sobota, 22 lutego 2025

Weles

 


Weles jako bóg podziemi także w tym sensie, że jest panem ciemnej, ukrytej części ludzkiego umysłu. Sposobem na obcowanie z nim jest kontemplacja postaci Welesa - jego atrybutów, przede wszystkim zwierzęcych i magicznych. Kiedy rozmyślałem o tym w lesie, wilk przebiegł mi drogę po czym jakby rozpłynął się w powietrzu.

środa, 8 stycznia 2025

Głód z księgi sekretów

Hrabia Orlok z filmu* Roberta Eggersa mówi do młodej dziewczyny, że to on jest Głodem dobrze jej znanym. Jest tym Głodem, który mieszka ukryty za siedmioma ciemnymi górami, w niedostępnej krainie na skraju map. Na krawędzi świata. Bardzo daleko stąd, ale jednocześnie dokładnie tu i teraz. I to ona ten głód obudziła, ona go przyzwała. 

Nie ma tu jeszcze czegoś bardzo wyjątkowego, z wyjątkiem może tego, że owładnięta głodem widzi i słyszy więcej. Nazwana niewinną romantyczką rozmawia z wiatrem, pyta chmur i pyta nieustannie, ponieważ wokół niej rodzą się tajemnice. Świat nie jest niczym, co by trwało, ale wszędzie, z chwili na chwilę, zaczepia ją i dotyka. Przemienia się jak ponura baśń - straszna, ale piękna i z pewnością nie bez znaczenia. Wreszcie – sprawa, zdaje się, kluczowa – już pod koniec, nasza bohaterka zostaje porównana do kapłanki Izydy, gdyby przyszło jej żyć w innym czasie.

W „Nosferatu” Eggersa wskazywane są palcem te symbole, obrazy, które w dawniejszych odsłonach opowieści nie potrzebowały podkreśleń, czy tłumaczeń. Ale może mylę się, bo może dopiero Eggers wskazuje na szersze swoje skojarzenia, które tylko przypadkiem podzielam.

Robert Eggers dopowiada to, co jego poprzednicy mogli już sugerować: powtarzany jak mantra zwrot o czystej dziewicy i jej poświęceniu, podczas gdy wskazuje się nam co krok, jak ona jest zmysłowa i zmysłami owładnięta. Jak oddana temu wampirowi, który jest jej Głodem. Jak jest kobietą.

Dlaczego jednak, poprzez „księgę sekretów”, Głód został zaproszony do świata - do tego miasta "nowoczesnego umysłu" - gdzie „nikt nie daje wiary”?

Może to właśnie jest pytanie, które tę księgę otwiera?

Przypis:

*Nosferatu, reż. Robert Eggers, 2024 

niedziela, 24 listopada 2024

Czym to jest?

 

2. Pytanie o bycie, pomimo tego, że nigdy być może nie będzie możliwa odpowiedź. A może właśnie dlatego, że jest ona niemożliwa, powstaje zapytywanie. Samo w sobie niesamowite i wrzuca w niesamowitość. 

Co jeśli mam w sobie wciąż nic więcej niż ciemność, jak ta ciemność podczas snu bez snów. Naszym światem nie rządzi ropa ani bóg. Rządzi nim wiara, że wstanie następny poranek, że wszystko jest mechaniczne i uporządkowane. Pewne. Co jeśli to nie jest prawda?*

1. Lecz może na to pytanie odpowiadać tylko w oparciu o to co nie zostało dane? Jeśli nawet, to przy wykorzystaniu tego co dane, odpowiadać wciąż nie wiedząc, wciąż podważając - dochodzi się dalej, niż w tym przypadku pierwszym, gdy brak danych. I dochodzi się gdzie indziej, bo w innym kierunku się zmierza. W innym kierunku wiedzie ta ścieżka, która o bycie pyta w oparciu o świat, także wewnętrzny, niż ta, która o to co jest pyta w oparciu o brak danych. O to, co poza danymi.

1. Przyznajmy wreszcie uczciwie przed sobą, że tym co mnie prowadzi i tym co myśli, a myśl ta się zmienia (na przestrzeni lat ale także dni, nastrojów, nastawień, snów itd.), nie jestem z pewnością ja sam jako jakaś stałość. Ja sam, to jakieś obserwowanie tego co się dzieje samo. Bez oceny.

1. Czy można pytać Czym to jest? odwołując się tylko do tego czego nie posiadamy jako dane? Sądzę, że można:

Dam wam to, czego oko nie widziało i czego ucho nie słyszało, i czego ręka nie dotknęła, i co nie weszło do serca człowieka.**

2. Na razie nie chciałbym skupiać się na drugiej możliwej ścieżce zapytywań, która oparta jest na tym co dane. Ona to prowadzić nas może nie tak daleko jak pierwsza, choć z pewnością w rejony fascynujące.

