.

„Osioł, który latami chodził wokół żaren, przeszedł wiele kilometrów ale nie dotarł nigdzie”.

***

Jestem czymś w zwierzęciu - mechanizmem powiadamiania o stanie - i temu czemuś wydaje się, że jest wolne, i że ma do tej wolności prawo. Że wolno mu nie tylko żyć tak, jak chce, ale nawet myśleć o sobie inaczej, niż ktokolwiek kiedykolwiek myślał o sobie. Że wolno myśleć o świecie zupełnie inaczej, niż się do tej pory myślało. Niż ogół myśli o świecie. Tajemnico świata, możesz być głębokim i zamglonym, niebezpiecznym lasem, zamiast banalną, nieprzenikliwą kurtyną z wyświechtanym, prowizorycznym wzorkiem, nad którym ślęczą znużeni staruszkowie. 

***

"Nie ma takiego losu, którego nie przezwycięży pogarda". - Albert Camus

Jedyna wolność dostępna Syzyfowi, to pogarda swojego losu. Pogarda swojego bytu jednostkowego, jego absurdalności. Tego złudzenia, że się jest strażnikiem najcenniejszego skarbu, podczas gdy się jest jedynie trybem w maszynie, z której nie sposób umknąć. Lecz wolny już nie ucieka. Jest żywy w swojej pogardzie dla własnych złudzeń. Zatrzymuje czas poprzez wstrzymanie dążeń. I chociaż wciąż idzie naprzód, jego nadzieja wygasła. Nie ma już obietnicy spokoju. Nie ma wytchnienia, ani celu. Jest tylko teraz. Bo nikt kamieniowi toczonemu pod górę nie umknie. 



wtorek, 19 października 2021

Płomień jako zaproszenie

 


„Nie należy w dzień palić świec na cmentarzu, aby nie niepokoić duchów świętych. Kto się nie dostosuje, ma być odsunięty od wspólnoty Kościoła”.*


Powyższy cytat jest jednym z postanowień synodu w Elwirze, który odbył się między rokiem 300 a 324 n. e. (być może około roku 306). Hiszpańska miejscowość o tej nazwie dziś już nie istnieje. 

Co ciekawego jest w tych słowach? Otóż mowa tu o paleniu za dnia świateł na cmentarzach. Wydaje się, że była to wówczas bardzo znacząca i rozpowszechniona praktyka, skoro zakazywano jej chrześcijanom pod groźbą ekskomuniki. 

Magiczno-religijną obrzędowość, związaną z symboliką światła, chrześcijaństwo przejęło od religii pogańskich i późnoantycznych kultów misteryjnych, nadając jej własną interpretację. Rozpalanie świateł na grobach było w Europie przedchrześcijańskiej praktykowane, by wskazywać drogę duchom, ogrzewać je i odstraszać złe moce. Nie dziwi, że robiono to (już choćby ze względów czysto praktycznych) po zmroku, aby rozproszyć ciemności wokół grobów, na których odbywała się obrzędowa uczta, podczas której dzielono się z duchami jadłem i napojem. Ten zwyczaj wcześni chrześcijanie również zapożyczyli od pogan i w niektórych rejonach Europy przetrwał on do dziś.

Uderza jednak nacisk kładziony przez biskupów z Elwiru na zakaz palenia świec, ale też zapewne lamp i wszelkich w ogóle świateł, które ze względu na swój symboliczny kontekst mogły być wykorzystywane do - jak się wydaje - bardziej szczególnych działań magiczno-religijnych. Owa troska „aby nie niepokoić duchów świętych” wskazuje wyraźnie na wiarę, że światła rozpalane dla duchów i ze względu na nie za dnia, pełniły funkcję czegoś na kształt zaproszenia. 

Przyzywano więc w ten sposób przodków, ale również inne duchy (np. duchy miejsc), by doświadczać ich obecności, dokonując z nimi pewnego rodzaju „duchowej integracji” na poziomie zbiorowości, a także na poziomie psychiki indywidualnej.

Warto o tym pamiętać nie tylko teraz, gdy zbliżają się jesienne święta ku czci zmarłych i kiedy obecność duchów jest już niemal namacalna, ale też przy innych okazjach - świątecznych, lub nie. Zawsze wtedy, gdy pojawia się potrzeba „zaktualizowania obecności” - czy to zmarłego, czy też innego jakiegoś ducha – płomień rozpalany za dnia będzie odgrywał swoją szczególną rolę.


Przypis:

*Dokumenty synodów od 50 do 381 roku, red. i tłum. A. Baron, H. Pietras, Synody i Kolekcje Praw, t. 1, seria Źródła Myśli Teologicznej, t. 37, Kraków 2006, s. 55/55.