1. Wracając więc do ścieżki pierwszej. Pytamy Czym to jest? poszukując dla odpowiedzi tego co nie stanowi danych, z których możemy korzystać. To trudne zadanie. Na początek musimy spojrzeć. Zauważymy przychodzące do nas próby wytłumaczenia. Zaczyna się zapewne od umiejscowienia naszego w przestrzeni i czasie. Odkładamy na bok te wyobrażenia, jako że opierają się na tym co dane. Patrzymy dalej, nie umiejscawiając się w szerszym kontekście. Teraz przychodzą do nas obiekty i dźwięki, może zapachy i wrażenia. Czym one są? Znów zauważamy odpowiedzi cisnące się i oparte na danych nam założeniach. Odkładamy je i patrzymy, słuchamy, czujemy to co jest, bez tłumaczenia tego obiektami i bez dzielenia na obiekty. Nie rozgraniczamy też dźwięku na dźwięk, a smaku na smak. Postrzegamy razem to co jest. To co jest za chwilę przepływa. Chcą pozostać po nim jakieś odbicia, nazwy, obrazy. Odkładamy je. Znów jest to co jest. Czym to jest? A kto pyta? Pojawiają się odpowiedzi oparte na danych. Mocno ugruntowanych zresztą. Odkładamy je i pytamy dalej: Czym to jest? Ale tym razem już nie przyklejamy do tego pytania refleksji na temat tego kto pyta. Pytanie pyta samo w sobie. Odpowiedź także ma być sama w sobie, bez odpowiadającego. Bez danych. Czym to jest? Teraz postrzegamy obiekty jakbyśmy ich nie znali. To nie okno, zza którego płyną dźwięki piłowanego metalu. Co to jest? Nie wiem. Patrzę dalej na to: nie wiem. Czym są te dźwięki, o których nie wiem czym są? Nigdy tego na co patrzę nie widziałem i nigdy tego nie słyszałem. To coś jest nowe, nie znam tego i nie wiem czym jest. Nie wiem gdzie jestem, nie wiem czym jestem, nie wiem co będzie i nie wiem co było. Czym to jest?

1. Co jeśli byt nie jest mechaniczny? Nie wiadomo czym jest, jednak nie ufamy już swojemu oglądowi i paradygmatom. Żadnym paradygmatom, włącznie z paradygmatem mechanizmu. Otwiera się tu przestrzeń nieznana i ciekawa. Bo przecież życie to, to jedyne co mamy (lub ono ma nas). Świat ten, czy jest tworem umysłu, czy ma jakąś podbudowę, jawi się, tak czy inaczej, tajemniczy. Nie ma już pewności. Nie ma już wiary. Przede wszystkim wiary w naukę. Ale pojawia się możliwość, albo nawet potrzeba eksperymentu, wiary jako aktu twórczego. Wobec nieznanego, wiara zdolna jest przydawać mocy. 

2. Autodeprywacja zmysłowa to był zawsze jeden z najistotniejszych elementów duchowości. Wędrowanie i bezsłowne patrzenie. Lecz rozważanie tych i tamtych za i przeciw. Dziwienie się i dziwienie. Zapytywanie bezsłowne co i jak.

2. Niedualiści, przynajmniej niektórzy, doszli zapewne do tego do czego doszli, dzięki deprywacji zmysłowej, popartej zanurzeniem mentalnym w temacie, który ich nurtował. Różne pewnie dzięki temu można osiągnąć efekty, zależnie od tego co się ma w umyśle jako grunt. Czym się nasiąkło.  

1.

I wokół Niego krąż,

Wokół Niego, którego nie objął

Żaden umysł

Prowadzi tam ścieżka osobliwa,

Prowadzi na pustynię,

A ścieżka ta nie ominie niczego,

Ścieżka nieskończona.

I nie ma tam czasu, ni miejsca.

Tak osobliwa ta rzecz...


Na tę pustynną ścieżkę

Nie weszła żadna stopa,

Stworzony umysł nigdy tam nie dotarł.

On jest – a nikt nie wie Kto!

Jest tu, jest tam.

Daleko i blisko,

Głęboko i wysoko...

A przecież kłamię:

Nie jest on ani taki, ani taki.


Stań się jak dziecko!

Ogłuchnij! Oślepnij!

Twe serce niech zapomni o wszystkim!

Co jest, a czego nie ma – zostaw to!


Porzuć miejsce, porzuć czas!

Wyzbądź się symboli!

Idź bezdrożami tą wąską ścieżką.

Tak tylko znajdziesz ślad Pustyni!***



Przypisy:

* Studio filmowe The Panics, SUNDAYS

** Ewangelia Tomasza w przekładzie Albertyny Dębskiej i Wincentego Myszora

*** Hymn Konrada Immendorfera O Trójcy Św. (Za: Fenomenologia religii Gerardusa van der Leuva, przekł.: J. Prokopiuk)

sobota, 23 listopada 2024

Byle zdążyć przed Sylwestrem

Obraz wyprodukowany przy udziale sztucznej inteligencji

Szejku Rachibie, Wasza Wysokość, nasz symulator wojskowej inteligencji wskazał właśnie, że jedynym sposobem zachowania wyznawców Allacha w perspektywie długoterminowej jest ocalenie ludzkości, które odbyć się może wyłącznie poprzez drastyczne obniżenie jej liczebności w skali planetarnej. W innym przypadku, doprowadzi ona (ludzkość) do samozniszczenia biosfery w stopniu tak radykalnym, że niemożliwe będzie utrzymanie jakiejkolwiek rytualności, a nawet utrzymanie życia jakichkolwiek ludzi. Ostaną się grzyby, drobnoustroje, wirusy i najprawdopodobniej społeczności szczurów. Owszem, sztuczny inteligent wskazuje również, że to one, ewoluując szybko, mogłyby dalej przekazywać sobie jedyne słuszne wyznanie. 

Jednak na dziś dzień, wciąż pozostaje dość prawdopodobnym zachowanie niewielkiego odsetka ludzkości - tak by mógł on szerzyć słowo Proroka - dzięki możliwie najszybszemu wybuchowi konfliktu nuklearnego. Przy czym nie jest ważne dla naszej sprawy, kto ten konflikt wywoła.

Panie, mówiąc zwięźle, tylko wojna nuklearna jest w stanie ocalić ludzi. Nasz automat językowy wskazuje z całą uwagą, powagą i napiętością, że ludźmi tymi, w rosnącej wykładniczo liczbie, stawaliby się wyznawcy Jedynego.

Muszę przy tym wskazać, że do naszego modelu językowego wprowadziliśmy wszystkie dane na temat świata, czy jak go nazywa zgniły Zachód - „rzeczywistości” - zgromadzone we wszystkich źródłach dostępnych oficjalnie i nieoficjalnie, po stronie ich, jak i, oczywiście, po naszej stronie. Zgromadziliśmy 97,65 % wiedzy ludzkości – tak deklaruje nasz model językowy. W przeciągu dającego się przewidzieć czasu na reakcję, mogącą jeszcze wpłynąć na los świata, nie da się zwiększyć tego zasobu w żaden sposób i jest on zasobem mniejszym od największych konkurencyjnych o 0,06%.

czwartek, 31 października 2024

"November" - estońska perełka

Jest to dobry czas, by przypomnieć estoński film "November" z 2018 roku. W filmie pojawiają się istoty nadnaturalne, między innymi kratty, czyli estoński odpowiednik naszych skrzatów. Tutaj kratty, to złapane przez czarownika duchy zmarłych, które wcielają się w różne narzędzia gospodarskie i wykonują niewdzięczne prace na rzecz swojego pana. 

A i u nas niekiedy uważano, że skrzaty, a wcześniej ubożęta, są tożsame z duchami zmarłych lub od nich pochodzą. Andrzej Szyjewski pisze w Religii Słowian: "Wiemy, że jedna z ruskich nazw (duchów - przyp. mój) domowych ded, ditko pokrywa się z określeniem dusz przodków (dziady), wiemy też, że uniwersalną formą przechodzenia ze stanu zmarłego do stanu przodka była miniaturyzacja i zwielokrotnienie, utrata związanej z imieniem tożsamości i przejście do kategorii ogólnej". 

"November" pokazuje bardzo nam bliski kulturowo świat wierzeń. Podczas świątecznych nocy, duchy wędrują między grobem a swoim domem rodzinnym. Ofiarowuje się im światło i żywność, rozmawia z nimi, a nawet próbuje oszukiwać. 

Warto ten film obejrzeć choćby ze względu na klimat, piękne graficznie zdjęcia i czarny humor.

poniedziałek, 21 października 2024

Za ptysiem

"Czarna Chata" - kadr z serialu Twin Peaks, 1990

Jest już grubo po północy. Jestem w nocnym sklepie i chcę kupić ptysia, ale nie ciastko tylko taki dawny napój owocowy w dużej butelce. Nie widać sprzedawcy, więc wołam: Halo, halo! Pojawia się dziewczyna. Wychodzi skądś i się uśmiecha niepewnie. Podaję jej stówę i czekam na resztę. A ona znika ze stówą i ptysiem za jakąś ciemną kurtyną. Rozglądam się i nawołuję. 

Wtem z klapki, co to ją w tym sklepie mieli do bezpiecznego wydawania reszty po nocy, wyskakuje z głośnym szelestem zwinięty i zgnieciony banknot pięćdziesięciozłotowy.

- No co pani – mówię. – Trochę za dużo jak za ptysia. A tak w ogóle, to gdzie ten mój ptyś?

Dziewczyna znów pojawia się i nieśmiało wygląda zza tej ciemnej kotary. Uśmiecha się niepewnie.

- Niestety nie możemy nic więcej dla pana zrobić. Proszę już iść. Jutro pan przyjdzie.

- Jutro? I ktoś mi na słowo uwierzy? Może mi pani coś napisze? Jakieś pokwitowanie...

- Niestety, już nic więcej w tej sprawie zrobić nie mogę. Przykro mi.

Wracam tam następnego dnia rano. Dziewczyny oczywiście nie ma. Zamiast niej jest dwóch kolesi. Młodszy i starszy. Patrzą na mnie z niepokojem, kiedy im opowiadam co zaszło w nocy i czego od nich oczekuję. Niech mi oddadzą te cholerne pięćdziesiąt złotych. Bo ptysia mam już gdzieś, oczywiście. Z tą stratą jakoś się pogodzę. Przy okazji zauważam, że asortyment tego sklepu zniknął. Nie istnieje. Tłumaczę się przed nimi, ale jednocześnie coraz bardziej staje się dla mnie jasne, że nie mam szans nic wskórać. Niemniej, gadam.

- Niech pan tu zaczeka – mówi starszy i razem znikają za ciemną kotarą, podobną do tej wczorajszej, z nocy.

Czekam więc, ale nikt się już nie pojawia. Opanowuje mnie przeświadczenie, że zostałem wciągnięty w coś, czego mi teraz bardzo nie potrzeba. Coś co będzie zupełną stratą czasu, a pewnie i czegoś więcej.

I wtedy za plecami słyszę hałas. Oto w podłodze, która jest niby jakaś szachownica, unosi się i wyskakuje mała klapka. Blaszana klapka od brudnej studzienki ściekowej. W otworze pojawia się ręka w rękawiczce. Obmacuje podłogę wokół. Zaraz za nią druga. Obmacują podłogę poszukując czegoś. Mnie? Robi się trochę tak jak w filmie „To”. Wiem, że kiedy tam podejdę i spojrzę w dół pojawi się jakieś nienawistne spojrzenie, albo inna niekoniecznie chciana rzecz. Ale podchodzę, bo trzeba to załatwić. I mówię, przy tym znowu jakieś: Halo, halo!

Czuję nagle, że gdzieś z niewidoczności za moimi plecami ktoś dotyka moich ramion. Delikatnie głaszczą mnie czyjeś ciepłe dłonie. Nie wierzę w tę ich delikatność, bo jednocześnie widzę tamte dwie zarękawiczone, które wciąż obmacują szachownicę podłogi wokół studzienki. Czuję, że to sen i wiem dobrze jakiego typu. Wszystkie wcześniejsze sny tego rodzaju, o których na jawie nie pamiętam, przypominają mi się naraz. A było ich wiele. Coś mi teraz każe pamiętać i przyznać się, że to, że ich nie pamiętam oznacza po prostu moją winę. Pamiętać nie chcę. I stąd to wszystko.

Ciepłe dłonie mnie głaszczą, a ja im nie dowierzam. Spodziewam się, że za chwilę zaczną się zaciskać. Postanawiam nie czekać na to i sam je próbuję chwytać. 

Wtedy otwieram oczy i okazuje się, że to ty mnie głaskałaś. Mówisz: Tłumaczyłeś coś komuś bardzo usilnie. Mówiłeś niezrozumiałe słowa.

Potem przypominam sobie, że przed snem rozmyślałem o świadomych snach i zjadłem kilka pomidorów suszonych w oleju, wspominając mamine przestrogi, żeby nie jeść ciężkich rzeczy przed snem, bo coś niedobrego będzie się śniło. Jak ona nie poważała nigdy snów! Chyba właśnie dlatego, żeby sprawdzić - właśnie dlatego te pomidory jadłem! Niedobry sen? Śnijmy, śnijmy, badajmy. Panie, nie z nami takie numery przecież! Czytam notatkę sprzed zaśnięcia wczoraj: 

Oniria jako klucz nieracjonalny do tu. Nie Finneganów tren, choć może. Szukanie szufladami szufanie. Poz szuladę.

niedziela, 15 września 2024

Mutagen krajobrazu codziennego

Pieter Bruegel, Rzeź niewiniątek, 1566

Kiedy miałem dwadzieścia parę lat, chodziłem codziennie tą samą drogą w kierunku szkoły, gdzie studiowałem. Monotonią i zwykłą brzydotą tej drogi byłem znudzony. Znudzony codziennie od nowa. Nawet jeśli wybierałem jakąś inną nieco, okrężną drogę, to okazywało się zawsze, że jest to ta sama droga monotonii i zwykłej brzydoty. Nie opuszczało mnie pytanie jak to możliwe, że ludzie są w stanie znosić te same codzienne i nudne czynności, nudne drogi, nudne budynki, nudne swoje życia, podczas gdy wszystko to mogłoby wyglądać inaczej. Gdyby nie godzili się z miernotą, z bylejakością, gdyby pozwolili wyobraźni działać, ich codzienność mogłaby być inna, ciekawa, piękna, fascynująca. Nie rozumiałem dlaczego jest tak jak jest. Gniewało mnie to i przyczyniało się do pogardy wobec ludzi. Sam widziałem w sobie krajobrazy zbudowane z marzeń i wizji, które mnie pociągały, i które starałem się przecież wcielać w życie, pociągając ku nim, a czasem przymuszając innych, by szli za moimi pomysłami i realizowali je.

Lata później, zastanawiając się nad tymi samymi kwestiami, dochodziłem do poglądu, że przyczyną tych ludzkich samoograniczeń, tego lgnięcia do powtarzalnych schematów, jest naturalna dla życia biologicznego oszczędność energetyczna na poziomie jednostki. Zwyczajnie, natura lepiej wychodzi na tym ewolucyjnie, kiedy większość nie poświęca zbyt wiele energii na fantastyczne innowacyjne wizje, a jedynie rutynowo działa w pewnego rodzaju przytępieniu wyobraźni, wydeptując zmęczonymi stopami najkrótsze możliwe ścieżki z domu na przystanek autobusowy i z powrotem. Dzięki temu społeczność może wzrastać, nie nękana zbyt częstymi eksplozjami wojen wielkich armii jakichś marzycieli-czarowników, szalejących by swoje wizje za wszelką cenę urzeczywistniać. Dzięki tej właśnie błogosławionej oszczędności energetycznej, którą pośród krwi i łez tysięcy istot natura wypracowała, wizjonerów jest w sam raz tylu, by raz na jakiś czas marzenie jednego z nich, padając na podatny grunt, mogło przeniknąć do mas. Ci zaś, którym się to nie udało, cichutko obumierali w dowolny, przypadkowy sposób nie nadwyrężający energetyki systemu.

Czy to możliwe, że tak to się odbywa? Że za tę brzydotę cywilizacji, za tę jej nudę i zwykłość, która obrzydza mi codzienność, i przez którą nie potrafię w sobie wykrzesać zapału do tak zwanych zawodów, odpowiadałaby oszczędność energetyczna, która w moim przypadku odbywa się kosztem jednostki, albo raczej występuje w jakiś inny, może patologiczny sposób? Bo może moja natura oszczędna jest w miejscu, którego nie dostrzegam, a dostrzegają je z łatwością inni? Może moja natura oszczędza mi na przykład zbytniej wrażliwości bliźniego, choć przecież mam się tutaj za dosyć wrażliwego. Mogę czegoś nie dostrzegać. Prawdopodobnie wielkiej belki w swoim oku.

A bywa natura przecież bardzo rozrzutna i nielicząca się z ryzykiem. Tam, gdzie warto poświęcać, nie oszczędza swoich wybrańców, wyposażając ich w instrumenty chaotycznego samozatracenia. Przy czym, zanim dojdzie do owego samozatracenia, instrumentom tym zdarza się wyprodukować jakiś wyjątkowy, lśniący kawałek dziwności, który okazuje się bardzo atrakcyjnym produktem dla oszczędnej energetycznie większości tak, że zostaje przez nią wchłonięty i przetworzony, a następnie włączony do płaskiej maszynerii krajobrazu, podtrzymującej ekonomię systemu.

Na tym poziomie jednostka, w stosunku do której natura przejawiła swą rozrzutność, jest już wykorzystana i skutecznie użyta. Wciąż więc opłacalna jest tu oszczędność energetyczna w swobodnym dysponowaniu jednostkami eksperymentalnymi. Tymi mutagenami kultury, z których większość może zaniknąć zanim zdążą wykorzystać swoje artefakty.

Rzecz w tym, że jeśli bym takim mutagenem był, nie świadczyłoby to o żadnej mojej wyjątkowości. Byłbym przejawem bezcelowej mocy w takim samym stopniu jak każdy inny. Różnica znajdowałaby się oczywiście w doznawaniu, ale o czym to tak naprawdę mogłoby świadczyć?

To czym jestem i do czego natura mnie przymusza nie stanowi żadnej mojej zasługi, ale też – w szerokim sensie - nie czyni mnie za to odpowiedzialnym. Nie zmienia to faktu, że wywołuje jednak wrażenie fałszywego oddzielenia, jakiejś odmienności.

Jeśli więc czuję się mutagenem, to utożsamiam się z czynnikiem zmiany. Nic dziwnego, że ulegam wtedy mocy archetypu Trickstera. Ale przecież nie ja tym Tricksterem jestem! Nie jestem samym mutagenem, bo to nie ja zmieniam. Jestem tylko,  jak wszyscy inni, materiałem genetycznym. To czynnik zmiany – mutagen sam w sobie - działa przeze mnie, powoduje mną, usiłując oddziaływać na całość zbiorowości. Ale nie jest ze mną tożsamy. Przemienia mnie i manipuluje mną, wykorzystuje i mieli na równi z innymi. Choć może nie na równi, bo mnie mieli trochę bardziej. Mną dysponuje mniej pośrednio. I mniej mi pozostawia do powiedzenia od siebie. Podczas, gdy na całość woli wpływać, to mnie rozkazuje. Co tam rozkazuje! Dysponuje mną.

I wtedy pojawia się Tolkien, mówiąc:

Trywialność jest karą za "przywłaszczenie": rzeczy trywialne, albo (w złym sensie) powszednie to rzeczy, które sobie przywłaszczyliśmy - albo faktycznie, albo tylko w pamięci. Twierdzimy, że je znamy. Kiedyś przyciągnęły nas swym blaskiem, kolorem lub kształtem, aż położyliśmy na nich rękę, zamknęliśmy w naszym skarbcu, zawładnęliśmy nimi, a zawładnąwszy przestaliśmy się im przyglądać.*

No tak, moje krajobrazy. Mogłem je więc przywłaszczyć, czy raczej przeciwnie? Czy skoro nie przywłaszczyłem sobie nigdy w sercu reklamy skarpet, albo proszku do prania, to powinny mi się one podobać? Nie. Nigdy mi się nie podobały, tak jak nie podobały mi się mijane w drodze do szkoły krajobrazy. Gdybym je w pewien sposób przywłaszczył, gdybym zamknął je w worku pod tytułem „zwykła brzydota”, to dopiero mógłbym je zignorować, skupiając się na tym tylko, co jest do zrobienia. Krajobrazy te jednak codziennie na nowo zapytywały mnie po co tu są. Dlaczego wyrastają tu wciąż na nowo wokół mojej drogi. Rzucały wyzwanie mojej wyobraźni, która szukała jakichś sztuczek, jakichś zaklęć, które by je przemieniały, nadając szczególne znaczenie temu czym są, a może znaczenie to nawet odnajdując. Być może jednak kazały mi nieustannie poszukiwać krajobrazów dla mnie właściwych. Tak sądziłem wtedy. Nakazywały oderwanie od tego co dane i wychodzenie dalej. 

Gdzie indziej, byle nie tu. 

Daleko stąd, ale nie w innym mieście, gdzie także pojawiłyby się moje krajobrazy brzydoty. Wiedziałem, że tak by się stało, i że ucieczka tego rodzaju jest niemożliwa. Człowiek uciekający za morze zmienia tylko niebo. Tym, co chciało zostać odnalezione były jakieś wnętrzności własne, jakieś tęsknoty. Jakieś miraże.


Przypis:

*J.R.R. Tolkien, O baśniach, w: Drzewo i liść, 2000

środa, 15 maja 2024

Marduk i Tiamat, albo co nam mówią o sztucznej inteligencji starożytni bogowie babilońscy

 

drawing by L. Gruner - 'Monuments of Nineveh, Second Series' plate 5, London, J. Murray, 1853

W imitacji ludzkiej twórczości, której przejawy obserwujemy w wytworach sztucznej inteligencji (AI), zawsze brak będzie pewnego ważnego aspektu, obecnego w artystycznych kreacjach ludzkiego ducha. Charakteru twórcy. Owszem, jest do pomyślenia także ten element, jeśliby AI została kiedyś wyposażona w symulacje organów ciała innych niż tylko mózg, a tym samym stała się odrębnym bytem. Odrębnym, czyli obdarzonym nieświadomością, z której by mogła czerpać. Bo dopiero dostęp do potencjału nieświadomości, to znaczy kontakt intelektu z jej bezmiarem, może być warunkiem powstania samoświadomego umysłu. Samoświadomego, czyli paradoksalnie takiego, który potrafi wyodrębnić siebie - jako to, czym jest i czego ogląd może wskazać - od tego, co stanowi dla niego nieprzejrzyste, nieświadome tło. Przy czym, o tym nieświadomym jednocześnie wie (lub ma poczucie), że ono to właśnie stanowi w nim samym większość! Niepoznawalną większość, z której wyłania się impuls decydujący o każdej myśli.

Dopóki to nie nastąpi, żaden duch w maszynie nie pojawi się. Żaden bóg z niej nie wyskoczy i nie będzie ona zdolna ani o niczym wiedzieć, ani tym bardziej nie wiedzieć. 

Rzecz jest opisana w wielu mitach wielu kultur, ponieważ w ten sposób rozumiano, albo raczej może przeczuwano i starano się przedstawić sobie obraz tego, jak w każdej chwili życia człowieka powstaje ludzki umysł.

Na potrzeby tej notatki sięgnijmy tylko do jednego z tych mitów - jednego z bardziej znanych i jednocześnie wciąż dość czytelnych.

Dopóki więc babiloński bóg Marduk nie zabije smoczycy Tiamat, nie powstanie świat. I dopóki nie uporządkuje części jej martwego ciała w postaci nieba i ziemi, nie będzie miejsca gdzie mogłyby pojawiać się rzeczy i istoty.

Jednak dopiero, kiedy po drugiej stronie tego, co nazywa się światem, znajdzie się bezmiar wód, który pozostał po zabitej Tiamat, ten ocean niepoznawalnego chaosu – dopiero wówczas zaistnieje źródło, z którego będą mogły przychodzić do świata rzeczy, których w nim jeszcze nie ma. 

I dopiero wtedy, gdy znajdzie w sobie samej coś czego nie zna i poznać nie może, sztuczna inteligencja zrodzi w sobie świadomą, żywą myśl.

Zniszczenie Lewiatana, Gustave Doré,1865

czwartek, 18 kwietnia 2024

Kontemplacja jako sprzeciw

Powracanie do kontemplacji to może najlepszy sprzeciw wobec związania światem, wobec uległości względem jego praw, wobec przymusu zabawy jego zabawkami i wobec lęku przed utratą tych wszystkich zależności. Wyjrzeć poza zasłonę? Najwyższe dążenie.

Buddyjskie to? Jeśli tak, to w miejscu gdzie buddyzm nie jest jeszcze ideologią ani religią, a wciąż jeszcze marzeniem o magicznym buncie. I jako taki jest jedną z form twórczej niezgody na przymus brania tego co dane. Jako taki, jest jedną z wielu form niezgody, gdzie inną, nie ważne jak niemożliwą do urzeczywistnienia, był choćby sprzeciw Nietzschego wraz z jego przewartościowaniem wartości.

Powracanie do kontemplacji, jako twórcze bycie wobec każdego życia narzucanego przez los.

niedziela, 14 stycznia 2024

Deus otiosus z pustego kościoła

Caspar David Friedrich, Krajobraz zimowy z kościołem

Któregoś zwykłego dnia, mając dużo czasu i nic specjalnego do osiągnięcia, poszedłem posiedzieć w pustym kościele. Chodziło o to żeby skupić się na znaczeniu pustki tego miejsca, albo raczej sprawdzić jakie znaczenie może odsłaniać fakt nieobecności w nim tego, co w założeniu ma być w nim obecne i decydować o jego istocie. 

Obracałem w myślach słowa Mircei Eliadego, który zapytany co sądzi o ogłoszonej przez Nietzschego śmierci Boga, stwierdził, że nie pierwszy to już raz w historii religii, kiedy bóstwo wycofuje się lub znika, stając się niedostępne człowiekowi. Takie jest znaczenie pojęcia deus otiosus, boga pasywnego, do którego nie dociera już nic co ludzkie, i który na nic ludzkiego już nie spogląda. Taki wycofany bóg pozostawia po sobie przestrzeń, w której pojawiają się inni, bliżsi człowiekowi bogowie. 

Rozmyślałem więc o tym, jak to się dzieje, że sakralna przestrzeń potrzebuje opustoszenia, żeby zrodziło się w niej coś żywego. Jak to się dzieje, że potrzeba tam nicości żeby mogło powstać coś. Ale stopniowo odsłoniło mi się pytanie podejrzliwe: co sprawia, że tego szukam i do czego prowadzi mnie to zapytywanie? Zacząłem myśleć o tym przez pryzmat korzyści z odnalezienia. Bo co by to było, gdyby naprawdę przestał dręczyć człowieka ten wewnętrzny brak, który każe mu obracać się wokół siebie i wrzucać do niego - jak do studni - cokolwiek, co na chwilę odciągnie uwagę, albo wywoła złudzenie, że się może tym razem wreszcie udało zapchać, wypełnić.

I w miarę jak o tym myślałem, ukazało mi się coś odwrotnego. W pustą przestrzeń po śmierci boga trzeba patrzeć nie ze względu na siebie albo innych. Nie ze względu na jakąkolwiek funkcję czy korzyść. Trzeba patrzeć dla samej tej pustej przestrzeni i tego co się tam rodzi lub nie rodzi. Bo to jest jedyne możliwe spojrzenie w nienazwane i nienazywalne. Jeśli tam nie ma nic, to tym bardziej, właśnie tam pozostaje patrzeć.

Siedząc w pustym kościele nie mogłem skupić się na tej myśli. Zbyt wiele tam było cieni bogów i duchów, które rozpraszały mnie, udając że żyją wciąż. Tak naprawdę, zanim wszedłem do środka myślałem to wszystko, ale myślałem też po tym jak już wyszedłem z poczuciem zawodu. Pusty kościół - ta święta przestrzeń chroniąca nienazywalny brak - był we mnie wcześniej.


 

piątek, 12 stycznia 2024

Sen o babciach

 Przyśniło mi się niedawno, że ma miejsce świąteczna impreza, na której goszczą nieżyjące już babcie z naszych kilku połączonych rodzin. Były tam też i inne kobiety – żyjące, młodsze i starsze - ale babcie wysuwały się na plan pierwszy. Zatańczyły ze sobą przytulańca, i niestety, po tym tańcu ich twarze, uformowane z sałatki jarzynowej, uległy znacznym zniekształceniom, a nawet rozpadowi.

poniedziałek, 20 listopada 2023

Poddasze

Ian Miller, Cthulhu

 Kiedy zasypiałem przyszło do mnie wyobrażenie o tym, jak znika moje ciało. Nie pozostaje nic, nawet trup. Nie pozostaje też żadna pamięć i żaden ślad. Nie ma mnie i nie było. Lecz wszystko inne - świat - wciąż jest. I jest całkiem czysty.

 A potem przyśniło mi się, że trafiłem do muzeum, którym zarządzałem. Na którejś z górnych kondygnacji, w miejscu niereprezentacyjnym znajdowało się coś, o czym opowiedziałem temu, kto zwiedzał tak: tutaj jest miejsce przeznaczone dla tego, co w tym muzeum najświętsze. To, co najświętsze nie posiada żadnej swojej reprezentacji. Dlatego jego miejscem jest to zwykłe poddasze, gdzie trzymamy urządzenia: odwrócone ekrany i inne narzędzia.

wtorek, 22 sierpnia 2023

Koło przemian


Koło Fortuny z tarota marsylskiego

 Mój sposób życia pewnie wielu uznałoby za, w lepszym wypadku, beztroski i krótkowzroczny, w gorszym, bezsensowny i głupi. Mnie tymczasem uderza szaleństwo życia obliczonego na efekt, szaleństwo życia podporządkowanego trosce o zbudowanie przyszłości i zabezpieczenie tego, co powstając zaraz znika. Wokół nas wszędzie brzmi obłędna melodia życia, stukanie młotków przy budowie piramidy - taniec pragnień i fascynacji, grozy i obrzydzenia. Choć te drugie są dziś może często w ukryciu przeżywane. Rzadko przecież na ulicy widzimy kogoś, kto kona miesiącami i latami, przygnieciony nieuleczalną chorobą w otoczeniu zmęczonej rodziny, odwlekającej nieunikniony koniec na rzecz wydłużonego cierpienia. Rzadko to dziś widać, ale to także jest codzienność, która nas z ukrycia otacza. To także jest przyszłość.

W imię czego toczy się wieczne koło życia, to koło przemian? Szaleństwem się toczy, obłędem, w którym myśl i rozum wprzęgnięte są w niewolę sił witalnych. Czy każde ludzkie dążenie nie opiera się ostatecznie na fundamencie irracjonalnej woli? Tej, która sama będąc zaprzeczeniem wolności, jednocześnie ją stwarza. Czy każde ludzkie dążenie nie jest podszyte życzeniem sobie, by było tak, jak chce tego wyobraźnia, ta nieświadoma przestrzeń chaosu, która przynosi nam nowe myśli, podsuwając je już jako gotowe do odziania ich w obrazy i słowa? Nie my przecież swoje myśli tworzymy. Przychodzą do nas jeszcze ciepłe od ognia, w którym powstały. A wtedy sądzimy, że możemy je obrabiać, rzeźbić i formować tak, jak nam się podoba. Ale właśnie owo „podobanie się”, za pomocą którego rzeźbimy myśl, także przychodzi z nieznanego źródła myśli. Więc nie my to „podobanie się” posiadamy, lecz ono jest tym, co nas formuje w sposób, którego nie zauważamy.

A więc dlaczego oceniam to koło życia jako szaleńcze? Dlaczego mam swoją ocenę za trzeźwą, wobec bardziej naturalnej oceny upojonych życiem umysłów tych wielu, którzy raczej uznaliby mnie za pomylonego? 

Może dlatego, że ta moja ocena nie łączy się ani ze smutkiem, ani z żalem, ani z lękiem. Jest raczej chłodna, choć muszę przyznać, że zawiera się w niej jakiś pierwiastek gniewu, który chciałby móc się wywodzić z poczucia osamotnienia w swojej perspektywie. I może tu jest moje nieświadome „podobanie się” swojej oceny, że dąży ono do oddzielenia od perspektywy tych wielu? Perspektywy, której przyjęcie byłoby oznaką uległości wobec stada, oznaką ugięcia się, by być równym.

Czy jest to już bardziej trzeźwe, czy tylko inaczej pijane spojrzenie? A może jestem pijanym wśród pijanych, tak jak oni wierzącym, choć w co innego: w realność irracjonalnej woli, w niewolę sił witalnych? W świat?

Ale przecież w świat już nie wierzę. Nie wierzę? 

Ja tylko wyobrażam sobie co to znaczy, że go naprawdę nie ma.